Budżet na badania i rozwój w Polsce w 2026 roku jest wyższy o 1 mld zł niż w roku poprzednim i mogłoby się to wydawać dużo, ale ten wzrost nie kompensuje choćby inflacji, nie mówiąc już o wzroście gospodarczym. W relacji do PKB wydajemy coraz mniej, a obecny poziom ponad jednego procenta udziału nauki w PKB to już choćby nie alarm, to katastrofa. To zaledwie niecałe 45 mld w kraju, który aspiruje do suwerenności na kontynencie europejskim.
Jak wyglądamy z tym naszym jednym procentem? Średnia unijna to 2,2 proc. A w krajach najbardziej rozwiniętych, do których aspirujemy, to często ponad 3 proc., jak w Niemczech. Biorąc pod uwagę dysproporcje pomiędzy PKB Polski i Niemiec, możemy mówić o zapaści polskiej nauki.
Problemem zresztą jest nie tylko wysokość samego budżetu, ale także jego struktura. Polski budżet rozwojowy jest w nikłym stopniu powiązany z przemysłem, więc choćby istniejące nakłady w niewielkim stopniu przekładają się na innowacyjność w naszej gospodarce. Większość tych środków pochłaniają dotacje dla uczelni, a nie granty, które przynoszą realne korzyści.
Czy to wygląda jak plan? Oczywiście. Im niższy udział badań i rozwoju w gospodarce, tym większa zależność państwa od implementowania technologii obcych. To plan dla kraju, który jest tranzytem, miejscem spedycji towarów i ewentualnie montownią. To także sposób na to, by silne i innowacyjne gospodarki, jak na przykład niemiecka, zarabiały na transferach technologii do Polski, zwiększając tym samym jeszcze bardziej swoją siłę naszym kosztem.
Wraz z Rumunią jesteśmy najgorsi w UE w pozyskiwaniu funduszy na badania i innowacje. Z każdego euro wpłaconego do budżetu odzyskujemy zaledwie 28 eurocentów. W praktyce oznacza to, iż fundujemy badania naukowcom z Europy Zachodniej. Kto bogatemu zabroni.













