Krzyczące nagłówki portali, starają się nam wmówić, iż posiadanie własnego mieszkania/domu stanowi niedościgniony cel. Trochę wbrew takim malkontentom, każdego roku, tysiące ludzi spełnia to marzenie. Jak?
Powód 1. Schodzą na ziemię. Krótko mówiąc – porzucają mrzonki na rzecz konkretów. Zamiast kawalerki w Alejach Ujazdowskich, małe dwa pokoje na Białołęce. Zamiast apartamentowca na Powiślu, stary blok w Grójcu. Bo takie są możliwości. I nagle z 1 mln robi się suma 4 razy mniejsza. Już realna. Kiedy spojrzymy na ten punkt, zaczynamy kręcić nosem. Po co? Dlaczego mam rezygnować z marzeń? Zawsze chciałem tego Powiśla, nie kupię nic starego. Otóż, powiedzmy sobie brutalnie – możesz mieć albo ten nieszczęsny Grójec, albo do śmierci wynajmować (i to nie apartamenty w wybranej lokalizacji). Co wybierasz w takiej sytuacji? Takie postawienie sprawy wcale nie jest łatwe. Znam takich, którzy nadal, dobrze po 40-tce gonią za mirażem, który coraz bardziej im ucieka. Już tylko majaczy na horyzoncie. Dlaczego? Ponieważ nożyce ceny/możliwości stale się rozwierają. 10 lat temu Powiśle kosztowało 10-12k/m2, a teraz 30k, a pensje nie wzrosły trzykrotnie. Nie wiemy, co wydarzy się jutro, ale zawsze warto myśleć realnie. Grójec, Białołęka za dają nam pewien kompromis. Tu wystarczy mieć „tylko” 100k gotówką, a resztę pożyczyć (1400-3000 zł raty). przez cały czas mniej niż wynajem.
Powód 2. Rezygnują z czegoś innego. Bolesna konstatacja. Ale realia są następujące – nie można mieć wszystkiego, zwłaszcza natychmiast. Dlatego żeby zebrać na wkład własny, rezygnujemy z zagranicznych lub nadmorskich wakacji, jedziemy do dziadków pod Łomżę. Odpuszczamy nowy samochód. I często warto. Zwłaszcza jeżeli składamy ofiarę z rzeczy mniej istotnych: wizyt w restauracji, nałogów, wygód (jeżdżenie Boltem zamiast tramwajem).
Powód 3. Dorabiają. Znam urzędnika, który rozwoził jedzenie. Zacisnął zęby, schował ambicję do kieszeni. I wiecie co, szanuję taką postawę. Jak to leciało? „Wstyd to kraść i …”. Dodatkowe dwie i pół stówy za wieczór, to 4k/m-c. Rocznie 48k. 4 lata i spłacimy kredyt na mieszkanie w Grójcu.
Powód 4. Wybierają dom poza miastem. Ta droga, która często wydaje się najbardziej racjonalna. Wymaga jednak całkowitej zmiany paradygmatu. Otóż, w rozsądnej odległości od miasta (piszę o realiach mojego), tak 20-30 km da się za 300k (na poziomie ceny kawalerki) kupić 3-4 pokojowy dom z działką. Albo, alternatywnie, zapłacić 150k za działkę i za 150-200k wybudować dwupokojowy domek na zgłoszenie. Pomijam stare drewniane budynki pośrodku niczego za 100k. Mamy więc ponownie magiczną sumę 300k. Z tego miejsca, jeżeli ktoś się uprze (wiem, bo sam mam taki dom), da się: dojechać do dużego miasta. Jak? Pisałem o tym wielokrotnie, ale ponownie powtórzę – przejazd autem na dystansie „dom na wsi- centrum miasta” zajmuje mi 40 minut. W mieście 3 km przejeżdżałem z reguły w 20 minut. Do centrum Warszawy jadę pociągiem w 1 godzinę 40 minut. Żeby być na 8.20 na Centralnym, musiałbym wyjść z domu 6.45. Powrót o 19.40. I teraz trzeba ocenić, co lepsze (dla przeciętnego człowieka): szukać pracy na miejscu za 5k netto, dojeżdżać do Lubina przez 1,5h dziennie i zarobić te 7k, czy poświecić prawie 3 godziny dziennie na dojazd, żeby. zarobić 10k. Alternatywa? Wyższy kredyt i rata. 3-pokoje w Lublinie – 500k (czyli +2100 zł), a w Warszawie (oba miasta rozsądna dzielnica) – 900k (czyli +5600 zł). Osobiście wybrałbym pracę na miejscu, o ile nie byłbym fizykiem kwantowym. A dom na wsi ma jeszcze jedną zaletę – jest tańszy w utrzymaniu.
Powód 5. Dostają od rodziny. Ten punkt musiałem zostawić na koniec. Nie mogłem go pominąć, ponieważ stanowi główną oś medialnego sporu. W Newsweeku wręcz twierdzą, iż istnieją dwie klasy średnie „Ci co dostali mieszkanie” i „Ci co nie dostali mieszkania”. No cóż, takie są realia. Staram się nie być hipokrytą – sam kupiłem mieszkania dla moich synów (jeden już dostał, drugi też, trzeci dostanie po podjęciu stałej pracy). Jednak budowanie narracji wokół „dostałem/nie dostałem” wydaje mi się błędne. Istnieją bowiem 4 rozwiązania tego problemu, dostępne choćby dla „średniaka”.
