Dolar nie odpuszcza, złoto i Bitcoin w odwrocie – rynki pod dyktando eskalacji w Zatoce Perskiej

5 godzin temu

Czwartkowy poranek na globalnych rynkach finansowych nie pozostawia złudzeń co do tego, kto dyktuje dziś warunki gry. Amerykański dolar umacnia się trzecią sesję z rzędu, spychając kurs EUR/USD do poziomu 1,1587 – najniższego od stycznia tego roku. Złoto traci blisko 2 proc. i schodzi poniżej 4 350 dolarów za uncję, a Bitcoin oddaje kolejne 2,4 proc. i notowany jest w okolicach 73 000 dolarów. Za tymi ruchami stoi jeden wspólny mianownik: eskalacja konfliktu w Zatoce Perskiej i rosnące przekonanie rynków, iż Rezerwa Federalna nie będzie miała innego wyjścia, jak podnieść stopy procentowe.

Nocne uderzenia pod Ormuzem przesądziły o nastrojach na rynkach. Greenback odzyskuje koronę bezpiecznej przystani, a inwestorzy pozbywają się kruszcu i kryptowalut.

Waszyngton tłumaczy operację koniecznością ochrony żeglugi handlowej i własnych wojsk w regionie. Teheran nie pozostał dłużny – Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej poinformował za pośrednictwem agencji Tasnim o ataku odwetowym na bazę lotniczą, z której startowały amerykańskie maszyny. Do tego dochodzą doniesienia z Kuwejtu, który aktywował systemy obrony przeciwrakietowej w odpowiedzi na nadlatujące drony.

Dolar znów jest królem

Seria tych wydarzeń uderzyła w rynki dokładnie w momencie otwarcia sesji azjatyckiej i natychmiast wzmocniła popyt na dolara. Indeks DXY, mierzący siłę amerykańskiej waluty wobec koszyka sześciu głównych walut, rośnie nieprzerwanie od poniedziałku. Kurs EUR/USD osunął się do 1,1587 – poziomu, który jeszcze tydzień temu analitycy wskazywali jako scenariusz stresowy, możliwy wyłącznie w przypadku poważnej eskalacji.

Dlaczego dolar – a nie złoto czy frank szwajcarski – przejmuje dziś rolę głównego schronienia dla kapitału? Mechanizm jest doskonale znany rynkom od początku wojny w lutym, ale wciąż działa z pełną siłą. Gdy ropa drożeje – a Brent dziś rano przebił 97 dolarów za baryłkę, zyskując ponad 3 proc. – strefa euro i Japonia, jako wielcy importerzy energii, tracą swoją atrakcyjność walutową. Stany Zjednoczone, będące eksporterem netto ropy, są w tym równaniu po korzystniejszej stronie. Do tego dochodzi perspektywa wyższych stóp procentowych w USA, która czyni dolarowe aktywa po prostu lepiej oprocentowanymi.

I tu dochodzimy do kluczowego wątku środowej sesji. Gubernator Fed Lisa Cook powiedziała wprost na Uniwersytecie Stanforda, iż jest gotowa podnieść stopy procentowe, jeżeli dezinflacja nie pojawi się we właściwym czasie. Po pięciu latach inflacji przekraczającej cel 2 proc. nie zamierza czekać z założonymi rękami. Cook dołączyła tym samym do co najmniej sześciu głosujących członków FOMC, którzy chcą porzucić dotychczasowe nastawienie na łagodzenie polityki pieniężnej. Rynki terminowe już to wyceniają – ponad połowa kontraktów na stopę funduszy federalnych zakłada przynajmniej jedną podwyżkę do końca roku. Jeszcze w styczniu dominowały oczekiwania obniżek.

Złoto pod presją – paradoks wojennej przeceny

Inwestorzy przyzwyczajeni do schematu „wojna równa się droższe złoto” muszą w tym roku zrewidować swoje założenia. Cena uncji spadła w czwartek rano do około 4 350 dolarów, co oznacza stratę rzędu 1,8 proc. w ciągu jednej sesji. Od styczniowego rekordu powyżej 5 500 dolarów kruszec oddał już ponad 20 proc. wartości.

Powody tej pozornie nielogicznej przeceny są jednak racjonalne. Po pierwsze, złoto wyceniane jest w dolarach – każde umocnienie greenbacka automatycznie czyni kruszec droższym dla nabywców operujących w euro, jenach czy juanach, co ogranicza globalny popyt. Po drugie, rosnące ceny ropy napędzają inflację, a ta oddala perspektywę obniżek stóp procentowych. Złoto, w odróżnieniu od obligacji skarbowych czy depozytów bankowych, nie generuje żadnych odsetek. Im wyższe stopy, tym większy koszt alternatywny trzymania pozycji w kruszcu.

Analitycy zwracają uwagę na jeszcze jeden aspekt: złoto paradoksalnie mogłoby zyskać na zakończeniu wojny w Iranie, bo spadek dolara i cen ropy odbudowałby jego atrakcyjność jako aktywa zabezpieczającego. Dopóki jednak konflikt trwa i winduje ceny energii, dolar pozostaje beneficjentem, a złoto – jego ofiarą.

Bitcoin – cyfrowe złoto, które nie błyszczy

Rynek kryptowalut reaguje na czwartkową eskalację zgodnie z trendem obserwowanym od lutego. Bitcoin spadł o 2,4 proc. do poziomu około 73 300 dolarów, a Ether stracił jeszcze więcej – 3,7 proc., schodząc poniżej 2 000 dolarów. Od styczniowego szczytu w okolicach 98 000 dolarów największa kryptowaluta straciła już jedną czwartą wartości.

Narracja o Bitcoinie jako „cyfrowym złocie” i bezpiecznej przystani w czasach kryzysu po raz kolejny nie znajduje potwierdzenia w danych. W środowisku podwyższonej niepewności inwestorzy instytucjonalni redukują ekspozycję na aktywa spekulacyjne i przenoszą kapitał do instrumentów dolarowych o krótkim terminie zapadalności – amerykańskie bony skarbowe oferują wciąż ponad 5 proc. rocznie bez żadnego ryzyka walutowego czy kredytowego. W porównaniu z tym Bitcoin, ze swoją zmiennością sięgającą kilkunastu procent tygodniowo, wygląda jak zakład, na który nie każdy ma dziś ochotę.

Co dalej? Wszystkie oczy na dzisiejszy odczyt PCE

Kontekst makroekonomiczny potęguje napięcie. Dziś o 14:30 czasu polskiego Biuro Analiz Ekonomicznych opublikuje wskaźnik PCE za kwiecień – ulubioną miarę inflacji Rezerwy Federalnej. Konsensus rynkowy zakłada wzrost do 3,8-3,9 proc. rok do roku, wobec 3,5 proc. w marcu. Byłby to najwyższy odczyt od połowy 2023 roku. Gorętszy od prognoz wynik może dodatkowo umocnić dolara i pogłębić przecenę zarówno złota, jak i kryptowalut – potwierdzając narrację o Fed zmuszonym do zaostrzenia polityki monetarnej.

Sygnały z innych banków centralnych są zbieżne. Bank Korei dziś rano utrzymał stopy na poziomie 2,50 proc., ale ujawnił wyraźnie jastrzębi podział w radzie – dwóch z siedmiu członków głosowało za podwyżką, a zaktualizowane projekcje wskazują na wzrost stóp do 3,0 proc. w ciągu najbliższych sześciu miesięcy. Nowy gubernator Shin Hyun Song podniósł jednocześnie prognozę inflacji na ten rok do 2,7 proc. Problem energetycznej presji cenowej nie jest więc wyłącznie amerykański – z tym dylematem mierzą się banki centralne na całym świecie.

Dla traderów walutowych pytanie na resztę dnia brzmi: czy dolar ma jeszcze przestrzeń do wzrostu? Rewizja oczekiwań odsetkowych w USA dopiero się rozpoczęła i ma potencjał do dalszego wspierania dolara. Dopóki z Zatoki Perskiej nie napłyną wiarygodne sygnały dyplomatycznego przełomu, układ sił na rynkach walutowych i surowcowych pozostanie ten sam: mocny dolar, słabe euro i jen, ropa w drodze ku 100 dolarom – a złoto i Bitcoin szukające dna.

Źródła: Reuters, CNBC

Idź do oryginalnego materiału