Hongkong leży dokładnie między Pekinem a Wall Street. I to nie jest metafora geograficzna, tylko finansowa.
Na papierze sprawa jest prosta: Hongkong jest częścią Chin. Koniec historii. Tyle iż na rynkach finansowych taki zapisek na papierze, to dopiero początek historii, a najważniejsze pytanie brzmi inaczej: według jakich zasad ten rynek działa, kto te zasady egzekwuje i czy inwestor może zakładać, iż jutro będą one wyglądały tak samo jak dziś.
Właśnie dlatego Hongkong przez dekady był jednocześnie symbolem chińskiej potęgi i wentylem bezpieczeństwa dla globalnego kapitału. Z jednej strony chińska suwerenność, z drugiej anglosaski system prawny, finansowy i walutowy. To nie była ciekawostka. To był mechanizm, przez który świat kupował ekspozycję na Chiny.
Dziś pytanie nie brzmi już „czy Hongkong jest chiński”. On jest. Pytanie brzmi: ile Hongkongu zostało w Hongkongu i co to realnie oznacza dla giełdy, waluty i inwestorów.
Hongkong lawiruje pomiędzy Chinami a Wall Street. Jak działa ten rynek i waluta?
Wymieniaj waluty dzięki Walutomatowi! Skorzystaj z promocji i 50% obniżki prowizji: https://www.walutomat.pl/landing/world/
Dwie obietnice Hongkongu
Hongkong przez lata sprzedawał światu dwie rzeczy. Po pierwsze zaufanie, bo działał z instytucjami, które globalny kapitał rozumie. Po drugie dostęp, bo był praktycznie pomostem między rynkiem chińskim, gdzie istnieją bariery przepływu kapitału, a rynkiem międzynarodowym, gdzie pieniądz lubi chodzić, gdzie chce.
W ostatnich latach wzrosło napięcie między tym, co Hongkong obiecuje jako system, a tym, co wynika z politycznej rzeczywistości. Stąd dzisiejsze pytanie nie brzmi „czy Hongkong jest chiński”. On jest. Pytanie brzmi „ile Hongkongu zostało w Hongkongu”.
Żeby to zrozumieć, trzeba najpierw rozdzielić dwa pojęcia, które często się miesza. Suwerenność i system. Suwerenność mówi, do kogo należy terytorium. System mówi, jak działa gospodarka, prawo, instytucje, rynek finansowy, waluta. Hongkong jest chiński suwerennie, ale przez lata był inny systemowo. I ta „inność” nie była PR-em. Ona była zapisana w dokumentach, które miały stworzyć przewidywalną ramę po przekazaniu Hongkongu Chinom.
Tą ramą była Wspólna Deklaracja rządów Chin i Wielkiej Brytanii podpisana 19 grudnia 1984 roku oraz samo przekazanie Hongkongu, które nastąpiło 1 lipca 1997 roku. W wielkim uproszczeniu: Chiny odzyskują Hongkong, a Hongkong zachowuje własny model gospodarczy i prawny przez określony czas. W praktyce to było sprytne rozwiązanie dla obu stron. Pekin odzyskiwał symbol i ważne miasto, a świat dostawał sygnał: nie musisz traktować Hongkongu jak kolejnego chińskiego miasta, bo zasady gry mają być inne.
Kluczowym elementem tej układanki stało się to, co Hongkong nazywa Basic Law, czyli lokalny akt ustrojowy. W jego artykule 5 stoi wprost, iż socjalistyczny system i polityki nie mają być stosowane w Hongkongu, a dotychczasowy kapitalistyczny system i styl życia mają pozostać niezmienione przez 50 lat. To zdanie jest jak kotwica psychologiczna dla inwestorów, bo od razu ustawia oś czasu i uruchamia myślenie: skoro start był w 1997, to wszyscy patrzą w stronę roku 2047. To nie jest „gwarancja w próżni”. To zapis w systemie, który żyje w realnej polityce. Z tego biorą się napięcia, które obserwujemy.
Przez lata „jeden kraj, dwa systemy” w praktyce oznaczało, iż Hongkong był osobną maszyną do robienia biznesu. Miał własne instytucje finansowe, własną walutę, własne sądy, osobny reżim regulacyjny dla rynku kapitałowego.
Dla inwestora zagranicznego to była różnica między „wejściem na rynek, który znam” a „wejściem na rynek, którego nie znam, ale chcę mieć ekspozycję na jego wzrost”. Hongkong był tym bezpieczniejszym interfejsem. Nie idealnym, ale zrozumiałym.
Moment, w którym rynek zaczął inaczej wyceniać ryzyko
I tu dochodzimy do momentu, który zmienił sposób, w jaki rynek zaczął wyceniać Hongkong. Nie chodzi o to, iż „władza się zmieniła”. Chodzi o to, iż pojawiły się nowe instrumenty prawne i polityczne, które w oczach inwestorów zwiększyły ryzyko nieprzewidywalności. 30 czerwca 2020 roku weszła w życie ustawa o bezpieczeństwie narodowym narzucona Hongkongowi na poziomie centralnym.
Co konkretnie zmieniła?
Po pierwsze, wprowadziła cztery nowe kategorie przestępstw: secesję, subwersję, działalność terrorystyczną i kolaborację z zagranicą w sposób uznany za zagrażający bezpieczeństwu.
Po drugie, dołożyła nowe elementy instytucjonalne, w tym komitet ds. bezpieczeństwa narodowego w Hongkongu oraz biuro centralnych władz do spraw bezpieczeństwa, które w określonych wyjątkowych sytuacjach może przejąć sprawę i objąć ją jurysdykcją po stronie kontynentu.
Po trzecie, zmieniła część praktyki procesowej, na przykład poprzez wymóg wyznaczania sędziów do spraw bezpieczeństwa przez szefa rządu Hongkongu oraz ostrzejszą logikę zwolnienia za kaucją. Do tego dochodzi szeroki zasięg poza Hongkongiem, bo ustawa przewiduje zastosowanie także do czynów popełnionych poza regionem.
To ważne z perspektywy rynku, bo kiedy zmienia się zakres tego, co państwo może uznać za zagrożenie, rośnie ryzyko, iż pewne sektory gospodarcze lub narracje staną się „problematyczne”. choćby jeżeli kupujesz spółkę e-commerce, to przez cały czas działasz w systemie, w którym otoczenie prawne wpływa na dostęp do informacji, na zachowania menedżerów, na to, co spółka powie w raporcie, a czego nie powie. To są miękkie czynniki, ale rynek potrafi je brutalnie przeliczyć na mnożniki wyceny.

Efekt był taki, iż giełda w Hong Kongu obrywała od 2020 roku nie tylko przez Covid-19 i spowolnienie gospodarcze, ale również przez narastające ryzyka polityczne. Wystarczy zresztą porównać, jak odbijały po COVID globalne rynki akcji, a jak giełda w Hongkongu.

Każda akcja o wartości choćby 800 dolarów!
Brak prowizji do obrotu 100 tys. euro miesięcznie!
Obniż prowizję za wymianę o 50%!
Geopolityka jako podatek od niepewności
Ustawa z 30 czerwca 2020 roku to nie był koniec. Do tego dochodzi warstwa geopolityczna, która działa jak dodatkowy podatek od niepewności. 27 maja 2020 roku Departament Stanu USA poinformował, iż Hongkong nie zasługuje na preferencyjne traktowanie inne niż Chiny kontynentalne w świetle amerykańskiego prawa. Następnie 14 lipca 2020 roku prezydent USA podpisał rozporządzenie wykonawcze w sprawie „normalizacji” relacji z Hongkongiem, które miało ograniczyć różnicowanie traktowania Hongkongu względem Chin. Mówiąc wprost Hong Kong w oczach zachodu stawał się coraz bardziej Chiński i coraz mniej wyjątkowy i niezależny.

To nie jest detal. Hongkong był atrakcyjny także dlatego, iż stanowił osobną jurysdykcję w wielu sprawach. jeżeli największy gracz finansowy świata mówi „zaczynam traktować Hongkong jak Chiny”, to choćby bez natychmiastowych skutków w bilansach pojawia się dodatkowe ryzyko.
Dlaczego Hongkong przez cały czas ma znaczenie – gospodarka węzła usług
W tym miejscu warto odpowiedzieć na pytanie: skoro wzrosła niepewność, to czemu Hongkong w ogóle przez cały czas jest istotny? Odpowiedź brzmi: bo gospodarczo to nie jest „fabryka”, tylko węzeł usług i pośrednictwa. Hongkong nie konkuruje z Shenzhen produkcją elektroniki. On konkuruje z innymi globalnymi hubami finansowymi, prawnymi i logistycznymi. To gospodarka, która w dużej mierze zarabia na tym, iż inni chcą coś przez nią przepuścić.
Widać to w strukturze PKB. Sektor usług stanowił około 93% PKB Hongkongu i jest zdominowany przez finanse i usługi biznesowe.

To są liczby, które od razu wyjaśniają, czemu temat „zaufania do instytucji” jest dla Hongkongu sprawą egzystencjalną. W gospodarce usług finansowych reputacja i przewidywalność są aktywem tak samo realnym jak port czy lotnisko. Gdy instytucje tracą wiarygodność, odpływają nie tylko pieniądze, ale też ludzie, firmy czy decyzje o debiutach giełdowych.

Waluta jako instytucja zaufania – HKD i peg do dolara
Kiedy gospodarka jest węzłem usług, szczególnie finansowych, waluta staje się czymś więcej niż środkiem płatniczym. Staje się elementem zaufania. Hongkong ma własną walutę, czyli HKD.
Sama waluta Hong Kongu jest niezwykle ciekawa, bo jej stabilność od dekad jest oparta o powiązanie z… dolarem amerykańskim. Nie z chińskim juanem, ale z walutą USA. Hong Kong Monetary Authority podaje wprost, iż Linked Exchange Rate System działa od 17 października 1983 roku i utrzymuje kurs w paśmie od 7,75 do 7,85 HKD za 1 USD. Technicznie to system izby walutowej, czyli mechanizm, w którym emisja pieniądza i płynność są podparte rezerwami w innej walucie. W tym wypadku w dolarze amerykańskim. Po ludzku: Hongkong „wypożycza” wiarygodność dolara, a w zamian godzi się na to, iż polityka pieniężna w dużej mierze podąża za tym, co robi amerykański bank centralny, czyli Fed.

To ma konsekwencje, które inwestor powinien rozumieć, bo one potrafią tłumaczyć zachowanie całych klas aktywów. jeżeli Fed podnosi stopy, Hongkong nie może udawać, iż żyje na własnej planecie. Koszt pieniądza rośnie, kredyt drożeje, a to uderza szczególnie w sektor nieruchomości i szerzej w aktywa wrażliwe na finansowanie kredytem czy inną formą długu. Wszystko dlatego, iż bank centralny Hong Kongu de facto podąża za Fed. Nie ma tutaj niezależności dostosowanej do lokalnych warunków gospodarczych. To znaczy, iż Hong Kong ma ograniczone możliwości reagowania na przykład na inflację. Nie może zmieniać stóp procentowych samodzielnie.

Z drugiej strony, stabilny kurs w czasie globalnych zawirowań działa jak kotwica i pomaga utrzymać Hongkong w kategorii „miejsce, gdzie kapitał może parkować bez stresu walutowego”. Jak wiadomo dolar to w walutowym świecie bezpieczna przystań. Dzięki temu, iż HKD jest powiązany z dolarem amerykańskim, to automatycznie też staje się bezpieczną przystanią, bo ich wartość względem siebie zmienia się w bardzo wąskim paśmie.
Żeby to zobaczyć wystarczy porównać sobie jak zachowuje się na przykład polski złoty wobec obu tych walut. Niemal identycznie, bo dolar hongkoński jest powiązany z amerykańskim. To jest jedna z niewidzialnych przewag Hongkongu w porównaniu z rynkami, które mają zmienny kurs i przy wzroście wartości dolara odczuwają presję inflacyjną ze względu na droższy import.

Znajdziesz tam więcej wartościowych treści o inwestowani, giełdzie i rynkach.
DNA Rynków – merytorycznie o giełdach i gospodarkach
Hongkong jako kontrolowany most – Stock Connect i offshore juan
Skoro waluta jest stabilizowana przez dolara, to kolejne pytanie brzmi: po co światu Hongkong i jego giełda, skoro Chiny kontynentalne są ogromne i mają własne giełdy? Odpowiedź jest znowu prosta: bo Chiny mają kontrolę nad przepływami kapitału, co oznacza, iż inwestowanie tam jest trudniejsze, kiedy nie jesteś Chińczykiem. Tymczasem Hongkong jest jednym z najważniejszych kanałów, które ten przepływ i inwestowanie w Chinach obcokrajowcom umożliwiają. To jest sedno roli „okna na świat”, jaką pełni Hong Kong.
Najbardziej czytelnym przykładem kontrolowanego „mostu” jest program Stock Connect. To konkretny system infrastruktury giełdowej, który pozwala kupować wybrane akcje z rynku w Chinach oraz wybrane akcje notowane w Hongkongu, ale bez potrzeby zakładania rachunku brokerskiego bezpośrednio w drugiej jurysdykcji. Inwestor działa u siebie, przez lokalnego brokera, a połączenie między rynkami realizują giełdy i depozyty papierów wartościowych.
Jak to wygląda technicznie? Gdy kapitał z Hongkongu lub z zagranicy chce kupić akcje z Chin kontynentalnych. Składasz zlecenie u brokera w Hongkongu. Broker nie wysyła go „na własną rękę” do Szanghaju, tylko przez kanał Connect, który ma własne zasady dopuszczalnych spółek, własne limity i własne filtry ryzyka. Zlecenie trafia do infrastruktury giełdowej po stronie kontynentu, jest rozliczane w tamtejszym systemie, a papier wartościowy ląduje w łańcuchu depozytowym, gdzie formalnym właścicielem jest podmiot depozytowy, a inwestor ma ekonomiczne prawa do akcji. Po ludzku: ty jesteś beneficjentem, ale trzymasz akcje jedynie przez warstwę pośredniczącą. To celowe, bo pozwala dopuścić kapitał z zewnątrz, a jednocześnie zachować kontrolę nad tym, jak i gdzie ten kapitał wchodzi.
To „kontrolowanie” jest tu kluczowe, bo Connect działa bardziej jak śluza niż jak teleport. Są listy kwalifikowanych akcji, są ograniczenia dotyczące pewnych strategii i mechanik handlu, a sam kanał może być regulowany decyzjami instytucji po obu stronach. To oznacza, iż dostęp jest realny, ale nie jest absolutny.
Po drugiej stronie, czyli gdy kapitał z Chin kontynentalnych kupuje akcje w Hongkongu, mechanika jest analogiczna, tylko odwrócona.
Drugim ważnym elementem roli Hongkongu jako „okna” Chin na świat jest zagraniczny obieg chińskiej waluty, czyli możliwość rozliczania transakcji w juanie poza Chinami kontynentalnymi. W praktyce ta sama waluta funkcjonuje w dwóch obiegach. Jeden to obieg krajowy, używany w Chinach i mocniej kontrolowany przez państwo. Drugi to obieg zagraniczny, używany poza Chinami, gdzie kurs i dostępność pieniądza bardziej zależą od popytu i podaży w dużych centrach finansowych.
Hongkong jest tu kluczowy, bo ma kompletną infrastrukturę, żeby taki zagraniczny obieg juana obsługiwać. Działa tam system rozliczeń w juanie, jest bank pełniący funkcję banku rozliczeniowego oraz szeroka sieć banków, które oferują firmom i instytucjom normalne usługi w tej walucie. Przyjmowanie płatności, trzymanie depozytów, wymiana waluty, inwestowanie w instrumenty denominowane w juanie, tylko iż poza kontynentem. Ważnym krokiem było uruchomienie w 2009 roku pilotażowego programu rozliczeń w handlu transgranicznym, bo to otworzyło kanał, w którym część handlu z Chinami mogła przechodzić przez Hongkong bez konieczności rozliczania wszystkiego w dolarze amerykańskim.
Z perspektywy Pekinu logika jest prosta. Chiny chcą, żeby juan był częściej używany w handlu i finansach na świecie, ale nie chcą całkowicie rezygnować z kontroli nad przepływem kapitału. Hongkong pomaga rozwiązać ten dylemat, bo pozwala „wypchnąć” juana za granicę w sposób kontrolowany. przez cały czas istnieją punkty nadzoru i narzędzia, które mogą stabilizować płynność w tej walucie, gdyby na rynku robiło się nerwowo, a dla globalnych banków to jest wygodne, bo dostają dostęp do juana w miejscu, gdzie standardy prawne i rozliczeniowe są bliższe tym, do których są przyzwyczajone. Dlatego Hongkong jest Pekinowi potrzebny choćby wtedy, gdy rośnie presja na polityczne ujednolicanie, bo w praktyce przez cały czas jest jednym z najbardziej użytecznych węzłów kontaktu juana ze światem.
Giełda jako „opakowane Chiny” i myślenie premią za ryzyko
No dobrze, ale nie jesteście tu, żeby dostać odpowiedź na pytanie, co z giełdą, indeksami i spółkami. Giełda w Hongkongu w dużej mierze jest rynkiem chińskich aktywów opakowanych w bardziej międzynarodową formę. Kupując „Hongkong” często kupujesz „Chiny”, tylko przez inne drzwi.
To opakowanie ma swoje nazwy, które warto rozumieć. Są spółki z Chin kontynentalnych notowane w Hongkongu w różnych strukturach, między innymi jako akcje typu H, czyli spółki zarejestrowane w Chinach, ale notowane w Hongkongu, oraz jako tak zwane red chips, czyli spółki kontrolowane przez podmioty z Chin, ale zarejestrowane poza kontynentem i notowane w Hongkongu. Dla inwestora to nie jest akademicka etykieta. To jest informacja o jurysdykcji, o ryzyku regulacyjnym, o tym, gdzie jest centrala prawna, jak wyglądają prawa akcjonariuszy i jak potencjalnie mogą działać decyzje państwa na te firmy. To nie jest metafora. Na koniec 2024 roku spółki powiązane z Chinami kontynentalnymi stanowiły około 80% łącznej kapitalizacji hongkońskiego rynku akcji.

Jakie to firmy i czemu właśnie one najczęściej wybierają Hongkong? Pierwsza, historycznie najcięższa kategoria to wielkie chińskie czempiony z udziałem państwa, zwłaszcza sektor finansowy, energetyka, telekomunikacja, infrastruktura. To spółki, które Pekin chciał i potrafił „wypuścić” na rynek międzynarodowy, bo są łatwiejsze w kontrolowaniu, ale jednocześnie mogły zbierać łatwo kapitał od inwestorów zagranicznych.
Druga kategoria to duże prywatne firmy konsumenckie i technologiczne, czyli te, które budują skalę na rynku chińskim, ale kapitał, prestiż i płynność chcą mieć w formacie międzynarodowym. Dla nich Hongkong jest kompromisem: blisko Chin, ale z globalną bazą inwestorów i z giełdową infrastrukturą, którą zachodni kapitał dobrze rozumie.
Inny istotny mechanizm to „plan B” w postaci dodatkowego notowania w Hongkongu dla firm, które już są notowane za granicą na przykład na Nasdaq lub NYSE. Po co? W ostatnich latach, kiedy napięcia między Chinami i USA się nasilały, coraz częściej mówiło się o ryzyku zdjęcia chińskich firm z amerykańskich giełd. Wtedy takie podwójne notowanie zarówno na giełdzie w USA i w Hong Kongu stanowi pewne zabezpieczenie.
Wzrsot zainteresowania Hong Kongiem przez spółki tech, to też pokłosie tego, iż tamtejsza giełda próbowała świadomie przebudować swój profil, żeby nie być tylko muzeum banków i deweloperów. W kwietniu 2018 roku wprowadzono reformy zasad notowań, które otworzyły drzwi dla spółek „nowej gospodarki”, między innymi przez dopuszczenie struktur z uprzywilejowanym głosem dla założycieli oraz przez stworzenie ścieżki dla spółek biotechnologicznych, które jeszcze nie mają przychodów, ale mają potencjał i potrzebują kapitału. To był istotny ruch strategiczny: przyciągnąć firmy technologiczne i innowacyjne, zanim uciekną gdzie indziej, a jednocześnie utrzymać standardy, które uspokajają instytucje finansowe.
W tym samym duchu powstał indeks, który miał pokazać, iż „Hongkong też ma technologię”. Hang Seng ogłosił, iż uruchomi indeks Hang Seng TECH 27 lipca 2020 roku.

To indeks, który ma skupiać największe spółki technologiczne notowane w Hongkongu. Wśród nich znajdziemy Alibabę, BYD, Xiaomi, JD czy Baidu.

Wiele z tych spółek to firmy chińskie, często z równoległymi notowaniami, czasem z historią regulacyjnych zdarzeń w Chinach.
Z perspektywy inwestora najważniejsze jest to, żeby nie kupować prostych narracji. „Hongkong się skończył” jest tak samo podejrzane jak „Hongkong zawsze będzie wyjątkowy”. Rynek nie działa w kategoriach zawsze i nigdy. Rynek działa w kategoriach prawdopodobieństw i premii za ryzyko.
Hongkong pozostaje potrzebnym elementem, bo Pekin przez cały czas korzysta z tego, iż część kapitału i część operacji finansowych łatwiej przeprowadzić przez Hongkong niż bezpośrednio w Chinach i tak pozostanie, dopóki Chiny nie zmienią ustroju, a na to się nie zanosi.
Autonomia Hongkongu nie musi być cały czas taka sama jak w latach dwutysięcznych, żeby rynek przez cały czas miał powód, by traktować go jako specjalny węzeł. Wystarczy, iż system będzie wystarczająco stabilny, a kanały przepływu kapitału będą działać.
Jeśli więc przed inwestowaniem na tamtej giełdzie blokowało Cię myślenie, iż Hong Kong utraci swój status, a Twoje pieniądze na tym ucierpią, to nie – nie utraci, bo nikomu by się to nie opłacało.
Dlatego w inwestowaniu w Hongkong najważniejsze nie jest pytanie „czy on pozostało wyjątkowy”, tylko jak bardzo rynek już zapłacił za utratę tej wyjątkowości.
Hongkong nie jest już tym samym miejscem co dwadzieścia lat temu, ale też nie stał się zwykłym chińskim miastem z giełdą. przez cały czas pełni rolę węzła, przez który przechodzą pieniądze, notowania i interesy, bo Pekinowi po prostu opłaca się, żeby taki kanał istniał. Dopóki przepływy kapitału są kontrolowane, a nie zamknięte, Hongkong pozostaje użyteczny.
Rynek nie myśli kategoriami „zawsze” albo „nigdy”. Myśli kategoriami premii za ryzyko. Dziś ta premia w Hongkongu jest wyraźnie wyższa niż kiedyś i właśnie dlatego wyceny wielu spółek wyglądają tak, jak wyglądają. Nie dlatego, iż biznesy przestały istnieć, tylko dlatego, iż zmieniły się zasady gry.
Jeśli więc przed inwestowaniem na tamtej giełdzie blokowało Cię przekonanie, iż „Hongkong się skończył”, to nie – on się nie skończył. On po prostu stał się rynkiem, na którym trzeba rozumieć system, a nie tylko wskaźniki.
Wymieniaj waluty dzięki Walutomatowi! Skorzystaj z promocji i 50% obniżki prowizji: https://www.walutomat.pl/landing/world/
Do zarobienia,
Piotr Cymcyk

8 godzin temu







