200 ton marchwi i 250 ton selera bez odbioru
Historia zaczęła się od kontraktu. Była umowa, harmonogram odbiorów i kary umowne. Na papierze wszystko wyglądało prawidłowo. Według relacji Macieja Siekiery, rolnika ze Świętokrzyskiego, problem zaczął się wtedy, gdy warzywa miały zostać odebrane.
Chodzi o 200 ton marchwi i 250 ton selera. Termin odbioru przypadał od listopada do lutego. Tymczasem jest maj, a kolejne partie warzyw przez cały czas zalegają. Towar z dnia na dzień traci wartość, gnije i musi zostać usunięty.
– Ten towar już się rozpuszcza. To jest dramat, po prostu dramat – relacjonuje Maciej Siekiera.
W przypadku marchwi rolnik mówi o 14 miesiącach pracy, które kończą się nie sprzedażą, ale likwidacją towaru.
– Marchew. Marchew… 14 miesięcy ciężkiej pracy, wyrzeczeń, niespania po nocach, kopania z wózka, okrywania – relacjonuje.
– Wszystko idzie na zmarnowanie. Nie chce się choćby żyć, naprawdę, jak na to wszystko patrzę – dodaje Siekiera.
Wywóz na kompostownik i kolejne koszty
Potem przychodzi najgorsze: wywóz polskich, zdrowych warzyw. Marchew, której nie odebrał kontrahent, trafia na kompostownik. Rolnik musiał wynająć firmę, która zajmie się ładowaniem i przewozem towaru.
– Proszę bardzo, wywozimy marchew, której nie odebrał kontrahent. Wywozimy na kompostownik. Wynająłem firmę, która będzie mi to ładować, będzie mi to przewozić – opisuje rolnik.
Jak podkreśla, koszty takiej operacji będą bardzo wysokie.
– Koszty tego będą niepojęte. Serce się kraje, przykro na to patrzeć, jak trzeba wyrzucać efekt swojej wielomiesięcznej pracy – mówi Siekiera.
Rolnik zwraca też uwagę na miejsca, w których warzywa zalegały przez wiele miesięcy. Według jego relacji problem nie kończy się na samym wywozie.
– Te miejsca, gdzie one leżą, to są miejsca po prostu skażone na lata. Nie nadające się do dalszego użytku – tłumaczy.
Umowa była, odbioru nie było
Najważniejszy wątek tej historii dotyczy samego kontraktu. Siekiera podkreśla, iż umowa była skonstruowana prawidłowo: zawierała terminy odbiorów i kary umowne. Problem polegał na tym, iż same zapisy nie wystarczyły, aby towar rzeczywiście został odebrany.
– My umowę mieliśmy skonstruowaną bardzo prawidłowo. Terminy odbiorów, kary umowne, wszystko na pierwszy rzut oka wydaje się być pięknie. Ale finalnie zmusić kogoś do odbioru jest bardzo ciężko – mówi rolnik.
Gdy odbioru nie ma, w gospodarstwie zostają gnijące warzywa, wynajęta firma, kompostownik i koszty.
„Zostaliśmy sami”
W relacji Siekiery pojawia się także poczucie braku wsparcia. Rolnik mówi, iż w podobnej sytuacji jest więcej producentów, nie tylko warzyw, ale też owoców.
– Nikt nie jest w stanie nam pomóc. Zostaliśmy sami, niestety. Zostaliśmy wszyscy z tym sami. Są setki osób, które borykają się nie tylko z warzywami, ale z owocami… To są po prostu tysiące takich przypadków – ocenia.
Co dalej z produkcją bez pewnego odbioru?
Przypadek Macieja Siekiery pokazuje, jak duże ryzyko może zostać po stronie producenta. Kontrakt, harmonogram i kary umowne nie wystarczyły, by warzywa zostały odebrane. Zamiast zapłaty jest kompostownik, zamiast sprzedaży – koszt likwidacji towaru.
Źródło: Tygodnik-rolniczy.pl

1 godzina temu










