Polska wchodzi w okres rekordowych inwestycji infrastrukturalnych. W 2026 roku na infrastrukturę transportową ma trafić blisko 100 mld zł. Krajowa luka inwestycyjna jest szacowana na około 380 mld zł. Globalnie skala problemu pozostało bardziej brutalna. Według EY-Parthenon światowy niedobór finansowania infrastruktury może sięgnąć 64 bln USD, a do 2050 roku potrzebne będą inwestycje warte blisko 140 bln USD.
Liczby robią wrażenie. Problem w tym, iż sektor infrastruktury od lat nie cierpi wyłącznie na brak pieniędzy. Cierpi również na kosztowną niezdolność do podejmowania decyzji na czas.
Przy budżecie rzędu 100 mld zł każdy punkt procentowy nieefektywności oznacza miliard złotych. Miliard, który może zniknąć w poprawkach, opóźnieniach, roszczeniach, zmianach projektowych i spotkaniach, podczas których kilkanaście osób próbuje ustalić, która wersja dokumentu jest aktualna.
To nie jest problem technologiczny. To problem zarządczy.
Cyfryzacja miała pomóc. Często tylko zdigitalizowała chaos
Nie będę odkrywcza, gdy stwierdzę, iż branża infrastrukturalna nie pracuje już na papierze milimetrowym. Firmy korzystają z BIM, systemów kosztowych, cyfrowych harmonogramów, platform dokumentacyjnych, czujników i narzędzi analitycznych. Dane są. Czasem jest ich choćby za dużo.
380 mld zł wynosi szacowana polska luka inwestycyjna w obszarach obejmujących między innymi transport, energetykę i cyfryzację.
Tyle iż harmonogram żyje w jednym systemie, koszty w drugim, dokumentacja projektowa w trzecim, a wiedza o rzeczywistym postępie prac w głowie kierownika budowy i w arkuszu przesyłanym raz w tygodniu mailem.
Każde z tych narzędzi może działać poprawnie. Całość przez cały czas może działać fatalnie.
W Polsce świadomość BIM sięga około 60 proc., a jego wykorzystanie deklaruje mniej więcej jedna trzecia badanych przedstawicieli branży architektoniczno-budowlanej. Mimo kolejnych wdrożeń produktywność sektora nie dokonała spektakularnego skoku. Trudno się temu dziwić. Kupno systemu nie oznacza jeszcze zmiany sposobu zarządzania.
Digitalizacja bez integracji często daje tylko szybszy dostęp do sprzecznych informacji.
Agentowa AI nie jest kolejnym chatbotem
W tym miejscu pojawia się agentowa AI. Termin brzmi jak produkt przygotowany przez dział marketingu, ale stojąca za nim koncepcja jest rozsądna.
Agentowa AI może działać ponad istniejącymi systemami. Nie musi zastępować BIM, ERP, harmonogramu ani platformy dokumentacyjnej. Jej zadaniem jest połączenie informacji, wychwycenie zależności i przedstawienie zespołowi możliwych konsekwencji decyzji.
Wyobraźmy sobie zmianę fundamentów podczas budowy mostu. Dziś taka informacja uruchamia serię telefonów, maili, narad i analiz. Trzeba sprawdzić projekt, harmonogram, dostępność materiałów, koszt maszyn, wpływ na bezpieczeństwo, umowy z podwykonawcami oraz potencjalne roszczenia.
Agentowa AI może przeanalizować te obszary równolegle i wskazać kilka scenariuszy. Nie podejmie odpowiedzialnej decyzji za zarząd czy dyrektora projektu. Może jednak sprawić, iż decyzja nie będzie podejmowana dwa tygodnie po tym, jak jej skutki zdążyły rozlać się na cały projekt.
Właśnie tutaj leży realna wartość. Nie w generowaniu ładniejszych raportów, ale w skróceniu czasu pomiędzy pojawieniem się problemu a reakcją organizacji.
Najdroższe ryzyka od dawna są widoczne. Nikt nie patrzy na nie łącznie
Opóźnienia rzadko pojawiają się nagle. Zwykle są widoczne wcześniej w danych o dostawach, wydajności prac, zmianach projektowych i dostępności zasobów. Problem polega na tym, iż każda informacja trafia do innego zespołu.
Podobnie wygląda kontrola kosztów. Wzrost wydatków nie zaczyna się w dniu, w którym pojawia się w raporcie finansowym. Zaczyna się wcześniej, gdy projekt zostaje zmieniony, dostawa przesunięta, a ekipa przez kilka dni czeka na decyzję.
AI może pomóc połączyć te sygnały. Może też ujawnić coś znacznie mniej wygodnego: organizacja miała wszystkie informacje, ale nie potrafiła ich wykorzystać.
Dla części zarządów będzie to większe wyzwanie niż samo wdrożenie technologii.
Bez governance powstanie tylko droższy chaos
Największym błędem byłoby potraktowanie agentowej AI jako kolejnego projektu informatycznego. Kupujemy licencję, tworzymy pilotaż, robimy prezentację dla zarządu i ogłaszamy transformację.
To nie jest technologia, którą można wdrożyć w ten sposób. AI to raczej nowa koncepcja działania – do bólu precyzyjny, zupełnie inny poziom transformacji, nie znoszący luk, nieścisłości i chaosu.
AI nie naprawi nieaktualnych harmonogramów, niespójnych danych ani kontraktów, które blokują przepływ informacji. Nie wyjaśni również sama, kto odpowiada za błędną rekomendację i kto ma prawo ją zatwierdzić.
Potrzebne są jasne zasady odpowiedzialności, nadzór człowieka, kontrola dostępu do danych, możliwość odtworzenia procesu decyzyjnego oraz zabezpieczenia na wypadek awarii lub cyberataku.
W infrastrukturze publicznej i krytycznej nie jest to dodatek do projektu. To warunek jego uruchomienia.
Najpierw jeden problem, później wielka transformacja
Rozsądne wdrożenie nie powinno zaczynać się od pytania, gdzie można zastosować AI. Lepiej zapytać, gdzie organizacja regularnie traci pieniądze przez zbyt późne decyzje.
Może to być zarządzanie zmianami projektowymi, wykrywanie ryzyka opóźnień albo koordynacja dostaw. Wybieramy jeden proces, podłączamy najważniejsze źródła danych i mierzymy efekt. Czas decyzji. Liczbę wcześniej wykrytych zagrożeń. Wartość unikniętych poprawek. Dokładność prognoz.
Dopiero wtedy warto skalować rozwiązanie.
AI to wspaniały sposób optymalizacji, jednak jest przy tym niezwykle wymagający. Przewagę zdobędą firmy, które potrafią połączyć dane, wskazać odpowiedzialnych i zmienić sposób podejmowania decyzji. Reszta będzie miała bardzo nowoczesny system do obserwowania, jak projekt przekracza budżet.

3 godzin temu












