Samorządy zmarnowały miliardy złotych na zbędne albo nieprzemyślane inwestycje. Częściowo dlatego, iż rząd im na to pozwalał. Niektórzy wierzą, iż fuszerki i absurdy można ograniczyć, wzmacniając instytucje kontrolne, reformując prawo zamówień publicznych czy zwiększając transparentność wydatków. To godne pochwały propozycje, ale kosmetyczne – pisze Sebastian Stodolak, wiceprezes WEI dla Dziennik Gazeta Prawna.
Ronald Reagan mawiał, iż rząd nie jest rozwiązaniem naszych problemów, ale sam jest problemem. Patrząc na Polskę, pewnie by przytaknął. Rząd przekazuje miliardy złotych mediom narodowym, a jednocześnie skąpi pieniędzy na pomoc dla osób z niepełnosprawnościami. Wspiera niewydolne państwowe molochy kasą z podatków pobranych od dużo efektywniejszych prywaciarzy. Wprowadza kosztowne świadczenia socjalne, by potem się zastanawiać, jak sfinansować wydatki na armię. Przykłady można mnożyć.
Co jednak z samorządem? Czy lokalni politycy są na tym polu bez grzechu? Oczywiście, iż nie. Nieprawidłowości w wydawaniu funduszy publicznych przez samorządy mają charakter systemowy. Mówimy tu potencjalnie o miliardach złotych trwonionych na zbędne i absurdalne inwestycje albo potrzebne, ale nieprzemyślane przedsięwzięcia.
Fuszerka za fuszerką
Nie da się dokładnie wyliczyć, jaka część z ok. 95 mld zł wydanych przez samorządy na inwestycje w 2025 r. została zmarnowana. Doniesienia medialne każą przypuszczać, iż niemało. Należy czytać je w kontekście raportów instytucji nadzorczych, z Najwyższą Izbą Kontroli na czele. Ich lektura daje dość jasny obraz lokalnych patologii.
Wśród najczęstszych zarzutów wymienia się brak analiz wstępnych i odpowiedniego planowania. Przykłady? W 2016 r. mieszkańcy Kielc w ramach budżetu obywatelskiego zadecydowali o budowie boiska piłkarskiego. Pomysł dobry, ale wykonanie… Gdy połowa obiektu była gotowa, okazało się, iż pod drugą częścią terenu przebiegają sieci gazowe i energetyczne, a koszt ich przełożenia wielokrotnie przekroczyłby budżet projektu. W ten sposób zmarnowano ok. 150 tys. zł. Z kolei w Krakowie w 2022 r. postawiono automatyczny szalet miejski, ale zapomniano przyłączyć go do prądu. Naprawa trwała dwa lata. Mówimy o inwestycji za niemal 600 tys. zł. To drobne w porównaniu z 7,5 mln zł wydanych na obwodnicę Bolesławia, która zyskała miano „podwodnica”. Zbudowano ją na terenach pokopalnianych, nie biorąc pod uwagę, iż zakończenie odpompowywania wody z zakładu doprowadzi do jej zalania.
Inną patologią lokalnych inwestycji często pojawiającą się w raportach są naruszenia procedur i zawyżanie kosztów. Za przykład może służyć chociażby zainstalowanie w 2025 r. w Szczecinie zdroju wody pitnej za ok. 46,7 tys. zł, choć rynkowa cena urządzenia to ok. 15 tys. zł. Kolejny – w latach 2021–2024 z budżetu województwa małopolskiego wydano ponad 220 tys. zł na ochronę marszałka Witolda Kozłowskiego. „Zamiast polegać na standardowych procedurach, zlecał firmom detektywistycznym regularne czyszczenie swojego gabinetu w urzędzie marszałkowskim, służbowego mieszkania przy ul. Przewóz w Krakowie oraz prywatnego domu. W sekretariacie marszałka stała szafa z lustrem weneckim, w której ukrywali się ochroniarze wyposażeni w kajdanki, gaz pieprzowy i pałki teleskopowe, obserwując gości (bez ich wiedzy)” – pisze Przemysław Staciwa w dokumentującej marnotrawstwo „Czarnej Księdze”, którą co roku publikuje Warsaw Enterprise Institute. Za najbardziej absurdalne inwestycje wręczamy antynagrodę – miniaturową wersję słomianego misia z kultowego filmu Stanisława Barei.
Lista inwestycyjnych zakalców co roku się w niepokojący sposób wydłuża. I tak w edycji z 2026 r. pojawiły się inwestycje ilustrujące kolejny problem często wskazywany przez NIK: niedostateczny nadzór inwestorski i błędy w wykonawstwie. Na przykład na warszawskim Ursynowie zamiast szumnie zapowiadanych zielonych skwerów, które miały „odbetonować chodniki”, powstały klomby wysypane korą za ok. 170 tys. zł, tak niewielkie, iż aż zabawne. I natychmiast stały się bohaterami memów. Z kolei w 2019 r. w ramach rewitalizacji Targu Jaracza w Łodzi zasadzono siedem wiązów. W 2025 r. jednak wykopano je i przesadzono. Dwa w międzyczasie – z braku odpowiedniej pielęgnacji – uschły. Brak trzeba było uzupełnić grabami za 38 tys. zł. Kto bogatej Łodzi zabroni, prawda? Moim ulubionym przykładem braku nadzoru jest jednak zbiornik retencyjny przy ul. Folwarcznej w Krakowie, który rozpadł się jeszcze przed odbiorem pod wpływem opadów deszczu. Ta fuszerka kosztowała 2,3 mln zł.
Skoro Unia daje pieniądze…
Nieskończona kreatywność samorządowców nie pozwoli NIK się nudzić, ale choćby ona nie dostrzeże wszystkich uchybień. Do tego może jej umknąć najważniejsze pytanie: po co?
Jednostki samorządu terytorialnego mają prawo autonomicznie definiować własne potrzeby inwestycyjne. Stąd NIK nie kontroluje celowości realizowanych projektów tak jak w przypadku jednostek państwowych. Z pozoru ma to sens: skoro chcą ich lokalni decydenci, to najwyraźniej popierają ich wyborcy, a kim jest urzędnik, by to osądzać? Tymczasem celowość jest kluczowym problemem.
Czasami samorządy inwestują tylko dlatego, iż ktoś im daje pieniądze. Weźmy przykład funduszy strukturalnych na rewitalizację, które zalały władze lokalne po przystąpieniu do Unii Europejskiej. Pomysły naszych samorządowców zwykle sprowadzały się do wycinania z rynków krzewów, drzew i trawników, bo kojarzyły się z PRL. Zieleń zastępowano betonem i kiczowatą fontanną, którą następnie błogosławił miejscowy proboszcz. Koszty tych zabaw z przestrzenią małomiasteczkowej Polski szły w setki milionów złotych. Dzisiaj kolejne miliony wydaje się na zrywanie położonego wówczas bruku i ponownie sadzenie drzew. Dlaczego nie można było tak od razu? Gdzie się podział rozsądek?
Przy przeglądzie katalogu absurdalnych inwestycji to ostatnie pytanie nasuwa się nieustannie. W przypadku włodarzy Olsztyna odpowiedź jest dość jasna: rozsądek poległ na deskach. Obywatele zadecydowali tam o budowie sceny plenerowej, ale nie spodziewali się, iż ponad 271 tys. zł pójdzie na drewniany podest bez zadaszenia, którego sam projekt kosztował 25 tys. zł. Czy było warto? Obejrzyjcie zdjęcia w sieci i sami oceńcie. A czy warto było wydawać 340 tys. zł na plac zabaw dla dorosłych w Gdańsku, który składał się z dwóch huśtawek, dwóch zwykłych ławek, dwóch koszy na śmieci, obrotowego leżaka i hamaka? Inwestycję oddano do użytku w 2021 r., a odpowiedzi wciąż brak. Albo jak wyjaśnić sens szaletu publicznego w szczerym polu w Zakęciu? Dotację na budowę można było otrzymać tylko pod warunkiem, iż prowadziła ona do obiektu użyteczności publicznej. Jakiegokolwiek. Czy właśnie po to wydano 165 tys. zł? Ech, gdyby żył Bareja…
Samorządy na potęgę marnują pieniądze publiczne, choć właśnie na tym szczeblu kontrola powinna być najsilniejsza. W teorii lokalny polityk, który nie dowozi swoich obietnic albo wypuszcza fuszerkę za fuszerką, powinien pożegnać się z władzą przy okazji najbliższych wyborów. A jednak tak nie jest. Według danych Unii Metropolii Polskich aż 61 proc. obecnych włodarzy sprawuje przynajmniej drugą kadencję. Czy aż tak dobrze wykonują swoją pracę? W świetle tego, co wcześniej napisałem, takie myślenie byłoby naiwnością.
Dużo bardziej prawdopodobne, iż polityczna odpowiedzialność została zniesiona. Wyborca-podatnik często nie odczuwa bezpośrednio błędnych decyzji inwestycyjnych własnego wójta czy burmistrza, więc nie ma motywacji, by go karać.
Niektórzy wierzą, iż patologie w inwestycjach lokalnych można ukrócić, wzmacniając uprawnienia instytucji kontrolnych, reformując prawo zamówień publicznych czy zwiększając transparentność wydatków samorządowych (temu służy funkcjonujący od niedawna Centralny Rejestr Umów). To godne pochwały propozycje, ale ich efekt będzie ograniczony i krótkotrwały – jeżeli nie kosmetyczny.
Cały teskt dostępny jest TUTAJ.

12 godzin temu















