Nie w kopalniach, nie w gazie – ale w workach z pelletem rozgrywa się dziś cicha batalia o koszty ogrzewania tysięcy domów. W środku zimy wielu właścicieli kotłów na biomasę zderzyło się z rzeczywistością: cena tony przekracza 2500 zł, a w niektórych ofertach dochodzi do 3000 zł. Jeszcze dwa lata temu było to 1300–1400 zł.
Ceny pelletu eksplodowały! Czy to zmowa cenowa?Co więcej, problemem nie jest wyłącznie cena. W wielu regionach pellet bywa racjonowany, a klienci kupują po 10–20 worków, by „starczyło dla wszystkich”.
Boom na pellet miał swoje konsekwencje
Kotły na pellet stały się w ostatnich latach jednym z głównych wyborów w programie „Czyste Powietrze”. Po wycofaniu możliwości finansowania kotłów gazowych w 2025 roku, przewaga urządzeń na biomasę była wyraźna. Z około 50 tys. dofinansowanych źródeł ciepła aż trzy czwarte stanowiły właśnie piece pelletowe.
Efekt? Skokowy wzrost popytu. System zachęt zadziałał gwałtownie – szybciej niż łańcuchy dostaw paliwa.
W teorii pellet miał być stabilnym, lokalnym i stosunkowo tanim rozwiązaniem. W praktyce zimowa fala mrozów obnażyła kruchość rynku.
Drewno dla przemysłu, trociny dla energetyki
Sytuację dodatkowo skomplikowały zmiany regulacyjne. Zakaz spalania pełnowartościowego drewna w energetyce miał chronić surowiec dla przemysłu meblarskiego i drzewnego. Elektrownie i elektrociepłownie musiały więc sięgnąć po drobne odpady drzewne – te same, z których produkuje się pellet.
Biomasa uznawana przez UE za odnawialne źródło energii nie obciąża zakładów kosztami uprawnień do emisji CO₂ (EU ETS). To sprawiło, iż stała się atrakcyjna dla dużych odbiorców.
W efekcie konkurencja o trociny i zrębki gwałtownie wzrosła. Cena surowca w ciągu roku niemal się podwoiła, co bezpośrednio przełożyło się na koszt pelletu dla gospodarstw domowych.
UOKiK: nie było zmowy, ale ostrzeżenia były
Gdy ceny zaczęły szybować, pojawiły się sugestie o możliwej zmowie cenowej. Sprawę zbadał Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Nie stwierdzono nieprawidłowości.
Jednocześnie kontrolerzy wskazali, iż administracja miała świadomość ryzyka. W raporcie resortu klimatu z lipca 2025 r. zapisano, iż zwiększanie zużycia biomasy drzewnej może doprowadzić do wzrostu cen i uzależnienia od importu.
Wprost podkreślono, iż rosnące spalanie biomasy przez energetykę zawodową podbije popyt – a tym samym ceny dla odbiorców indywidualnych.
Ostrzeżenie było. Rynek jednak rozpędził się szybciej niż reakcja systemu.
Składy opału dzielą na worki
W wielu miejscach kraju pellet sprzedawany jest z limitami. Sprzedawcy mówią wprost: dostawy są, ale mniejsze i droższe. Zapas, który w łagodnych zimach wystarczał do kwietnia, w tym roku zniknął już w styczniu.
Właściciele kotłów podkreślają, iż spalanie przy temperaturach rzędu –15°C wzrosło choćby dwukrotnie w porównaniu do zim „na plus pięć”.
Alternatywy? Rolnicy wskazują na zboże
Na rynku zaczynają pojawiać się alternatywne pomysły. Rolnicy przypominają, iż zboże i kukurydza mają wysoką wartość opałową, a przy obecnych cenach – 700–750 zł za tonę – są znacznie tańsze od pelletu.
Problem w tym, iż nie każdy kocioł jest przystosowany do takiego paliwa, a zmiana technologii to kolejne koszty.
Transformacja bez zabezpieczenia podaży?
Debata wokół pelletu odsłoniła szerszy problem. Programy wsparcia skłoniły tysiące rodzin do inwestycji w nowe źródła ciepła, ale nie zapewniły równolegle stabilnych dostaw paliwa.
Dziś część użytkowników czuje się zaskoczona. Z jednej strony rosną ceny, z drugiej – węgiel kosztuje 1200–1600 zł za tonę, czyli w wielu przypadkach mniej niż pellet.
Rząd zapowiada, iż będzie monitorować sytuację i w razie potrzeby interweniować. Pojawia się też temat zwiększonego importu – m.in. z Ukrainy czy państw Europy Zachodniej.
Jednak podstawowe pytanie pozostaje otwarte: czy transformacja energetyczna została zaplanowana w pełnym łańcuchu – od dopłat, przez produkcję urządzeń, po dostępność paliwa?
Tegoroczna zima pokazała, iż choćby ekologiczne rozwiązanie może stać się kosztownym wyzwaniem, jeżeli popyt wyprzedzi podaż.

9 godzin temu





