Jeśli ktoś przez cały czas uważa, iż boom na AI to tylko narracja, to ten tydzień brutalnie go z tego wyleczył.
TSMC ogłasiło inwestycje rzędu ponad 50 miliardów dolarów rocznie i podniosło prognozy marż do poziomów, których rynek się nie spodziewał. Meta decyduje się budować infrastrukturę AI na skalę, która zużywa tyle energii, co całe państwa. A OpenAI robi krok, który pokazuje jedno: sztuczna inteligencja przestaje być eksperymentem, a zaczyna być pełnoprawnym, brutalnie monetyzowanym biznesem.
W tym samym czasie Europa próbuje odbić się od dna, Fed znajduje się pod największą presją polityczną od dekad, ropa reaguje na każdy tweet z Białego Domu, a miedź po cichu staje się jednym z najważniejszych surowców świata, bo bez niej nie ma ani AI, ani transformacji energetycznej.
Ten FinWeek to nie jest zbiór newsów. To mapa tego, gdzie dziś realnie płynie kapitał, kto jest beneficjentem obecnych trendów, a kto zaczyna przegrywać strukturalnie. Często w ciszy, bez nagłówków.
Będzie o AI, półprzewodnikach, energii, bankach, krypto i geopolityce. Bez hype’u. Bez straszenia. Z perspektywą inwestora. Zaczynamy.
ChatGPT zmienia model i zacznie zarabiać. Wydatki na AI przyspieszają, setki miliardów w grze!
Nie przegap – choćby 20 darmowych akcji od Freedom24, każda warta do 800 USD!
Szczegóły promocji: https://freedom24.club/dnarynkow_welcome
TSMC: twarde liczby zamiast narracji
Jeśli ktoś szukał twardego dowodu na to, iż boom na AI to coś więcej niż narracja, to właśnie dostał go po raz kolejny w wynikach TSMC.
Zacznijmy od konkretów. TSMC planuje w 2026 roku wydać na inwestycje od 52 do 56 mld dolarów. To o jedną czwartą więcej niż rok wcześniej i wyraźnie powyżej tego, czego spodziewał się rynek.

Jednocześnie spółka zakłada wzrost przychodów w 2026 roku bliski 30%, czyli szybciej niż średnie prognozy analityków. Nic dziwnego, iż akcje TSMC rosły w USA choćby o 5.6%, a akcje ASML wystrzeliły do nowych rekordów.

Ale liczby to tylko połowa historii. Druga, znacznie ciekawsza, dotyczy struktury biznesu. W 2025 roku TSMC nie pobiło wcale rekordu pod względem liczby dostarczonych wafli krzemowych. Dostarczyło ich około 15 mln, mniej niż w rekordowym 2022 roku. Mimo to przychody w dolarach były aż o 61% wyższe niż trzy lata wcześniej. Skąd ta różnica? Z rosnących przychodów na jeden wafel oraz coraz większego znaczenia zaawansowanego łączenia chipów. W skrócie, TSMC sprzedaje nie więcej, tylko drożej i z wyższą marżą.

Spółka podniosła długoterminową prognozę marży brutto do 56%, a na pierwszy kwartał wskazuje poziom około 64%. To był największy pozytywny szok w tych wynikach. Pokazuje on, iż popyt na najbardziej zaawansowane procesy technologiczne, jak 3 nm, pozwala TSMC nie tylko rosnąć, ale też realnie poprawiać rentowność.

TSMC jest głównym producentem układów dla Nvidii, a popyt na akceleratory AI napędzają inwestycje takich firm jak Meta czy Amazon. Sam prezes TSMC, C.C. Wei przyznał, iż popyt na AI go niepokoi, bo skala inwestycji jest ogromna. Dokładnie dlatego TSMC przeprowadziło bardzo rygorystyczne analizy nie tylko swoich klientów, ale też klientów ich klientów. Dopiero po tym zdecydowało się na tak agresywne nakłady inwestycyjne.
Firma od lat ma reputację skrajnie konserwatywnej inwestycyjnie. jeżeli taka organizacja mówi dziś wprost, iż widzi wysokie i trwałe zwroty z AI, to mamy kolejny dowód na to, iż gadanie o „bańce” jest bzdurą.
Meta: infrastruktura jako kręgosłup AI
Dowozi temu też Meta, która jedną decyzją zacznie zużywać tyle prądu, co małe państwo. I robi to świadomie, bo uznaje, iż bez tego nie ma przyszłości w AI.
Meta Compute to nowa, „top-level” inicjatywa, którą Mark Zuckerberg wyciągnął na samą górę organizacji. Jej cel jest prosty w założeniach, ale gigantyczny w skali: zbudować i kontrolować globalną infrastrukturę obliczeniową pod sztuczną inteligencję, w tym data center, dostawy energii i relacje z partnerami. To nie jest projekt poboczny. To ma być kręgosłup strategii Mety na kolejne lata.
Na czele Meta Compute stanęli Santosh Janardhan, odpowiedzialny dotąd za globalną infrastrukturę, oraz Daniel Gross, nowy nabytek z rynku AI. Do tego dochodzi Dina Powell McCormick, nowa prezes i wiceprzewodnicząca Mety, która ma zajmować się partnerstwami z rządami i finansowaniem centrów danych na całym świecie. Jej doświadczenie z Goldman Sachs i pracy z funduszami państwowymi jasno sugeruje, iż Meta myśli o tej infrastrukturze w kategoriach geopolitycznych i kapitałowych, a nie tylko technologicznych.
Skala planów robi wrażenie. Zuckerberg mówi wprost o dziesiątkach gigawatów mocy w tej dekadzie i setkach gigawatów w dłuższym terminie. To oznacza centra danych, które zużywają tyle energii, co duże miasta. Dlatego Meta zabezpiecza długoterminowe dostawy prądu, między innymi podpisując 20-letnie umowy z elektrowniami jądrowymi Vistra i angażując się w projekty małych reaktorów modułowych. Bez stabilnej energii nie ma stabilnego AI, a Meta nie chce być zakładnikiem rynku energii.
Rynek akcji patrzy na razie na to trochę inaczej. Meta od dłuższego czasu przegrywa z S&P 500 i sektorem półprzewodników, mimo iż biznesowo „wrzuca wyższy bieg”. Inwestorzy nagradzają dostawców łopat do gorączki złota AI, a karzą tych, którzy faktycznie kopią. Wystarczyło, iż Zuckerberg zapowiedział przyspieszenie wydatków inwestycyjnych, a kurs zaczął spadać.

Portfel: między bańką a wynikami
To pokazuje pewną niespójność rynku. jeżeli wierzymy, iż Meta nie dowiezie sensownego zwrotu z kapitału na AI, to trudno jednocześnie wierzyć w długoterminową stabilność boomu na półprzewodniki. Albo ktoś tu przesadza z optymizmem, albo z pesymizmem.
Patrząc na Metę obstawiam, iż rynek przesadza z pesymizmem, bo ma flashbacki z czasów Metaverse.
Dlatego mój publiczny portfel agresywny, jaki prowadzę dla was we Freedom24 ma w nosie obawy o WIELKIE BAŃKI AI i konsekwentnie utrzymuje sporą ekspozycję na cały ten sektor. Jak widać po wynikach to decyzja dość skuteczna, bo jego wynik od początku 2024 roku to już +82% a tylko w tym roku to już… +7%. A to wszystko jest liczone w EURO. W takiej walucie ten portfel jest prowadzony, co znaczy, iż jak chcecie go porównać z indeksami, to je też trzeba przeliczyć na euro.

No i okaże się wtedy, że… wynik S&P500 jest ponad 2x gorszy. Nice. Ostatnio do portfela dodawałem akcje spółki Oddity Tech. Tak, będzie o niej w końcu materiał osobny. Wyluzujcie. W ostatnim tygodniu żadnych zmian nie było, ale w kolejnym chyba coś będę musiał porotować. Informacje o tym wcześniej będą na naszym darmowym Discord, gdzie jest już 12500 osób.
Pamiętajcie też, iż pełen portfel możecie za każdym razem na bieżąco obserwować na portalu myfund i we Freedom24 znajdziecie dostępne na pewno wszystkie instrumenty, jakie tam są.
Przestrzegam, iż to ogólnie portfel BARDZO ryzykowny i jeżeli ktoś ma niską tolerancję na ryzyko, to absolutnie nie powinno się nim w żadnym stopniu inspirować.
Na pewno jednak możecie go w całości odzwierciedlić na koncie we Freedom24. Znajdziecie tam ponad milion instrumentów finansowych, wygodną apkę, a ostatnio uruchomiono też wpłaty depozytów bezpośrednio w złotych, więc kolejna wygoda dla użytkownika. Ode mnie jest polecajka.
ChatGPT: reklamy jako punkt zwrotny
Jeszcze niedawno Sam Altman mówił, iż reklamy w ChatGPT to ostateczność. Dziś wiemy ta ostateczność nadeszła. OpenAI oficjalnie potwierdziło testy reklam w ChatGPT, co jest jedną z największych zmian w modelu biznesowym firmy od momentu uruchomienia chatbota.
Na początek reklamy zobaczą wybrani użytkownicy w USA, korzystający z darmowej wersji ChatGPT oraz z tańszego planu „Go” za 8 dolarów miesięcznie. Droższe subskrypcje mają pozostać wolne od reklam. Same reklamy mają pojawiać się na dole odpowiedzi, być wyraźnie oddzielone od treści i dotyczyć sponsorowanych produktów lub usług powiązanych z pytaniem użytkownika.
Dlaczego OpenAI zdecydowało się na taki ruch? Powód jest oczywisty: pieniądze. Utrzymanie i rozwój sztucznej inteligencji kosztują. Firma nie spodziewa się rentowności przez lata, a jednocześnie deklaruje inwestycje rzędu 1,4 bln dolarów w centra danych i układy obliczeniowe. Sam model subskrypcyjny przestaje wystarczać, zwłaszcza przy skali ponad 800 mln użytkowników tygodniowo. Reklamy to naturalny krok.

To jednak nie tylko decyzja finansowa, ale też ryzykowny eksperyment produktowy. OpenAI bardzo długo zwlekało z reklamami, bo dobrze rozumiało, co jest największą siłą ChatGPT: płynne doświadczenie rozmowy i wysoki poziom zaufania użytkownika. Reklamy mogą ten układ naruszyć.
Problemów jest kilka. Po pierwsze, czas spędzany w aplikacji. jeżeli reklamy będą irytujące lub źle dopasowane, użytkownik szybciej zakończy sesję. Po drugie, retencja. Część osób może uznać, iż „czystsze” alternatywy, bez reklam, są bezpieczniejsze i bardziej nastawione na pomoc. Po trzecie, zaufanie. choćby jeżeli OpenAI deklaruje, iż rozmowy nie będą udostępniane reklamodawcom, sama świadomość targetowania reklam może sprawić, iż użytkownicy będą ostrożniejsi w tym, co piszą.
Firma próbuje te obawy rozbroić komunikacyjnie. Zapewnia, iż reklamy nie wpływają na odpowiedzi modelu, nie pojawią się przy wrażliwych tematach i nie będą wyświetlane użytkownikom poniżej 18. roku życia. Podkreśla też, iż to test, który będzie modyfikowany na podstawie opinii użytkowników.
W praktyce jesteśmy świadkami momentu przełomowego. ChatGPT przestaje być wyłącznie narzędziem opartym na subskrypcjach, a zaczyna przypominać klasyczną platformę internetową. Pytanie nie brzmi już, czy reklamy w AI się pojawią, tylko czy da się je wprowadzić tak, by nie zniszczyć tego, co sprawiło, iż użytkownicy pokochali ChatGPT. jeżeli się uda, OpenAI otworzy nowy rozdział monetyzacji sztucznej inteligencji. jeżeli nie, użytkownicy bardzo gwałtownie dają o tym znać.
Reklamy chociaż w tej chwili wydają się rewolucją, to tak naprawdę zdają się w modelach LLM czymś, co musiało się tam pojawić prędzej czy później. Jakoś ten produkt musi zarabiać. W zwykłej wyszukiwarce też są linki sponsorowane etc. To czy użytkownicy się do tego przyzwyczają i zaakceptują reklamy będzie zależeć od tego, jak trafne, subtelne, ale zarazem dobrze zakomunikowane te reklamy będą. Muszą być jednocześnie uczciwe, żeby nikt nie miał poczucia, iż ktoś mu coś „wciska”, ale jednocześnie na tyle subtelne, żeby nie psuły odczucia z rozmowy z modelem.
Model LLM, który pierwszy wprowadzi reklamy stawia ryzykowny krok, bo podejmuje ryzyko, iż przepędzi użytkowników do konkurencji.
Niemcy: wzrost, który nie przekonuje
A my zmieniamy temat i świętujemy razem z Niemcami! Po dwóch latach kurczenia się gospodarki Niemcy wreszcie mogą lekko odetchnąć. PKB znów rośnie. Skromnie, bo skromnie, ale po długiej serii rozczarowań samo bycie na plusie, to już coś.
W 2025 roku niemiecka gospodarka urosła o 0,2%. Tyle samo wyniósł wzrost w czwartym kwartale. To dokładnie to, czego spodziewał się rynek, więc bez fajerwerków, ale też bez kolejnego negatywnego zaskoczenia. Najważniejsze jest to, iż to pierwszy dodatni wynik roczny od 2022 roku, po dwóch kolejnych latach spadków.

Co pchało wzrost? Przede wszystkim konsumpcja gospodarstw domowych i wydatki rządowe. Innymi słowy, Niemcy zaczęli więcej wydawać, a państwo mocniej pompować pieniądze w gospodarkę. Inwestycje prywatne spadły, a handel zagraniczny ciążył wzrostowi. To już samo w sobie pokazuje, iż to nie jest klasyczne, szerokie ożywienie napędzane przemysłem i eksportem.
I tu dochodzimy do sedna problemu. Niemiecki przemysł wciąż jest w recesji. Produkcja przemysłowa spadła w 2025 roku o 1.3%, a budownictwo aż o 3.6%.

Rynek pracy, który przez lata był jasnym punktem, przestał się poprawiać. Liczba miejsc pracy w fabrykach wyraźnie spadła. To wszystko dzieje się w tle problemów strukturalnych: kryzysu energetycznego, ograniczonego dostępu do surowców i napięć w handlu światowym.
Eksport, który przez dekady był silnikiem Niemiec, też zawodzi. Sprzedaż do USA spadła o prawie 8%, głównie przez cła i problemy w sektorze motoryzacyjnym. Jeszcze gorzej wygląda handel z Chinami, gdzie niemieccy producenci coraz częściej przegrywają z lokalną konkurencją, taką jak BYD. Chiny są dziś bardziej konkurentem niż klientem.

Nadzieja pojawia się po stronie fiskalnej. Nowy kanclerz Friedrich Merz planuje duże wydatki na wojsko i infrastrukturę. Ekonomiści zakładają, iż to może podnieść wzrost powyżej 1% w kolejnych latach, ale tylko jeżeli pójdą za tym reformy. Same pieniądze nie wystarczą.
Ostatnie dane dają jednak ostrożny sygnał poprawy. Zamówienia w przemyśle i produkcja wyraźnie wzrosły jesienią, głównie dzięki kontraktom zbrojeniowym. Rheinmetall podniósł prognozy.
To nie zapowiada się na szybkie i dynamiczne ożywienie, ale mimo wszystko najgorsze Niemcy już chyba mają za sobą.
Powell i Fed: test niezależności
Jeśli ktoś myślał, iż konflikt na linii Biały Dom – Rezerwa Federalna już się wypalił, to ostatnie dni brutalnie go z tej iluzji wyprowadziły. Wezwania sądowe, groźba zarzutów karnych wobec szefa Fed i otwarte sugestie, iż polityka pieniężna ma służyć prezydentowi, a nie danym. To już nie jest zwykła polityczna przepychanka. To test granic niezależności banku centralnego w największej gospodarce świata.
Punktem zapalnym stała się renowacja historycznej siedziby Fed w Waszyngtonie. Koszt projektu urósł z 1,9 mld dolarów w 2023 roku do około 2,5 mld dolarów w 2025 roku. Fed tłumaczy to wzrostem cen materiałów, robocizny i nieprzewidzianymi problemami technicznymi. Jerome Powell w zeszłym roku zeznawał w Kongresie, iż część medialnych doniesień o luksusowych dodatkach była przesadzona lub nieaktualna. Administracja Trumpa uznała jednak, iż temat nadaje się do znacznie cięższego kalibru.
Departament Sprawiedliwości wystosował wobec Fed wezwania sądowe, co Powell jednoznacznie odczytał jako element szerszej presji politycznej. W swoim wystąpieniu postawił sprawę jasno.
Chodzi o to, czy stopy procentowe będą ustalane na podstawie danych o inflacji i rynku pracy, czy pod dyktando polityczne. Innymi słowy, czy bank centralny przez cały czas będzie bankiem centralnym, czy stanie się kolejnym urzędem wykonującym wolę prezydenta.
Reakcja rynków była zaskakująco spokojna. Dolar osłabił się o mniej niż 0,5% wobec głównych walut. Rentowności długoterminowych obligacji wzrosły o kilka punktów bazowych i gwałtownie wróciły w okolice wyjścia. Złoto i srebro podrożały o kilka procent, a kontrakty na S&P 500 spadły maksymalnie o 0,7%. To nie był paniczny ruch. Bardziej nerwowe mrugnięcie okiem.
Dlaczego rynki nie spanikowały? Po pierwsze, inwestorzy widzą, iż formalnie niezależność Fed przez cały czas jest chroniona prawnie. Nie ma gotowej ścieżki legislacyjnej, która pozwalałaby prezydentowi łatwo przejąć kontrolę nad bankiem centralnym. Próby usunięcia poszczególnych członków zarządu, jak w przypadku Lisy Cook, grzęzną w sądach. Po drugie, Powellowi i Trumpowi paradoksalnie w krótkim terminie zależy na tym samym. Obaj chcą niższych stóp procentowych. Różnica polega na tempie i skali tych obniżek, ale kierunek jest zgodny z obecnym konsensusem w Federalnym Komitecie Otwartego Rynku.
Fed już obniżył stopy do przedziału 3,5–3,75%, dokonując trzeciej z rzędu obniżki o 25 punktów bazowych. Kolejne decyzje mają zależeć od danych o inflacji i zatrudnieniu. Rynki zakładają, iż w 2026 roku cięć będzie więcej, niż sugerują obecne projekcje samego FOMC. W krótkim terminie więc uwaga skupia się na dezinflacji, a nie na politycznych fajerwerkach.

Problem zaczyna się dalej w horyzoncie. Atak na niezależność Fed to nie jest lokalna awantura personalna. To fundament globalnego systemu finansowego. jeżeli inwestorzy zaczną wierzyć, iż polityka pieniężna w USA może być sterowana naciskami politycznymi, wzrosną oczekiwania inflacyjne. A wraz z nimi premia za ryzyko na amerykańskim długu. To oznacza wyższe długoterminowe stopy, droższe kredyty hipoteczne i presję na rynki obligacji na całym świecie.

Do tego dochodzi kalendarz. Kadencja Powella jako przewodniczącego Fed kończy się w maju, ale jego mandat jako członka FOMC trwa do 2028 roku. jeżeli Powell postanowi zostać w komitecie, to będzie pierwsza taka sytuacja w historii Fed i będzie on niewygodnym punktem odniesienia dla nowego szefa, prawdopodobnie Kevina Hassetta. jeżeli odejdzie, Trump zyska przestrzeń do obsadzenia kolejnego miejsca bardziej lojalną osobą. Każdy z tych scenariuszy oznacza napięcia wewnątrz Fed i trudniejsze budowanie konsensusu wśród członków FOMC.
Na razie rynki zakładają, iż instytucje wytrzymają, a prawnicy i Senat postawią tamę najbardziej radykalnym pomysłom. To założenie może się okazać kosztowne, jeżeli konflikt będzie eskalował. Historia pokazuje, iż utrata niezależności banku centralnego rzadko kończy się miękkim lądowaniem.
Iran: ropa między eskalacją a pauzą
Jak na razie większe przełożenie Trump ma na rynek ropy niż na Fed. Wystarczyło kilka zdań Donalda Trumpa, żeby ropa potaniała o ponad 3%. To dobrze pokazuje, jak cienka jest dziś linia między dyplomacją a eskalacją w relacjach USA z Iranem.

Żeby zrozumieć obecną sytuację, trzeba cofnąć się o krok. Od grudnia Iran walczy z masowymi protestami antyrządowymi, największymi od rewolucji islamskiej w 1979 roku. Reżim odpowiedział dość brutalnie. Organizacje praw człowieka mówią o tysiącach ofiar, a doniesienia o planowanych egzekucjach zatrzymanych demonstrantów dolały oliwy do ognia. W tym momencie do gry coraz mocniej weszły Stany Zjednoczone.
Donald Trump w ostatnich dniach wyraźnie podkręcał retorykę. W mediach społecznościowych pojawił się wpis „HELP IS ON ITS WAY”, który wiele osób odebrało jako zapowiedź bezpośredniej interwencji. Równolegle USA zaczęły ewakuować część personelu z bazy Al Udeid w Katarze, kluczowego centrum dowodzenia, gdzie stacjonuje około 10 tysięcy żołnierzy. To wystarczyło, by w regionie i na rynkach pojawiły się obawy przed uderzeniem militarnym.
Potem jednak ton się zmienił. Trump ogłosił, iż otrzymał zapewnienia, iż zabijanie protestujących w Iranie ustało i iż nie ma planów egzekucji. Nie wskazał źródła tych informacji, ale podobne sygnały pojawiły się też ze strony irańskich władz. W praktyce oznaczało to chwilowe wyhamowanie napięcia. Kraje regionu, takie jak Arabia Saudyjska, Katar, Oman czy Turcja, od początku naciskały na Waszyngton, by nie szedł w stronę eskalacji. Ich argument był prosty. Amerykański atak na Iran oznaczałby destabilizację całego Bliskiego Wschodu.
Rynek zareagował natychmiast. Gdy ryzyko uderzenia spadło, ceny ropy wyraźnie się osunęły po wcześniejszych wzrostach. To pokazuje, iż inwestorzy traktują konflikt USA Iran przede wszystkim jako zagrożenie dla podaży energii, a nie tylko lokalny problem polityczny. Wynika to z faktu, iż Iran wydobywa mniej więcej tyle ropy co Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kuweit, czy Chiny, a jednocześnie ma trzecie największe złoża ropy na świecie.

Jednak deeskalacja jest bardzo krucha. Stany Zjednoczone wprowadziły nowe sankcje na irańskich urzędników i osoby powiązane z władzą, w tym na wysokich rangą przedstawicieli struktur bezpieczeństwa. Z militarnego punktu widzenia ruchy USA są niejednoznaczne. Część obiektów jest wycofywana, inne są przesuwane, w tym lotniskowiec USS Abraham Lincoln zmierzająca w stronę regionu. Dyplomaci wprost przyznają, iż może to być zarówno przygotowanie do uderzenia, jak i próba dezorientacji Iranu.
Warto też jasno powiedzieć, czego ta historia raczej nie rozwiąże. Eksperci i byli urzędnicy USA podkreślają, iż same naloty powietrzne nie obaliłyby irańskiego reżimu. Iran zapowiada odwet, a sąsiednie państwa Zatoki jasno deklarują, iż nie zgodzą się na wykorzystanie swojego terytorium do ataku. To mocno ogranicza pole manewru Waszyngtonu.
Napięcie między USA a Iranem faktycznie na moment opadło, ale nie zniknęło. To nie koniec konfliktu, tylko pauza, a rynki, zwłaszcza rynek ropy, będą w krótkim terminie reagować nerwowo na każdy sygnał, iż ta pauza może się nagle skończyć.
Miedź: cichy hamulec AI
Pauza zbliża się też w podaży miedzi. Miedź nie ma tej „magii” co AI ani tej dramaturgii co ropa, ale może być surowcem, który po cichu zatrzyma połowę planów świata. Bo bez miedzi nie ma elektryfikacji, a bez elektryfikacji nie ma ani transformacji energetycznej, ani nowych centrów danych pod AI.
S&P Global ostrzega, iż jeżeli podaż nie wzrośnie w sposób istotny, to do 2040 roku świat może wpaść w deficyt miedzi rzędu 10 mln ton. To jest skala porównywalna do prawie jednej trzeciej dzisiejszego globalnego popytu. I S&P nazywa to wprost ryzykiem systemowym dla przemysłu, rozwoju technologii i wzrostu gospodarczego.
Dlaczego akurat miedź? Bo to najlepszy „przewodnik” elektryfikacji. Jest w kablach, silnikach, transformatorach, w samej infrastrukturze sieci energetycznej. A dziś mamy dwa równoległe megatrendy, które tę elektryfikację przyspieszają. Pierwszy to zielona transformacja, czyli rozbudowa sieci, przyłączanie odnawialnych źródeł i elektryfikacja transportu. Drugi to boom na AI, który wymaga ogromnych centrów danych i jeszcze większych nakładów na sieć oraz zasilanie.
S&P prognozuje, iż globalny popyt na miedź wzrośnie z 28 mln ton do 42 mln ton w 2040 roku. Aż 60% tego przyrostu ma pochodzić z Azji, głównie przez szybkie wdrażanie aut elektrycznych i modernizację sieci energetycznych. W samym segmencie data center, w tym AI i robotyki, zużycie miedzi może wzrosnąć z około 1.1 mln ton w 2025 roku do 2.5 mln ton w 2040 roku. S&P mówi wprost: dostęp do miedzi jest krytyczny, żeby boom na AI w ogóle miał fizyczne warunki do rozwoju.
Problem w tym, iż podaż nie rośnie jak popyt. S&P zakłada, iż przy obecnych trendach produkcja miedzi na świecie osiągnie szczyt około 2030 roku, a potem zacznie spadać, mimo rosnącego zapotrzebowania. Powód jest prozaiczny. Wiele kopalń się starzeje i ma coraz niższą produktywność, a otwarcie nowych złóż to lata pracy i gigantyczny kapitał.

Ceny już to sygnalizują. Miedź podrożała z nieco ponad 8000 dolarów za tonę w kwietniu do ponad 13 000 dolarów, napędzana obawami o zakłócenia w kopalniach i cłami. Oczywiście, długotrwałe niedobory rzadko realizowane są wiecznie, bo wysokie ceny zwykle chłodzą popyt, zachęcają do substytutów i uruchamiają nowe inwestycje. Tylko iż w miedzi ten mechanizm działa wolno, bo nowe moce wydobywcze nie pojawiają się z dnia na dzień.

Recykling pomoże, ale nie rozwiąże sprawy sam. Raport uwzględnia rosnący udział złomu, który mógłby dać 10 mln ton „produkcji” w 2040 roku. I mimo tego luka dalej zostaje. Żeby ją domknąć, trzeba zwiększyć wydobycie z 23 mln ton w 2025 roku do co najmniej 32 mln ton w 2040 roku.
Możemy mieć superinteligentne modele i ambitne cele klimatyczne, ale i tak wszystko musi się spiąć na polu fizyki i surowców.
Banki kontra stablecoiny
Kończymy tematem stablecoinów. Gdyby dziś ktoś zapytał banki w USA, co bardziej im zagraża: recesja czy kryptowaluty, coraz częściej odpowiedź brzmiałaby: stablecoiny z oprocentowaniem.
Sedno sporu jest dość proste. Firmy kryptowalutowe oferują stablecoiny, czyli tokeny powiązane z dolarem, które można wykorzystywać do płatności, transferów zagranicznych czy handlu. Coraz częściej do tych tokenów dokładane są tzw. rewards, czyli roczne wypłaty liczone jako procent wartości posiadanych środków. Przykład? Około 3.5% rocznie za samo trzymanie stablecoinów w ramach programów takich jak oferta Coinbase, czyli po prostu alternatywa dla lokaty.
Dla banków to wygląda jak wysoko oprocentowany depozyt. Różnica polega na tym, iż banki muszą działać w ścisłych ramach regulacyjnych, płacić składki na system gwarancji depozytów i spełniać wymogi kapitałowe. Tymczasem średnie oprocentowanie kont oszczędnościowych w USA to 0.1%. Konkurencja jest więc, delikatnie mówiąc, nierówna.
Stąd potężna reakcja sektora bankowego. Organizacje branżowe, na czele z American Bankers Association, zasypały senatorów listami i telefonami. Argument jest jeden: stablecoiny z oprocentowaniem mogą wysysać depozyty z systemu bankowego, szczególnie uderzając w mniejsze, lokalne banki, które żyją z finansowania lokalnych społeczności. Według szacunków amerykańskiego Departamentu Skarbu, stablecoiny mogą w skrajnym scenariuszu odciągnąć choćby 6.6 bln dolarów depozytów z banków. Dla porównania, cały system bankowy w USA trzyma około 18.7 bln dolarów depozytów.

Ten konflikt realnie zablokował prace nad ustawą, która miała stworzyć kompleksowe ramy regulacyjne dla rynku kryptowalut. Głosowanie w senackiej komisji bankowej zostało odłożone, bo część republikanów bliskich sektorowi bankowemu oraz część demokratów zaczęła się wahać.
Co ciekawe, największe banki jednocześnie krytykują stablecoiny i same pracują nad własnymi projektami kryptowalutowymi. Niektóre, jak Bank of America, rozważają choćby emisję własnych stablecoinów. Branża crypto odpowiada, iż banki wykorzystują narrację o „obronie lokalnych banków”, podczas gdy realnie chodzi o ochronę interesów największych graczy.
Projekt ustawy próbuje znaleźć kompromis, dopuszczając oprocentowanie stablecoinów powiązane z aktywnością, na przykład płatnościami, ale ograniczając wypłaty „za samo trzymanie”. Bankom to nie wystarcza. Branża krypto z kolei grozi wycofaniem poparcia dla ustawy.
Stablecoiny przestały być ciekawostką technologiczną. Stały się realnym zagrożeniem dla modelu biznesowego banków. A gdy banki zaczynają się bać, w Waszyngtonie robi się naprawdę głośno.
Do zarobienia!
Piotr Cymcyk
Nie przegap – choćby 20 darmowych akcji od Freedom24, każda warta do 800 USD!
Szczegóły promocji: https://freedom24.club/dnarynkow_welcome

5 godzin temu

![Nad Bugiem w Sławatyczach realizowane są obchody Święta Jordanu [GALERIA]](https://misyjne.pl/wp-content/uploads/2026/01/mid-26119283.jpg)

.webp)




