Inflacja wygląda spokojnie, ale portfel mówi co innego. Przykład? Lody

1 godzina temu

Letnie wyjście na lody przestało być drobnym wydatkiem, który znika niezauważony w portfelu. Przy cenie 9 zł za gałkę czteroosobowa rodzina płaci 36 zł za jedną porcję dla wszystkich. jeżeli każdy weźmie po dwie gałki, robi się 72 zł. Przy cenie 10 zł rachunek za osiem porcji wynosi 80 zł, a w najdroższych lokalach może choćby przekroczyć 100 zł.


Finax przeanalizował m.in. dane Eurostatu, GUS i PanParagon. Gałka lodów w polskich lodziarniach kosztuje tego lata średnio 9-13 zł, choć same lody i sorbety w sklepach były w czerwcu zaledwie o 0,2 proc. droższe niż rok wcześniej. W tym samym czasie inflacja wynosiła 2,5 proc., a cukier i mleko były tańsze niż przed rokiem.

W lodziarni płacimy za całą usługę


Na pierwszy rzut oka może to dziwić, bo dane o cenach lodów w handlu detalicznym wyglądają spokojnie. Tylko iż pudełko lodów ze sklepu i gałka w lodziarni to ekonomicznie dwa różne produkty.


Cena gałki obejmuje dużo więcej niż mleko, cukier i dodatki. Przedsiębiorca musi opłacić pracowników, lokal, energię, wyposażenie, transport, przechowywanie i bieżące koszty prowadzenia działalności.


Finax zwraca uwagę, iż koszty pracy w sektorze zakwaterowania i gastronomii wzrosły o 5,4 proc. rok do roku. jeżeli składniki lodów tanieją, ale trzeba zapłacić więcej pracownikom, za czynsz czy energię, to końcowa cena porcji może przez cały czas drożeć. Dla lodziarni to ważna pozycja. Przy małej sezonowej skali działalności każdy taki koszt mocniej wchodzi w cenę końcową.


– W lodziarni nie płacimy wyłącznie za sam produkt, ale za całą usługę. Potrzebni są pracownicy, lokal, energia i infrastruktura umożliwiająca przechowywanie i sprzedaż lodów. Dlatego zmiana cen podstawowych składników nie musi przekładać się wprost na cenę, którą widzimy w lodziarni. Do tego dochodzą duże różnice lokalne – inna będzie cena w małym mieście, a inna w nadmorskim kurorcie czy popularnym lokalu w centrum Warszawy lub Krakowa – komentuje Dominik Baldowski, analityk Finax.

Rodzinne wyjście na lody robi się sporym wydatkiem


Dane PanaParagonu pokazują, iż wzrost cen gałki lodów nie zaczął się w tym sezonie. Średnia cena porcji wzrosła z 6,48 zł w 2023 r. do 7,51 zł w 2025 r., czyli o blisko 16 proc. Tegoroczne ceny sugerują, iż trend wzrostowy trwa.


Dla pojedynczego klienta różnica kilku złotych może wydawać się niewielka. Inaczej wygląda to przy rodzinie, grupie znajomych albo kilku wyjściach w miesiącu. Lody są wydatkiem sezonowym i często spontanicznym, więc dopiero przy kasie okazuje się, iż krótki spacer kończy się rachunkiem jak za prosty obiad.


To także dobry przykład tzw. małej inflacji codzienności. Oficjalny wskaźnik cen może wyglądać umiarkowanie, ale w konkretnych sytuacjach konsument widzi coś innego: droższą kawę, pieczywo, bilety, lody.

Każdy ma własną inflację


Inflacja podawana przez urząd statystyczny opisuje średnią zmianę cen szerokiego koszyka dóbr i usług. Taki wskaźnik pozwala porównywać sytuację w gospodarce, ale nie oddaje dokładnie tego, co czuje każda rodzina przy codziennych zakupach.


Jeśli ktoś często kupuje usługi gastronomiczne, wyjeżdża z dziećmi, tankuje samochód albo wynajmuje mieszkanie, jego osobiste doświadczenie wzrostu kosztów może być zupełnie inne niż osoby, która ma własne mieszkanie, rzadko je poza domem i mniej korzysta z usług.


– Nie istnieje jedna inflacja, którą każdy z nas odczuwa dokładnie tak samo. Każde gospodarstwo domowe ma inny koszyk wydatków, dlatego nasze własne doświadczenie wzrostu kosztów życia może odbiegać od oficjalnego wskaźnika. W dłuższej perspektywie warto brać to pod uwagę nie tylko przy planowaniu bieżących wydatków, ale również przy zarządzaniu oszczędnościami, których realna wartość z czasem może spadać – dodaje Dominik Baldowski.


Lody dobrze pokazują tę różnicę. W statystykach kategoria lodów i sorbetów może prawie stać w miejscu, ale klient lodziarni widzi cenę usługi, a nie samego produktu. Dlatego jego odczucie drożyzny może być silniejsze, niż wynikałoby z jednego odczytu Eurostatu czy GUS-u.

Oprócz ceny dla budżetu istotny jest też dochód


Sama cena gałki nie wystarczy, by ocenić, czy konsumentowi jest lżej, czy trudniej. Trzeba jeszcze sprawdzić, jak w tym samym czasie zmieniają się dochody. jeżeli pensje rosną szybciej niż ceny, część gospodarstw domowych może mimo wyższych paragonów mieć większą siłę nabywczą, czyli możliwość kupienia większej liczby dóbr i usług.


Problem zaczyna się wtedy, gdy ceny w konkretnych kategoriach rosną szybciej niż dochody albo gdy podwyżki płac nie dotyczą wszystkich tak samo. Dla jednych gałka po 12 zł jest niewielką sezonową przyjemnością. Dla innych to wydatek, który przy rodzinnym wyjściu wymaga już zastanowienia.


– Wyższa cena na paragonie nie musi oznaczać, iż realnie stać nas na mniej. Wszystko zależy od tego, jak w tym samym czasie zmieniają się nasze dochody. jeżeli rosną szybciej niż ceny, nasza siła nabywcza się zwiększa. Podobnie jest z oszczędnościami – sama kwota na koncie nie mówi jeszcze, ile będziemy mogli za nią kupić za kilka lat. Dlatego w finansach osobistych warto patrzeć nie tylko na to, ile pieniędzy mamy, ale przede wszystkim na to, jaką mają realną wartość – podsumowuje Dominik Baldowski.


Oficjalna inflacja może mówić, iż ceny rosną umiarkowanie, ale własny portfel reaguje na to, co faktycznie kupujemy najczęściej. A jeżeli w naszym koszyku jest dużo usług, wyjść, jedzenia poza domem i sezonowych przyjemności, rachunek może rosnąć szybciej, niż sugeruje średnia dla całej gospodarki.




Polecamy także:



  • Polska kupuje leki głównie w Europie, a Europa zaopatruje się w Azji. To podwójne uzależnienie

  • Baltica 2 ma już komplet fundamentów. W przyszłym roku pojawią się turbiny

  • Rynek piwa kurczy się ósmy rok. Browary mają powód do obaw

Idź do oryginalnego materiału