Od kilku lat słyszymy dokładnie to samo. Zachód odcina się od Chin. Cła, sankcje, wojny handlowe, przenoszenie fabryk. W teorii Chiny miały stracić na znaczeniu.
W praktyce stało się coś dokładnie odwrotnego. Chiński eksport właśnie pobił historyczny rekord, a nadwyżka handlowa po raz pierwszy przebiła bilion dolarów. W momencie, gdy świat mówi „zamykać drzwi”, Chiny wysyłają na świat więcej towarów niż kiedykolwiek wcześniej.
I to nie są już tanie gadżety. To baterie, samochody elektryczne, panele słoneczne i sprzęt przemysłowy, czyli fundament nowoczesnej gospodarki.
Jeśli więc wszyscy próbują się od Chin uniezależnić, a zależność tylko rośnie, to znaczy, iż gramy w grę, której zasad większość polityków i inwestorów po prostu nie rozumie.
W tym materiale pokażę, dlaczego chiński eksport rośnie mimo napięć, komu to pomaga, komu zaczyna bardzo szkodzić i dlaczego ten „sukces” może być dla samych Chin dużo bardziej ryzykowny, niż sugerują nagłówki. Zapraszam!
Bilion dolarów nadwyżki handlowej. Świat chciał się odciąć, a Chiny biją rekordy eksportu.
Inwestuj z XTB! Podczas rejestracji podaj kod DNARYNKOW i odbierz darmowy kurs inwestowania dla początkujących
Załóż konto na: https://link-pso.xtb.com/pso/aKgIe
Rekord, który zmienia skalę gry
Zacznijmy od faktów, bo one mówią tu wszystko. Chińska nadwyżka handlowa w towarach po raz pierwszy przekroczyła bilion dolarów. To nie jest jednorazowy wyskok ani efekt statystycznej iluzji. W ciągu pierwszych jedenastu miesięcy eksport Chin urósł o ponad 5%, podczas gdy import delikatnie spadł. Efekt to potężne 1,08 bln USD nadwyżki według danych. Takiego wyniku nie widzieliśmy w historii nowoczesnego handlu międzynarodowego.

Geografia obejścia: mniej USA, więcej świata
Jeszcze ciekawsza jest geografia tego boomu. Export chiński do USA zawalił się w ostatnich miesiącach. Momentami ta zapaść sięgała choćby spadku o prawie 30% rok do roku. Gdyby na tym kończyła się ta historia, to można by ogłosić sukces amerykańskiej strategii odcinania się od Chin.
Tyle że… co z tego, skoro pozostała część świata wchłonęła ten odpływ z nawiązką. W danych widzimy bardzo wyraźny wzrost wymiany z Azją Południowo Wschodnią, z Unią Europejską oraz z szeroką kategorią reszty świata, która obejmuje między innymi Globalne Południe, Rosję i część Ameryki Łacińskiej. Szczególnie mocno rosną wysyłki do państw azjatyckich, takich jak Wietnam, Tajlandia czy Malezja, które stają się głównym kierunkiem pośredniego eksportu, czyli przystanku między Chinami, a USA.
Europa również odczuwa ten napływ. Listopad przyniósł skok eksportu Chin do Unii o prawie 15% rok do roku. Nie jest to sezonowa fluktuacja, tylko kontynuacja trendu, który trwa od kilku lat. Chiny wchodzą na europejskie rynki z produktami, których Europa sama nie jest w stanie wytworzyć w wystarczającej skali. Jak na przykład panele fotowoltaiczne.
Jeśli spojrzymy na to w pełnej perspektywie, wyłania się nam prosty obrazek. Świat oficjalnie mówi o dywersyfikacji i redukcji zależności od Chin, ale statystyki pokazują, iż globalny handel w praktyce wciąż się na Chinach opiera. Chiny potrafiły odbudować swój eksport w miejscach, gdzie bariery polityczne są słabsze, a ich przewaga kosztowa i technologiczna jest zbyt duża, żeby lokalni producenci mogli ją zignorować. W rezultacie boom eksportowy trwa i obejmuje coraz większą część świata. Chiny działają według zasady: jeżeli nie da się wnieść drzwiami, to wepchniemy więcej oknem.
Dlaczego eksport rośnie: konstrukcja chińskiego modelu
Żeby zrozumieć, czemu chiński eksport rośnie mimo napięć z USA, trzeba zacząć od jednej prostej rzeczy. Ten boom nie jest przypadkowy. To skutek uboczny modelu gospodarczego, który Chiny budowały przez dekady.
Chińska gospodarka została zaprojektowana pod inwestycje i produkcję, a nie pod konsumpcję. Konsumpcja gospodarstw domowych stanowi zaledwie 40% PKB Chin. Tymczasem w UE jest to 52%, a USA aż 68%.

Przez lata rząd pompował kapitał w fabryki, infrastrukturę, stal, cement, nieruchomości. Firmy państwowe i prywatne miały bardzo prosty komunikat, produkować, zwiększać moce, budować kolejne linie. Problem w tym, iż dochody chińskich gospodarstw domowych nie rosną w takim tempie jak moce produkcyjne. Efekt jest banalny. Kraj jest w stanie wytworzyć znacznie więcej niż jego obywatele są w stanie kupić.
Nadpodaż strategicznych sektorów i słaby popyt wewnętrzny
Do tego dochodzi drugi filar, świadoma polityka wspierania konkretnych sektorów. Chiny od lat dotują rozwój branż uznanych za strategiczne. Od lat przewijają się te same przykłady, samochody elektryczne, baterie, panele słoneczne, zaawansowany sprzęt przemysłowy i elektronika, czyli to, co ma dawać przewagę technologiczną przez kolejne dekady. Państwo pomagało budować moce w tych sektorach tak agresywnie, iż dziś wiele z tych fabryk jest w stanie produkować dużo więcej, niż wynosi globalny popyt. Innymi słowy, mamy klasyczne przewymiarowanie podaży nad popytem. Chyba najgłośniejszym przykładem są tutaj panele słoneczne. W ubiegłym roku świat obiegły szacunki, z których wynikało, iż zdolności produkcyjne Chin w zakresie paneli fotowoltaicznych są tak duże, iż w rok mogłyby pokryć cały światowy popyt na kolejnych 7 lat do przodu.

Kolejna sprawa to to, co dzieje się wewnątrz samej gospodarki. Po pandemicznym odbiciu chińska konsumpcja zaczęła się męczyć, a sektor nieruchomości wpadł w głęboki kryzys. Deweloperzy mają problemy z płynnością, inwestycje w nowe mieszkania hamują, a to był przez lata główny silnik wzrostu. Skoro więc nie da się ciągnąć gospodarki na mieszkaniówce i budowlance, władze idą do tego, co można sprzedać też poza granicami swojego kraju. To, dlatego w danych widać tak wyraźny wzrost nadwyżki handlowej dokładnie w momencie, kiedy krajowy popyt jest słaby.
Co więcej, Chiny z premedytacją rozwijają na całym świcie gęstą sieć portów handlowych, która ma im ułatwić eksport i rozwożenie towarów. To skraca czas wysyłki i poprawia logistykę.

Na to wszystko nakłada się jeszcze kwestia waluty. Juan w ostatnich 10 latach osłabił się względem dolara i euro odpowiednio o 7% i 14%. Z punktu widzenia świata to oznacza jedno, chińskie towary są relatywnie tańsze. Z punktu widzenia Pekinu to wygodne wyjście awaryjne. Słabsza waluta pomaga utrzymać konkurencyjność eksportu.

W praktyce wygląda to tak, iż tysiące chińskich firm stoją przed prostym wyborem, albo sprzedajemy na rynkach zagranicznych choćby za coraz niższe marże, albo zamykamy linie produkcyjne i tniemy zatrudnienie. W kraju nie ma wystarczającego popytu, żeby wchłonąć tę podaż, więc eksport staje się zaworem bezpieczeństwa całego systemu.
USA: sukces na papierze, ale układanka ma drugą warstwę
Przyjrzyjmy się teraz przez moment kluczowemu partnerowi handlowemu Chin, czyli USA.
Kiedy patrzysz tylko na relację handlową USA i Chin, to historia wygląda prosto. Amerykanie nakładają cła, ograniczają import, przenoszą część produkcji do Meksyku i Azji Południowo Wschodniej, a chiński eksport do Stanów leci w dół. W danych rzeczywiście widać mocne tąpnięcie, sprzedaż do USA spadała choćby o blisko jedną trzecią rok do roku. Na papierze można więc ogłosić sukces. Tyle iż to jest wycinek, a nie cała układanka .
Jeśli spojrzysz na strukturę chińskiej nadwyżki handlowej według partnerów widać coś o wiele ciekawszego. Tam, gdzie Amerykanie przykręcają kurek, Chiny od razu otwierają kilka innych. Eksport, który nie przechodzi już bezpośrednio przez porty amerykańskie, zaczyna płynąć do Azji południowo-wschodniej, Europy, Ameryki Łacińskiej czy Rosji. Łączna ilość towaru wychodzącego z Chin nie maleje, tylko zmienia trasę.
Druga warstwa tej historii to re-eksport. Część tego, co statystyki pokazują jako rosnący eksport do państw azjatyckich albo do Meksyku, kończy i tak ostatecznie w Stanach Zjednoczonych. Firmy chińskie i amerykańskie przenoszą ostatni etap montażu, przepakowują produkty albo wykorzystują lokalne spółki jako pośredników. W efekcie w danych celnych USA pojawia się import z Wietnamu czy Meksyku, ale spora część wartości dodanej powstaje wciąż w Chinach. To jeden z powodów, dla których wielu ekonomistów mówi nie o prawdziwym decouplingu, tylko o relabelingu. Zmienia się etykietka kraju pochodzenia, a nie żadne realne odseparowanie się od Chin.
Europa na razie gra w inną grę. Oficjalnie mówi o zmniejszaniu zależności, ale praktyka jest dużo bardziej miękka. W danych widać wyraźnie, iż chiński eksport do Unii dalej rośnie, mimo narastających napięć wokół samochodów elektrycznych i paneli słonecznych. Unijne firmy i konsumenci korzystają z tańszych towarów, które pomagają zbijać inflację, a politycy dopiero uczą się, jak jednocześnie bronić własnego przemysłu i nie rozwalić handlu w drobny mak.
Globalne Południe i „drugi chiński szok”
Do tego dochodzą kraje reszty świata, czyli wszystko, co nie jest zachodem i najbliższymi sąsiadami. Tam w ostatnich latach nastąpił wyraźny skok eksportu. Rosja, część Afryki i Ameryki Łacińskiej, wszystkie te rynki stały się naturalnym buforem dla chińskiej nadprodukcji. Kraje, które nie mają własnego rozwiniętego przemysłu i są relatywnie biedne, chętnie importują tanie panele słoneczne, samochody czy sprzęt przemysłowy, bo to dla nich szybka droga do modernizacji infrastruktury i ogromnego skoku w standardzie życia obywateli. Z perspektywy Pekinu to idealne rynki, mało politycznych przeszkód, duże potrzeby rozwojowe i ogromne zapotrzebowanie na tani sprzęt. Tam nikt nie zastanawia się czy tania konkurencja zabije lokalny przemysł, bo lokalnego przemysłu nie ma. Tam każdy cieszy się, iż dostanie nowoczesny sprzęt za ułamek ceny sprzętu z zachodu.
Wystarczy spojrzeć na najważniejsze kierunki eksportowe dla chińskich samochodów z ubiegłego roku.

Konsekwencje: protekcjonizm, presja na przemysł UE, zależność peryferii
Jeśli chiński eksport rośnie w takim tempie, to znaczy, iż reszta świata dostaje dziś gigantyczną falę tanich towarów, która już zaczęła wywoływać reakcję polityczne i gospodarcze, a przecież to nie koniec. Jakie mogą być dalsze konsekwencje tego stanu rzeczy?
Pierwsze uderzenie idzie w globalny system handlu. Przez dekady obowiązywała zasada niskich barier i maksymalnej integracji rynków. Dziś kilka z tego zostało. jeżeli jeden kraj gromadzi ponad bilion dolarów nadwyżki handlowej, to po drugiej stronie ktoś generuje bilion deficytu. To nie jest sytuacja, którą politycy w Europie czy Ameryce mogą zignorować. Dlatego wchodzimy w erę protekcjonizmu 2.0, który Stany Zjednoczone już go testują, a reszta państw coraz częściej na ten temat rozprawia.
Tymczasem im więcej barier handlowych, tym mniej efektywne wykorzystanie globalnych aktywów, tym większe ograniczenie efektu skali wielu producentów i ogólnie tym wyższy poziom cen wielu dóbr na całym świecie. Mimo wszystko, jeżeli eksport z Chin staje się narzędziem politycznym, a nie jedynie gospodarczym, to trudno nic nie robić i zachowywać się, wobec tego obojętnie. Podbicie protekcjonizmu, to potencjalnie większa długoterminowa inflacja na zachodzie (większa tzn. np. średnio 3%, a nie 2%), a co za tym idzie wyższe stopy procentowe niż kiedyś. Chiny od dawna eksportowały deflację na świat. Zamykanie się państw przed Chinami oznacza koniec importowania tej deflacji.
Drugie pole rażenia to europejski przemysł, zwłaszcza niemiecki. To już nie są starcia z tanią koszulką i plastikową zabawką. Chiny wchodzą tam, gdzie Europa budowała swoją pozycję przez lata i dekady. W motoryzacji, maszynach przemysłowych czy robotyce Pekin osiągnął skalę, której europejskie firmy nie są w stanie dogonić. Mimo politycznych napięć i rozmów o „redukcji ryzyka”. jeżeli ta fala będzie trwała, europejskie zakłady będą mieć coraz mniejszą przestrzeń na inwestycje, rozwój i utrzymanie zatrudnienia. Tu nie chodzi o histerię, tylko o realną przewagę kosztową i strukturalną Chin, która działa jak odkurzacz wyciągający zamówienia z globalnego rynku.
W porównaniu z Europą, USA ma gigantyczny i silny sektor usług technologicznych, gdzie Chiny w tej chwili nie są w stanie ich wygryźć, ale Europa nie ma takiej alternatywy dla przemysłu, więc sytuacja wygląda tu dużo gorzej, szczególnie dla Niemiec. Efekt? Nic dziwnego, iż USA geopolitycznie reorientują się na rejon Pacyfiku. W Europie po prostu nie ma dziś aż tyle do ugrania, jeżeli ten trend się nie zmieni.

Trzecia konsekwencja dotyczy państw rozwijających się. Kraje Azji Południowo-Wschodniej, Afryka, Ameryka Łacińska, Bliski Wschód. Tam z kolei chińskie towary pomagają obniżać inflację i stabilizować koszty. To brzmi jak win win, ale ma drugą stronę. Lokalny przemysł zostaje zepchnięty pod wodę zanim w ogóle zdąży się rozwinąć. Import tanich paneli, baterii, elektroniki czy sprzętu przemysłowego daje szybki efekt modernizacji, ale jednocześnie uzależnia gospodarkę od Pekinu. To jeden z powodów, dla których Chiny budują tak silną pozycję na Globalnym Południu. Z jednej strony oferują dostęp do technologii i kapitału, z drugiej wzmacniają długoterminową zależność ekonomiczną i budują sobie w ten sposób miejsca politycznego nacisku.
Suma tych konsekwencji jest bardzo prosta. Świat wszedł w drugi chiński szok. Pierwszy był oparty na tanich trampkach i elektronice użytkowej. Drugi jest oparty na bardziej zaawansowanej technologii, realnej wartości dodanej i częściowo strategicznych sektorach. To zupełnie inna liga, bo uderza w fundamenty nowoczesnych gospodarek.
Paradoks: sukces jako ryzyko i brak prostego wyjścia
Z perspektywy Pekinu rekordowy eksport wygląda jak triumf. Fabryki pracują, statki wypływają pełne, statystyki wyglądają świetnie. Tyle iż pod spodem ten sukces ma strukturę tykającego zegara. Chińska gospodarka w ostatnich latach weszła w fazę, w której eksport nie jest przewagą, ale koniecznością. I to robi ogromną różnicę, bo jest siłą, kiedy działa, ale może stać się słabością, kiedy coś się wywali. Wszyscy ekonomiczni poplecznicy Chin pieją tylko o tym, jak to Chiny dominują handel. Ok… tylko jednocześnie te same Chiny uzależniły swoją własną stabilność od zagranicznego popytu.
Konsumpcja wewnętrzna dalej tam kuleje, sektor nieruchomości jest w kryzysie, a inwestycje publiczne nie będą w stanie w nieskończoność łatać dziur. jeżeli świat zacznie się przed Chinami zamykać, to cała konstrukcja traci podporę. Patrząc na to z tej strony, ten szach jest obopólny i działa tez w drugą stronę.
Rosnący eksport jest dziś odpowiedzialny za sporą część wzrostu gospodarczego, podczas gdy popyt krajowy pozostaje słaby. Chiny nie mogą same wchłonąć swojej nadprodukcji. Gdyby jutro świat postawił kolektywnie twardsze bariery, albo gdyby w USA lub Europie wybuch kryzys, to w Pekinie zaczęłyby się choćby większe kłopoty.
Druga kwestia to eksport deflacji, który odbija się co prawda na zachodnich producentach, ale rykoszetem też na samej chińskiej gospodarce. Żeby sprzedać swoje produkty na zewnątrz, firmy coraz częściej muszą obniżać ceny. To nie jest strategia ofensywna, a walka o przetrwanie.
Część ekonomistów mówi wręcz o deflacyjnych tendencjach na poziomie całego sektora wytwórczego. To sprawia, iż marże są coraz cieńsze, a firmy działają na granicy opłacalności. Eksport ratuje wolumen, ale niekoniecznie ratuje zyski. Średnia marża zysku chińskich firm z listy Fortune Global 500 jest znacznie niższa niż marża firm japońskich, amerykańskich, brytyjskich, czy europejskich.

Kolejny problem to ryzyko polityczne. Im bardziej Chiny polegają na eksporcie, tym bardziej ich gospodarka staje się zakładnikiem zagranicznych regulacji. Przykład USA jest oczywisty, ale prawdziwa bomba może przyjść z Europy. Unia zaczyna coraz więcej dyskutować o kwestii taniego importu z Chin i pomimo tego, iż działa w ślimaczym tempie, to powoli może coraz bardziej utrudniać życie Chińczykom. jeżeli Europa pójdzie śladem Stanów, Chiny tracą dwa najbardziej rentowne rynki dla swoich zaawansowanych technologicznie towarów. Pekin dobrze to rozumie, dlatego tak mocno rozwija handel z krajami, które pośredniczą w handlu i Globalnym Południem. Tyle iż tamte rynki są mniej chłonne, mniej stabilne i znacznie mniej dochodowe.
Zbyt duża produkcja to też problem
Następna konsekwencja to pułapka ponadprzeciętnych zdolności produkcyjnych. W niektórych sektorach Chiny mają dziś tyle fabryk, iż choćby maksymalny globalny popyt nie jest w stanie ich wszystkich nakarmić. To szczególnie widać w EV, bateriach i panelach słonecznych. Nadprodukcja może jeszcze chwilę pompować eksport, ale muszą się znaleźć odbiorcy. o ile ich kiedyś zabraknie, Chiny będą musiały ratować te branże dopłatami, a to oznacza coraz większe koszty budżetowe i presję na system.
Innymi słowy może tam łatwiej dojść do kolejnej bańki, na kształt tej z chińskiego rynku nieruchomości tylko tym razem w innym sektorze. Firmy nie będą miały popytu na swoje produkty, ale jednocześnie państwo będzie się bało pozwolić tym firmą upaść, bo to wygeneruje wzrost bezrobocia. Pułapka między młotem a kowadłem. Efekt? Utrzymywanie masy pracowników na bezproduktywnych i w gruncie rzeczy zbędnych posadach, czyli przelanie kapitału ludzkiego w celach czysto politycznych.
Gospodarka, która rośnie dzięki temu, iż musi wysyłać nadprodukcję na cały świat, jest gospodarką, która musi mieć nadzieję, iż nikt nie zamknie jej drzwi.
Dlatego sukces, który widzimy w chińskich statystykach handlowych jest jednocześnie sukcesem, ale równie gwałtownie stać się strategicznym problemem.
Opowiadam wam o tym, żeby uświadomić was trochę, iż nie ma zero-jedynkowych gospodarczych sytuacji w dzisiejszym świecie. Coś, co wydaje się być siłą wcale nie musi nią być. Jednocześnie jednak Zachód wcale też nie jest w stanie tak po prostu odciąć się od Chin. Tak samo jak Chiny potrzebują Zachodu, tak Zachód potrzebuje Chin.
Chiny są wpięte w globalne łańcuchy dostaw na poziomie, którego nie da się gwałtownie odtworzyć gdzie indziej. Produkcja paneli czy baterii w Europie? Ambitny plan. Tyle iż chińskie fabryki już działają, już mają przewagę kosztową, już produkują w ilościach nieosiągalnych dla innych. Po co robić swoje? Dla zasady? Podobnie jest w elektronice użytkowej czy robotyce przemysłowej. Świat jest uzależniony od Chin, choćby jeżeli politycznie próbuje to ukryć.
Do tego Chiny już udowodniły, iż potrafią obchodzić bariery handlowe. jeżeli jedna brama się zamyka, znajdują trzy inne. Zatrzymać chińską ekspansję można by tylko wtedy, jeżeli cały świat działałby wspólnie. Wiemy przecież, iż to się nie wydarzy.
Dla wielu z tych państw odcięcie się od Chin byłoby gospodarczym samobójstwem i Pekin dobrze o tym wie. Dlatego inwestuje w relacje handlowe i logistyczne z regionami, które nie będą kopiować amerykańskich restrykcji.
Rezultat jest taki, iż protekcjonizm spowalnia przepływ, ale nie zatrzymuje go całkowicie. Chiny i tak znajdują obejście, a po prostu wszystkim jest trochę trudniej. Zachód traci na tym inflacyjnie, Chiny tracą na tym zyskiem.
Każdy ma tu coś do stracenia. Tej gry nie da się wygrać jednostronnie. Chiny napompowały swój przemysł do kosmicznej skali i teraz próbują za wszelką cenę znaleźć popyt na swoje produkty.
Jeśli Zachód pozostanie zbyt otwarty na ten eksport, to może za bardzo uzależnić od Chin. Jednocześnie nie może zamknąć się za bardzo, bo do pewnego stopnia już jest uzależniony od Chin i ich cen.
Chiny chciałyby zdominować swoimi produktami wiele kluczowych sektorów gospodarczych, ale swoją polityką już wpędziły się w bardzo ryzykowne miejsce, gdzie wzrost gospodarczy zależy w ogromnym stopniu od popytu z innych krajów.
Te kraje nie muszą się więc zamykać, żeby Chiny odczuły negatywne skutki. Kryzys gospodarczy w Europie czy USA mocno odbije się na chińskim przemyśle.
Ta sytuacja nie ma jednego prostego wyjścia i jednego pewnego zakończenia. Świat przez ostatnie lata został już zbyt mocno zintegrowany, żeby ponownie szeroki protekcjonizm wchodził w grę.
Prawdopodobne jest kilka kierunków, które będziemy obserwować w kolejnych latach:
Zachód będzie się częściowo zamykał napływ towarów z Chin, ale w sposób bardzo kontrolowany, żeby nie zerwać obecnych łańcuchów dostaw, ale żeby chronić się przed wypieraniem kolejnych lokalnych producentów.
Chiny będą coraz agresywniej budować sieć powiązań z mniejszymi i biedniejszymi państwami, które można zasypać tanimi produktami. Taki eksport w pakiecie z inwestycjami i pożyczkami to nie tylko handlowy interes, ale też szybka droga do rozrostu wpływów politycznych. Pekin już to robi i będzie robił jeszcze mocniej.
Do tego czeka nas narastająca przepychanka polityczno-ekonomiczna między Zachodem a Chinami. Słowna, regulacyjna, handlowa, ale zawsze bez ryzyka wielkiego, ostrego zderzenia. Obie strony są już na siebie zbyt skazane. Zachód potrzebuje chińskich komponentów i produktów, a Chiny potrzebują rynków zachodu. To nie jest układ, który da się rozerwać.
Inwestuj z XTB! Podczas rejestracji podaj kod DNARYNKOW i odbierz darmowy kurs inwestowania dla początkujących
Załóż konto na: https://link-pso.xtb.com/pso/aKgIe
Do zarobienia!
Piotr Cymcyk

3 godzin temu


![Typy i analiza spotkań I rundy Australian Open 2026 [ANALIZA]](https://www.tenisbydawid.pl/wp-content/uploads/2025/12/superbet-TBD-750x200-1.png)





