MTZ-82 i Ursus C-385. Dwa ciągniki, dwie różne teorie budowy, jedna moc i jeden rolnik

3 godzin temu

Pięćdziesiąt lat temu na polskie pola wjechały dwa ciągniki, które – choć nikt wtedy nie przypuszczał – zostaną z nami na całe dekady. Ursus C-385, będący prostą pochodną Zetora 8011, oraz MTZ-82 z Mińska. To był wówczas pojedynek gigantów. Co je łączyło, a co dzieliło?

Te ciągniki to dwa światy, dwie szkoły myślenia, dwie ideologie zamknięte w podobnej liczbie koni mechanicznych. A dziś? Dwa ciągniki, które przez cały czas często odpalają „od strzała” i jadą do roboty, jakby PRL skończył się wczoraj, a nie ponad trzy dekady temu.

Oczywiście, dziś 80 KM to parametry większej kosiarki komunalnej albo bardzo ambitnego traktorka sadowniczego. Ale w latach 70. była to poważna moc, a oba te ciągniki były pełnoprawnymi maszynami do ciężkiej roboty. Maszynami z charakterem, humorem i historią pisaną kompletem kluczy, młotkiem i instrukcją, której często nikt do końca nie czytał.

Gdy polityka wjechała na pole

Czasy ich powstania były szczególne. Socjalizm planował wszystko – od liczby śrubek po liczbę koni mechanicznych w gospodarce. Problem polegał na tym, iż PGR-ów i spółdzielni produkcyjnych nie dało się już obrabiać trzydziestokonnymi ciągnikami rodem z lat 50. Potrzebne były maszyny większe, mocniejsze i – jak na ówczesne realia – nowoczesne.

Tak wyglądał C-375 – prototyp seryjnej osiemdziesiątki, fot. Adam Ładowski

Czesi byli wtedy kilka kroków przed resztą bloku wschodniego. Zetory uchodziły za konstrukcje dopracowane, przemyślane i często lepsze choćby od wielu zachodnich odpowiedników. Moskwa patrzyła na to krzywo i postanowiła zrobić coś „systemowego”: połączyć siły Ursusa i Zetora. Pomysł był logiczny, wykonanie – jak to w socjalizmie – już mniej.

Efektem tej współpracy był Zetor 8011, a u nas Ursus C-385. Ciągnik, który w 1968 roku był technologicznym objawieniem. Komfort, wydajna hydraulika, nowoczesny silnik, duży zapas wytrzymałości i potencjał rozwojowy, który gwałtownie zaowocował wersjami z przednim napędem. Był to pełnoprawny ciągnik ciężki, od którego zaczęła się cała rodzina maszyn tej klasy.

A na Wschodzie… poprawiali Amerykę

W ZSRR sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. MTZ-50, choć dzielny i prosty, był konstrukcją już w momencie debiutu dość archaiczną. Silnik D-50, bazujący na amerykańskich rozwiązaniach z lat 30., nie dawał większych możliwości rozwoju. Radzieccy inżynierowie zrobili więc to, co potrafili najlepiej: wzięli stare, wzmocnili, uprościli i nazwali nowym.

Ciągniki MTZ 82 ciągle pracują w naszych gospodarstwach, fot. Adam Ładowski

Tak narodził się silnik D-240 – serce MTZ-80 i później MTZ-82. Jednostka jak na swoje czasy całkiem nowoczesna: bezpośredni wtrysk, masywna konstrukcja, duży moment obrotowy i odporność na wszystko – od kiepskiej jakości paliwa po jeszcze gorsze regulacje.

Dwa silniki, dwa charaktery, podobna moc

Choć oba ciągniki oferowały zbliżoną moc – około 80–82 KM – różniły się charakterem niemal pod każdym względem. Z-8001 w Ursusie C-385 miał pojemność 4,56 l i był silnikiem „z manierami”. Oferował około 268 Nm momentu obrotowego, osiąganego przy niższych obrotach, pracował ciszej i kulturalniej, a operator miał wrażenie, iż maszyna współpracuje z nim, a nie tylko wykonuje polecenia.

D-240 w MTZ-82 był nieco pojemniejszy – 4,75 l – i wyraźnie bardziej surowy. Około 298 Nm momentu obrotowego, wyższe obroty znamionowe, więcej hałasu i drgań, ale też znacznie większa tolerancja na przeciążenia, zaniedbania i paliwo, które z olejem napędowym bywało na bakier. W praktyce oba silniki robiły robotę, tylko każdy w zupełnie innym stylu: jeden w marynarce, drugi w roboczej kufajce.

Silnik MTZ-82 miał podobną moc do Ursusa C-385, ale zupełnie inną budowę i charakterystykę pracy fot. Adam Ładowski

Skrzynie biegów – teoria kontra życie

Różnice w filozofii konstrukcji doskonale widać było pod nogami operatora. Ursus C-385 dostał skrzynię biegów nowoczesną jak na swoje czasy, logicznie zestopniowaną i otwartą na rozwój. Wzmacniacz momentu, półbiegi, później przedni napęd – wszystko to sprawiało, iż ciągnik dało się dopasować do różnych prac, od ciężkiej orki po transport. Skrzynia wymagała regulacji, dobrego oleju i odrobiny wiedzy technicznej, ale w zamian oferowała kulturę pracy i przewidywalność.

Ursus 902 wersja rozwojowa C-385, fot. Mateusz Wasak

MTZ-82 poszedł w zupełnie inną stronę. Skrzynia była prosta, toporna i wyposażona w dużą liczbę przełożeń, które w praktyce dobierało się „na słuch”. Rewers, reduktor, charakterystyczny układ dźwigni – ergonomia była tu pojęciem umownym, ale filozofia jasna: ma działać zawsze. choćby gdy biegi wchodziły jak chciały, a synchronizacja była tylko hasłem z podręcznika. Choć adekwatnie jej nie było.

Prędkość – po co się spieszyć?

Prędkości maksymalne obu ciągników doskonale oddają realia swoich czasów. Ursus C-385 w wersji podstawowej rozpędzał się do około 25–27 km/h, a w późniejszych wariantach choćby do 30 km/h. MTZ-82 katalogowo był nieco szybszy i mógł osiągać 33–35 km/h.

W praktyce jednak oba ciągniki poruszały się podobnie – bo miały pracować w polu, a nie ścigać się na szosie. Przy takich prędkościach operator miał jeszcze czas pomyśleć, a maszyna – wytrzymać.

Rozdzielacz hydrauliki MTZ-82. W tym ciągniku hydraulika była zewnętrzna. Miało to swoje zalety, ale i poważne wady, fot. Adam Ładowski

Masa i hydraulika – fundamenty pracy

Również masa własna zdradza różnice filozofii. Ursus C-385 był cięższy i stabilniejszy, co sprzyjało pracy z dużymi maszynami zawieszanymi. MTZ-82 był lżejszy, bardziej uniwersalny i łatwiejszy w manewrowaniu, szczególnie w trudnym terenie. Hydraulika w Ursusie oferowała lepszą precyzję i większy komfort obsługi, podczas gdy MTZ stawiał na prostotę i o(p)dporność, kosztem finezji.

Dwie filozofie, jeden wynik

Ursus C-385 i MTZ-82 to dwie różne wizje 80-konnego ciągnika. Pierwszy był projektowany dla użytkownika bardziej świadomego technicznie, z dostępem do zaplecza i serwisu. Drugi – dla świata, w którym ciągnik miał być naprawialny wszędzie, przez każdego i przy użyciu minimum narzędzi.

I wiecie co? Obie te wizje się obroniły. Po pięćdziesięciu latach oba ciągniki przez cały czas spotykamy na polach. Owszem, mocno odstają od dzisiejszych standardów komfortu i wydajności, ale wciąż robią to, do czego zostały stworzone. A to w świecie techniki rolniczej jest chyba najlepszą recenzją.

Idź do oryginalnego materiału