Afera na Zondzie – jest się czego bać? Na GPW spółki zaskakują.

8 godzin temu

Kwiecień 2026 może się zapisać jako jeden z najważniejszych momentów dla polskiego rynku kryptowalut. Największa giełda w regionie – Zondacrypto – trafiła pod ostrzał po materiale Wirtualnej Polski. Padają bardzo poważne zarzuty: brak rezerw, problemy z wypłatami, pytania o wypłacalność, czyli dokładnie to, czego inwestorzy boją się najbardziej.

Czy to realny problem, czy medialna burza zbudowana na błędnych wnioskach? Prawda jest taka, iż dziś nikt poza samą Zondą nie zna pełnego obrazu. Można jej wierzyć albo nie. Ale każda ze stron ma trochę racji, a od tego, kto wygra, zależy, czy na Zondzie inwestorzy mają do czynienia właśnie z okazją na kupowanie krypto po solidnych przecenach względem całego rynku. Co o tym myśleć? Opowiem w materiale.

Poza tym będzie co nieco o konkretnych spółkach. Kruk pokazał swoje całkiem niezłe wyniki, Tauron ogłosił wielki powrót do wypłacania dywidendy, a na GPW szykuje się nowy debiut prosto od… operatora Burger Kingów. Mniam.

Afera na Zondzie – jest się czego bać? Na GPW spółki zaskakują.

XTB – inwestuj długoterminowo i buduj kapitał na przyszłość
Załóż konta emerytalne IKE i IKZE i korzystaj z preferencji podatkowych.
Sprawdź szczegóły

Zondacrypto pod ostrzałem po materiale Wirtualnej Polski

Kwiecień 2026 roku zapisze się w historii polskiego rynku kryptowalut jako czas wielkiej próby dla Zondacrypto. Po reportażu śledczym Wirtualnej Polski Zonda, czyli największa giełda krypto w regionie CEE, stanęła przed serią pytań o płynność, bezpieczeństwo środków, transparentność i, co najważniejsze… wypłacalność. O co w tym wszystkim chodzi i czy kasa oraz krypto na Zondzie są bezpieczne?

Tu od razu na starcie zaznaczę, iż nie mam pojęcia, bo i skąd mam mieć? To wie realnie tylko sama Zonda. Można jej albo wierzyć, albo nie. Spójrzmy więc na razie na fakty, bo w tej medialnej bitwie najważniejsze są na razie dwa wątki: techniczna interpretacja portfeli giełdowych oraz specyfika jurysdykcji, w której operuje platforma.

Główny zarzut postawiony przez dziennikarzy WP, Szymona Jadczaka i Karolinę Wysotę, uderzył w same fundamenty zaufania: puste rezerwy. Analiza blockchainowa wykazała według nich, iż z portfeli giełdy „wyparowało” 99% wszystkich Bitcoinów. Nie wiem, czy to prawda, ale wiem, iż w tym zakresie tekst WP to bullshit.

WP skupiła się na tzw. hot walletach, czyli gorących portfelach. To adresy podpięte do sieci, służące do obsługi bieżących wypłat użytkowników. Faktycznie, ich stan spadł i każdy może to prześledzić. W tym dziennikarskim „śledztwie” zinterpretowano to jako brak płynności.

Problem w tym, iż wyciąganie wniosków o wypłacalności giełdy krypto na podstawie hot walletów to kolosalny błąd warsztatowy. Zgodnie z procedurami bezpieczeństwa każdej giełdy lwia część aktywów powinna znajdować się na cold walletach, czyli zimnych portfelach – odizolowanych od internetu i niewidocznych w prostych zestawieniach publicznych.

Giełda twierdzi, iż środki klientów są bezpieczne właśnie w takich „skarbcach”, a ich przesuwanie z hot walletów to efekt optymalizacji bezpieczeństwa, a nie ucieczki z kapitałem. Z drugiej jednak strony… kilka stoi na przeszkodzie, żeby pokazać takie cold wallety i udowodnić, iż całość istnieje. Tego Zonda nie zrobiła, zasłaniając się bezpieczeństwem. To z kolei bullshit Zondy. Publikowanie proof of reserves jest standardem. Jasne, pełne ujawnienie adresów może mieć implikacje bezpieczeństwa, ale istnieją standardy kryptograficzne, które to rozwiązują.

Firma twierdzi jednak, iż na cold wallets ma pokrycie 4,5 tysiąca BTC, co zapewnia 100% pokrycie wszystkich zobowiązań wobec użytkowników.

Przejściowe wydłużenie czasu wypłat ma z kolei według Zondy wynikać z wdrażania nowych systemów bezpieczeństwa, co wymusiło prewencyjne wprowadzenie procedury manualnej weryfikacji części wypłat. Zonda deklaruje przywrócenie standardowego czasu procesowania wypłat, maksymalnie 48 godzin, w ciągu najbliższych 10 dni. Zostało z tego chyba z 5. No zobaczymy.

Arbitraż na Bitcoinie i ryzyko inwestowania na Zondzie

Oskarżenia wynikające z reportażu WP doprowadziły do ucieczki kapitału z giełdy i w efekcie cena Bitcoina na Zondzie spadła jednego dnia o 15%, podczas gdy na pozostałych rynkach Bitcoin zachowywał się relatywnie stabilnie. Tutaj pojawia się interesujący pomysł na arbitraż, z którego sam skorzystałem.

Jeśli całe zamieszanie okaże się wydmuszką, a Zonda nie zbankrutuje, to inwestorzy, którzy kupowali na tych spadkach, bardzo gwałtownie zarobią dodatkowe kilkanaście procent. Oczywiście, jeżeli problem okaże się realny, to równie gwałtownie mogą stracić 100% kapitału. Czy odważyłbym się tam po to przelewać kasę? Niespecjalnie, ale akurat miałem na Zondzie jakieś niewielkie pozostałe środki po ostatnich zakupach krypto. Kupiłem więc na tej 15% przecenie Bitcoina i zleciłem transfer na inne konto. Zobaczymy, czy dojdzie

W tym wszystkim największą bekę klasycznie należy cisnąć z polityków, którzy nagle twierdzą, iż gdyby nie weto ustawy kryptowalutowej przez Nawrockiego, to nic takiego nie miałoby miejsca. Jezu, co za pieprzenie. Zonda nie jest polskim podmiotem. Jest pod estońskim nadzorem. KNF tak czy siak nie ma tu w zasadzie żadnego pola manewru i niezależnie od istnienia ustawy o krypto i tak by jej nie miał.

Zobaczymy, co z tego będzie, a sami przechodzimy do bardziej przyziemnych tematów i tego, co inwestorzy w Polsce lubią najbardziej. DYWIDENDY!

Tauron wraca do dywidendy po 11 latach przerwy

Po jedenastu długich latach przerwy Tauron wraca do dzielenia się zyskiem, i to znacznie wcześniej, niż ktokolwiek się spodziewał.

Zarząd spółki zarekomendował wypłatę 20 groszy dywidendy na każdą akcję. To przekłada się na stopę dywidendy na poziomie około 2%. W tym przypadku do podziału trafi łącznie ponad 350,5 miliona złotych. To ogromne zaskoczenie, bo oficjalne plany spółki zakładały, iż pierwszy przelew trafi do inwestorów dopiero w 2028 roku. Skąd to przyspieszenie?

Odpowiedź znajdziemy w wynikach finansowych za 2025 rok, które były bardzo udane. Tauron wypracował aż 3,3 miliarda złotych czystego zysku netto. Dla porównania: rok wcześniej było to niespełna 600 milionów. Bardzo solidnie wyglądała też EBITDA, która wyniosła 7,5 miliarda złotych.

Zarząd Tauronu podkreśla, iż firma po prostu „dowozi” swoje obietnice. Mimo iż przychody ze sprzedaży były o 3% niższe niż rok wcześniej, to zysk operacyjny, czyli to, co zostaje w portfelu po opłaceniu wszystkich kosztów prowadzenia biznesu, wzrósł o niemal 100%. najważniejszy okazał się segment dystrybucji, czyli ta część firmy, która zajmuje się fizycznym przesyłaniem prądu do naszych domów. To tam generowane są najbardziej stabilne pieniądze.

Co ważne dla domowego budżetu inwestora, zarząd zaproponował już konkretne daty. jeżeli walne zgromadzenie przyklepie ten pomysł, to tzw. dzień dywidendy wypadnie 17 czerwca. To najważniejszy moment – trzeba posiadać akcje w tym konkretnym dniu, aby załapać się na wypłatę. Same pieniądze mają trafić do kieszeni akcjonariuszy 2 lipca 2026 roku.

Wiceprezes ds. finansowych uspokaja przy tym, iż ten „prezent” dla inwestorów nie osłabi kondycji firmy. Większość zarobionych pieniędzy zostaje w Tauronie, aby finansować transformację energetyczną i nowe inwestycje. Po dekadzie zaciskania pasa spółka chce po prostu pokazać, iż stała się przewidywalnym i dojrzałym graczem na giełdzie. Ostatni raz Tauron dzielił się zyskiem z pieniędzy wypracowanych jeszcze w 2014 roku – dzisiejsza decyzja to więc symboliczny koniec pewnej chudej ery.

Cena akcji zareagowała euforycznie i urosła o 12% w dniu ogłoszenia dywidendy.

Dołącz do nas na X oraz YouTube i bądź na bieżąco!

Wyniki Kruka za I kwartał 2026. Spłaty, inwestycje i rekordowa dywidenda

Siłę po raz kolejny udowodnił też windykacyjny Kruk i pokazał, iż potrafi skutecznie odzyskiwać pieniądze. Firma pochwaliła się wynikami za pierwszy kwartał 2026 roku, a te są naprawdę dobre.

Zacznijmy od fundamentu biznesu, czyli spłat. W ciągu pierwszych trzech miesięcy roku firma odzyskała od osób zadłużonych aż 971 milionów złotych. To o 5% więcej niż w tym samym czasie rok temu. Co ciekawe, Polska, choć wciąż bardzo ważna, odpowiada już „tylko” za 40 procent tej kwoty. Reszta płynie z zagranicy. Niestety to tempo wyraźnie spowolniło, co jest lekko negatywnym sygnałem. Prezes Piotr Krupa przyznaje, iż we Francji i Hiszpanii wciąż pracują nad lepszymi efektami. Mimo to ogólnie spłaty są o 4% wyższe, niż firma zakładała w swoich księgowych planach, ale to już w przypadku Kruka standard, iż przebija swoje księgowe założenia, bo sama daje je na konserwatywnym poziomie.

Chwilowe spowolnienie w spłatach nie wystraszyło jednak rynku, który na wyniki zareagował pozytywnie i cena akcji rosła w trakcie jednej sesji o ponad 4%.

Dla rynku ważniejsze było to, iż firma agresywnie kupuje nowe długi, które będą napędzać przyszłe spłaty spółki. W tym kwartale Kruk wydał na inwestycje 513 milionów złotych, co oznacza wzrost o 124% rok do roku. To właśnie słabe inwestycje w nowe długi hamowały wzrosty spółki w ubiegłym roku, a pierwszy kwartał pozwolił zniwelować te obawy i przyniósł solidne odbicie w inwestycjach, które są pewnego rodzaju wskaźnikiem wyprzedzającym w Kruku. Obecne wydatki inwestycyjne sugerują, iż Kruk osiągnął dołek w cyklu inwestycyjnym, co powinno sprzyjać dalszym wzrostom ceny akcji.

Za te 513 milionów złotych Kruk kupił portfele wierzytelności o wartości nominalnej 1,7 miliarda złotych. Dla wyjaśnienia: „wartość nominalna” to kwota, którą dłużnicy są winni pierwotnemu pożyczkodawcy, na przykład bankom. Tymczasem Kruk kupuje te długi w momencie, kiedy dłużnicy ich nie spłacają, znacznie taniej, licząc na to, iż odzyska z nich więcej, niż wydał na zakup. Na tym polega biznes windykacyjny. Dlatego właśnie inwestorzy lubią, kiedy rośnie wartość inwestycji w nowe długi. Największe zakupy spółka zrobiła we Włoszech – tam trafiło aż 67 procent wszystkich nowych inwestycji grupy.

W tym wszystkim imponująco wygląda też kondycja finansowa spółki. Kruk trzyma swoje zadłużenie w ryzach. Wskaźnik długu netto do gotówkowej EBITDA wyniósł 2,6. Kruk założył sobie, iż ten wskaźnik nie powinien przekraczać wartości na poziomie 3,0, więc obecny wynik jest bardzo bezpieczny i ma jeszcze choćby margines bezpieczeństwa. Co więcej, firma ma tak dużo gotówki i tak dobrą opinię, iż po raz pierwszy w historii skorzystała z tzw. opcji call. Oznacza to, iż zdecydowali się wcześniej spłacić swoje obligacje warte 120 milionów złotych, bo po prostu ich na to stać i chcą optymalizować koszty odsetek.

Wisienką na torcie dla inwestorów jest zapowiedź rekordowej dywidendy. Zarząd chce wypłacić 20 złotych na każdą akcję, co łącznie daje około 390 milionów złotych do podziału między akcjonariuszy. jeżeli ktoś posiada akcje Kruka, to przy obecnym kursie, ok. 480 zł, może liczyć na stopę dywidendy na poziomie 4,2%.

To niesamowita droga, biorąc pod uwagę, iż jeszcze w 2015 roku spółka płaciła zaledwie 1,50 zł dywidendy na akcję. Dziś Kruk to już inna liga i firma, która nie tylko „czyści” portfele banków z trudnych długów, ale robi to na skalę europejską, zachowując przy tym żelazną dyscyplinę finansową i regularnie dzieląc się zyskami z tymi, którzy jej zaufali. Ostateczną decyzję o wypłacie pieniędzy podejmie niedługo Walne Zgromadzenie, ale przy tak dobrych wynikach wydaje się to tylko formalnością.

Debiut Rex Concepts na GPW. Burger King i Popeyes idą po kapitał

Poza Krukiem i Tauronem na rynku pojawi się też niedługo prawdopodobnie kolejny podmiot, a sama polska giełda poczuje zapach grillowanej wołowiny. Operator Burger Kingów i Popeyes oficjalnie rusza po pieniądze inwestorów. Rex Concepts, czyli firma, która zarządza tymi popularnymi markami w Polsce, Czechach i Rumunii, właśnie ogłosiła, iż planuje wejście na warszawski parkiet.

Mówimy tu o naprawdę dużym wydarzeniu, bo spółka chce pozyskać z emisji nowych akcji aż 560 milionów złotych. jeżeli zastanawiacie się, po co im tyle gotówki, odpowiedź jest prosta: na wielką ekspansję. Firma nie chce tylko „być” na rynku, ona chce go zdominować. Ich plan zakłada, iż do 2032 roku sieć urośnie do około 850 restauracji, z czego większość będą stanowić lokale własne. Dla porównania, na koniec ubiegłego roku mieli ich 159, plus blisko setkę lokali franczyzowych. To pokazuje skalę ambicji – chcą otwierać około 80 nowych punktów rocznie.

Warto zatrzymać się przy tym, kto za tym wszystkim stoi, bo to nie są przypadkowe osoby. Rex Concepts założyli ludzie, którzy „zjedli zęby” na tym biznesie – byli menedżerowie potężnego AmRestu, operatora KFC czy Pizza Hut. Wspiera ich Henry McGovern, czyli człowiek, który AmRest stworzył od zera. Mamy więc do czynienia z zespołem, który doskonale wie, jak buduje się restauracyjne imperia.

W 2025 roku Rex Concepts wykręcił blisko 595 milionów złotych przychodu, co oznacza potężny wzrost o 66% w porównaniu do roku poprzedniego. Co ważne, firma stała się rentowna operacyjnie. Wypracowała 43,4 mln zł zysku EBITDA, co daje marżę na poziomie 7,3%.

Polub nas na Facebooku!

Znajdziesz tam więcej wartościowych treści o inwestowani, giełdzie i rynkach.

DNA Rynków – merytorycznie o giełdach i gospodarkach

Czy rynek fast food na GPW daje dziś powody do ostrożności?

Mimo tych imponujących wzrostów rynek podchodzi do tematu z pewną rezerwą. Głównie przez to, jak performuje w ostatnich latach konkurencyjna spółka notowana na GPW od 2005 roku. Ceny akcji konkurencyjnego AmRestu znajdują się w trendzie spadkowym już od 8 lat, podobnie jak zysk netto spółki, pomimo wzrostu jej przychodów w tym okresie.

AmRest w trakcie ostatniej dekady napotkał kilka problemów. Po pierwsze spółka okazała się mało odporna na inflację, co przełożyło się na kompresję marży. Do tego spore zadłużenie, które finansowało wzrost, uderzyło w koszty finansowe i obniżyło zysk netto spółki. Na dokładkę firma musiała ulotnić się z rynku rosyjskiego po wybuchu wojny na Ukrainie.

Jakby tego było mało, obserwujemy w społeczeństwie narastające trendy związane ze zdrowym odżywianiem i utrzymywaniem formy. Coraz popularniejsze robi się liczenie kalorii, kupowanie zdrowych produktów i ograniczanie używek. To wszystko nie sprzyja fast foodom.

Jednak w przypadku Rex Concepts pewną gwarancją bezpieczeństwa inwestycji ma być postawa głównego udziałowca – funduszu McWin. Obiecał on, iż pieniądze, które ewentualnie dostanie ze sprzedaży swoich akcji podczas debiutu, przeznaczy na stabilizowanie kursu giełdowego po wejściu na GPW. Dodatkowo obowiązuje go tzw. lock-up na 540 dni. To nic innego jak obietnica, iż przez półtora roku od debiutu nie sprzeda swoich pozostałych udziałów, co ma pokazać, iż wierzy w ten biznes długofalowo.

To propozycja dla tych, którzy wierzą w rynek fast foodów w naszym regionie. To firma w fazie bardzo agresywnego wzrostu, prowadzona przez branżowych weteranów. Kluczowym pytaniem dla inwestorów pozostaje jednak cena akcji, jaką poznamy w prospekcie emisyjnym.

The Farm 51 na granicy bankructwa

Na sam koniec mniej przyjemna inwestorska informacja. Farm 51 jest na granicy bankructwa. Branża gier to nie tylko efektowne premiery, ale często brutalna walka o każdą złotówkę, by po prostu nie zniknąć z planszy. Przekonujemy się o tym, patrząc na najnowsze doniesienia z obozu The Farm 51. Ten znany producent gier, notowany na rynku NewConnect, złożył właśnie w gliwickim sądzie wniosek o ogłoszenie upadłości.

Zanim jednak zaczniemy stawiać krzyżyk na tej firmie, warto zrozumieć, co tak naprawdę się wydarzyło. Zarząd spółki podkreśla, iż ten ruch ma charakter „ostrożnościowy”. W świecie finansów oznacza to, iż firma chce zabezpieczyć się prawnie. Złożyli ten wniosek, aby dopełnić formalności, ale jednocześnie poprosili sąd, by wstrzymał się z jego rozpatrywaniem. Dlaczego? Bo ich priorytetem jest tak zwane postępowanie o zatwierdzenie układu.

W praktyce chodzi o próbę dogadania się z wierzycielami, czyli osobami i firmami, którym The Farm 51 winne jest pieniądze. Taki „układ” to rodzaj umowy: spółka mówi „nie zamykajcie nas, dajcie nam czas, a my spłacimy długi na określonych warunkach”. Prawo działa tutaj tak, iż dopóki realizowane są starania o taki układ, sąd nie może ogłosić upadłości firmy.

Spółka nie siedzi z założonymi rękami. Cały czas rozmawia z inwestorami, bo desperacko potrzebuje gotówki. Pieniądze są niezbędne nie tylko na bieżące opłaty i spłatę części długów, ale przede wszystkim na dokończenie ich kluczowego projektu – gry Chernobylite 2. To od jej premiery i sukcesu zależy przyszłość firmy. Na ten moment jednak zarząd uczciwie przyznaje: rozmowy trwają, ale ich wynik nie pozostało przesądzony.

Cena akcji spółki z NC jest jednak mocno „doświadczona” przez życie i myślę, iż każdy, kto szuka ryzykownych zakładów o dużym potencjale, powinien śledzić dalsze losy spółki, bo kiedy potencjalny bankrut przestaje być bankrutem, to inwestorzy mają powód do radości.

Cherrypick Games i cienka granica między sukcesem a upadłością w gamingu

Niestety, problemy The Farm 51 to nie odosobniony przypadek. W podobnie trudnej sytuacji znalazło się Cherrypick Games, które wniosek o upadłość złożyło tydzień wcześniej. W ich przypadku zawiniła słaba sprzedaż gry Angst: A Tale of Survival oraz przeciągające się negocjacje w sprawie połączenia z inną firmą. Finanse Cherrypick Games wyglądają mało optymistycznie – po trzech kwartałach 2025 roku mieli nieco ponad milion złotych przychodu, podczas gdy ich krótkoterminowe długi sięgały 1,6 miliona złotych.

Obie firmy pokazują, jak cienka jest granica między sukcesem a walką o przetrwanie w polskim gamingu. W obu przypadkach ostateczny ratunek zależy od tego, czy uda się znaleźć nowych inwestorów lub sfinalizować ważne połączenia biznesowe.

XTB – inwestuj długoterminowo i buduj kapitał na przyszłość
Załóż konta emerytalne IKE i IKZE i korzystaj z preferencji podatkowych.
Sprawdź szczegóły

Do zarobienia,
Piotr Cymcyk

Porcja informacji o rynku prosto na Twoją skrzynkę w każdą niedzielę o 19:00
Idź do oryginalnego materiału