Jeśli ktoś słyszy „ETF”, to często w głowie zapala mu się lampka: prosto, tanio, szeroko, bezpiecznie. Problem pojawia się wtedy, gdy nie rozumiemy, iż ETF to nie jest żaden autopilot, który zastępuje mózg. To tylko narzędzie, a narzędzie można użyć dobrze albo można wbić sobie gwóźdź w palec.
Najczęstsze błędy przy pasywnym inwestowaniu w ETF wynikają kierowania się intuicją i skrótami myślowymi, co na rynku działa jak fałszywy GPS, oraz nie zwracania uwagi na drobne elementy, które wydają się nieistotne, ale w długim terminie potrafią narastać do wielkich problemów.
W tym materiale chcę wam opowiedzieć o kilku takich błędach, które inwestorzy kupujący ETF popełniają. Zapraszam.
Najczęstsze błędy w ETF-ach. Proste rzeczy, które robią dużą różnicę.
Zero prowizji za ETF-y?
W OANDA TMS nie zapłacisz ani grosza za pierwsze 10 transakcji ETF-ami miesięcznie – i to aż do 200 000 euro obrotu!
Załóż konto i zacznij budowąć portfel inwestycyjny bez zbędnych kosztów.
Więcej informacji i rejestracja: https://go.tms.pl/DNARynkowETF
Dywersyfikacja” vs „dywersyfikcja”
Dywersyfikacja to jedno z najważniejszych słów w inwestowaniu. Masz rozłożyć ryzyko na wiele spółek, branż i rynków, żeby pojedyncza katastrofa nie wywróciła ci całego portfela. Problem zaczyna się wtedy, gdy dywersyfikacja zamienia się w „dywersyfikcję”. Sytuację, w której Ty myślisz, iż dodajesz różnorodność, a w rzeczywistości kupujesz drugi raz to samo, tylko w innym opakowaniu.
Klasyk z polskiego podwórka wygląda tak: ktoś kupuje ETF na S&P 500, bo to przecież amerykańska giełda, największe spółki świata, święty Graal inwestowania. Potem dokłada ETF na MSCI World, bo chce mieć „cały świat”. Brzmi rozsądnie, prawda? Tyle iż MSCI World to i tak w dużym stopniu Stany Zjednoczone. W ostatnich latach udział USA w tym indeksie bywał bardzo wysoki, często w okolicach 70%. Co to oznacza w praktyce? Że kupując S&P 500 i MSCI World, zwykle nie robisz wielkiej dywersyfikacji. Zwykle robisz podwójny zakup amerykańskich gigantów, tylko w dwóch paczkach.

To jest trochę jak zamówienie dwóch małych pizz zamiast jednej dużej, żeby było bardziej różnorodnie, a potem odkrycie, iż jedna to margherita, a druga to „pizza z serem i pomidorami premium”, czyli droższa margherita. Smaczne, ale po co komplikować?
Overlap w trendach: AI, półprzewodniki, Nasdaq i spółka
Podobna pułapka pojawia się, kiedy na przykład za bardzo chcecie złapać wszystkie technologiczne trendy naraz. Dodajecie wtedy do portfela ETF-y na sztuczną inteligencje, półprzewodniki, nowoczesne technologie i jeszcze Nasdaq100, a potem okazuje się, iż wszystkie te fundusze w połowie się ze sobą nawzajem pokrywają.
Największy problem z „dywersyfikcją” jest taki, iż ona daje fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Masz dwa ETFy, więc w głowie pojawia się myśl: jestem bezpieczniejszy, mam więcej koszyków. Potem przychodzi korekta na amerykańskim rynku i oba ETF zachowują się bardzo podobnie. Wtedy zaczyna się klasyczne zdziwienie: jak to, przecież ja mam świat, ja mam dywersyfikację. No masz, tylko iż ten „świat” jest mocno zdominowany przez te same spółki.
Dublowanie ekspozycji ma też bardzo przyziemny koszt. Płacisz podwójne prowizje, czasem podwójne koszty przewalutowań, a do tego komplikujesz sobie rebalancing. Rebalancing to przywracanie proporcji w portfelu, kiedy jedna część urośnie szybciej niż druga. W pasywnym inwestowaniu to ważna, choć nudna czynność. jeżeli masz za dużo podobnych ETFów, rebalancing robi się nieprzyjemny, bo nie wiesz już, co adekwatnie równoważysz.
Prosty filtr bez doktoratu: patrz na ekspozycję, nie na nazwę
Jak to ogarnąć bez doktoratu z finansów? Bardzo prosto. Zamiast patrzeć na nazwę ETFu, patrz na ekspozycję. Interesują cię trzy rzeczy: kraje, sektory i największe spółki.

Jeśli dwa ETFy mają podobne wagi państw i podobną listę największych spółek, to prawdopodobnie masz spory overlap, czyli pokrywanie się. To nie jest zło samo w sobie, ale warto wiedzieć, iż wtedy nie kupujesz dwóch niezależnych pomysłów, tylko jeden pomysł dwa razy. Przynajmniej w jakiejś części.
W praktyce wiele osób potrzebuje tylko jednego szerokiego ETF jako fundamentu. Może to być globalny indeks akcji, może to być S&P500 lub Nasdaq100, zależnie od strategii. Idea jest prosta: mniej produktów, więcej przejrzystości. W pasywnym inwestowaniu liczba ETF to nie trofeum. Trofeum to spójny plan, który da się utrzymać przez lata.
„ETF śledzi indeks” — i tu zaczyna się nieporozumienie
Kolejny z najbardziej podstępnych błędów w inwestowaniu w ETF-y to przekonanie, iż skoro fundusz „śledzi indeks”, to jego zachowanie musi być niemal identyczne z zachowaniem samego indeksu. W praktyce inwestor bardzo często myli ekspozycję deklarowaną z ekspozycją faktycznie realizowaną. ETF nie jest indeksem, tylko wehikułem, który próbuje ten indeks odtworzyć, a sposób, w jaki to robi, ma znaczenie ekonomiczne.
Indeks jest konstruktem teoretycznym. Nie ponosi kosztów transakcyjnych, nie ma problemów z płynnością, nie płaci podatków i nie musi reagować na napływy ani odpływy kapitału. ETF działa w świecie realnym, gdzie każda zmiana składu indeksu oznacza konieczność wykonania transakcji na rynku. Już na tym etapie pojawia się przestrzeń na odchylenia, które inwestor często ignoruje, bo w jego głowie ETF jest „kopią indeksu”. Tu ważna jest świadomość, jakie konsekwencje niesie ze sobą konkretny typ replikacji indeksu przez ETF.
Replikacja: pełna, sampling i syntetyk — a wynik może się różnić
Replikacja pełna, która na pierwszy rzut oka wydaje się ideałem, wcale nie musi nim być. W indeksach szerokich, obejmujących setki lub tysiące spółek, pełne odwzorowanie oznacza ogromną liczbę transakcji, część z nich w bardzo niepłynnych walorach. W efekcie koszt wykonania może być wyższy niż potencjalna korzyść z perfekcyjnego skopiowania indeksu. Dlatego wiele ETF stosuje replikację próbkową, wybierając podzbiór spółek, który statystycznie ma zachowywać się jak całość. Dla inwestora różnica jest niewidoczna w nazwie produktu, ale widoczna w wynikach.
Jeszcze większe niezrozumienie dotyczy replikacji syntetycznej. Wielu inwestorów traktuje ją jako dodatkowe ryzyko, nie zdając sobie sprawy, iż w niektórych klasach aktywów tylko ona pozwala na dokładniejsze odwzorowanie indeksu niż replikacja fizyczna.
Paradoks polega na tym, iż ETF syntetyczny może mieć niższy tracking difference (różnicę odwzorowania) niż ETF fizyczny, mimo iż „nie kupuje akcji”. jeżeli inwestor zatrzymuje się na etykiecie, a nie analizuje mechanizmu, to często podejmuje decyzję w oparciu o pozory, a nie o realną jakość replikacji.
W efekcie hasło „to tylko ETF” staje się usprawiedliwieniem dla braku analizy. Inwestor nie zadaje pytania, jak fundusz zachowa się w okresach podwyższonej zmienności, jak radzi sobie z rebalansami indeksu i jakie koszty ponosi przy zmianach składu portfela. Tymczasem właśnie tam rozstrzyga się, czy ETF faktycznie robi to, czego od niego oczekujemy.
TER to nie wszystko: tracking, dywidendy, lending i koszty ukryte
Powiązanym elementem jest tu również koncentracja inwestora na TER (całkowitych kosztach funkcjonowania ETF) jako rzekomo najważniejszym kryterium wyboru ETF. TER jest liczbą łatwą do porównania i marketingowo atrakcyjną, ale mówi bardzo kilka o tym, jak drogie jest faktyczne odtworzenie indeksu.
Tracking difference jest efektem całej masy procesów, które dzieją się wewnątrz funduszu i które są bezpośrednio związane z replikacją. Sampling powoduje, iż ETF nie zawsze idealnie reaguje na ruchy mniej istotnych komponentów indeksu.
Rebalansowanie generuje koszty transakcyjne, które nie są ujmowane w TER, a które kumulują się szczególnie w indeksach o wysokiej rotacji składu. Do tego dochodzi kwestia dywidend, ich opodatkowania, momentu reinwestycji oraz różnic między indeksem brutto, netto i cenowym.
Securities lending dodatkowo komplikuje obraz. Jeden ETF może kompensować część kosztów replikacji przychodami z pożyczania papierów wartościowych, inny może przekazywać większość tych przychodów emitentowi. W teorii oba fundusze mają ten sam TER, w praktyce jeden z nich systematycznie zbliża się do indeksu, a drugi zostaje w tyle.
Skupianie się wyłącznie na TER prowadzi do paradoksalnych decyzji, w których inwestor wybiera „najtańszy” ETF, który w długim terminie okazuje się droższy w sensie utraconej stopy zwrotu. Koszt replikacji nie jest bowiem jednorazową opłatą, tylko procesem, który działa nieprzerwanie w tle i kumuluje się rok po roku.
W obu przypadkach źródłem problemu jest traktowanie ETF-a jako produktu jednorodnego. Inwestor patrzy na nazwę indeksu i niską opłatę, a nie na mechanikę wykonania.
Pasywność ETF nie powinna oznaczać braku decyzji. Powinna oznaczać, iż decyzje są podejmowane według z góry ustalonych zasad. jeżeli inwestor tych zasad nie rozumie, to jego „pasywne” inwestowanie staje się w dużej mierze przypadkowe.
Zrozumienia wymaga też odpowiednie podejście do dywidend i tego, co robi z nimi ETF. Dywidenda to część zysku spółki wypłacana akcjonariuszom. ETF, który trzyma akcje, może te dywidendy zbierać i zrobić z nimi dwie rzeczy.
Wersja distributing oznacza, iż fundusz wypłaca dywidendy Tobie. Dostajesz przelew na konto maklerskie i widzisz, iż „wpadło parę złotych”. Wersja accumulating oznacza, iż fundusz reinwestuje dywidendy w więcej akcji. Ty nie dostajesz przelewu, tylko rośnie wartość twoich jednostek funduszu, bo te pieniądze pracują dalej.
Na papierze wygląda to jak kwestia gustu. Jedni lubią widzieć wpływy, inni wolą, żeby kapitał rósł. W polskiej praktyce to też często kwestia wygody i podatków. jeżeli masz distributing, to dywidendy są zdarzeniem podatkowym. zwykle musisz je rozliczyć w PIT. Czasem podatek jest pobierany częściowo u źródła, ale to nie zawsze zamyka temat. Bywa, iż trzeba dopłacić, bywa, iż trzeba przeliczać waluty, pilnować dat i dokumentów. Jedni dadzą Ci informacje podatkowe, inni nie. Jest ryzyko, iż pasywne inwestowanie zaczyna przypominać „księgowość dla hobbystów”.
Jednak prawdziwa utrata wartości jest gdzie indziej. jeżeli porównamy oba rodzaje ETF dla S&P 500 po 50 latach inwestowania, to wersja akumulująca zawsze da Ci zarobić więcej. Po pierwsze odraczasz w niej podatek na koniec okresu inwestowania. Podatek zapłacony później to pieniądz, który dłużej może pracować i rosnąć.
Ktoś powie, iż przecież może sobie te dywidendy sam reinwestować. Yyyy no ok, możesz, ale nie zrobisz tego od razu, bo musisz poczekać na wypłatę, więc już tracisz dni. Do tego musisz znowu coś kupić, więc znowu tracisz na prowizji. Nie, to nie jest „to samo”.
Oczywiście, są sytuacje, w których distributing ma sens. jeżeli budujesz portfel pod wypłaty, bo chcesz z nich żyć, to regularna dywidenda będzie wygodna. Tylko, iż średni ma to sens, jeżeli nie masz dziesiątek milionów złotych w portfelu.

Okej, to macie już portfel, który nie udaje dywersyfikacji i kupiliście go tak, żeby zwiększać swój procent składany. Co jeszcze warto rozumieć?
Waluta notowania to nie waluta ryzyka + moda, timing i „ETF ma być nudny”
To, iż waluta notowania to nie zawsze jest waluta Twojego ryzyka, czyli dlaczego ETF w EUR przez cały czas może być „dolarowy”
Ten błąd wygląda niewinnie, ale potrafi wywołać sporo nieporozumień. Ktoś kupuje ETF notowany w EUR, na przykład na Xetrze, i mówi: super, mam euro, mam europejską giełdę, to nie mam ryzyka dolara. To pułapka. Waluta notowania to tylko waluta pośrednia, w której widzisz cenę na giełdzie. To jest etykieta na półce. Waluta ryzyka to waluta, w której zarabiają spółki w środku ETFu i w której są wyceniane ich aktywa.
Jeśli w ETFie masz amerykańskie spółki, to one działają w dolarze. Ich przychody, koszty, raporty i wyceny są mocno związane z USD. choćby jeżeli ty kupujesz jednostkę funduszu w EUR, to wartość tej jednostki będzie zależała od tego, co dzieje się z dolarem, bo w tle jest przeliczanie wartości akcji, które już są notowane w dolarach.
W praktyce oznacza to, iż możesz mieć sytuację, w której amerykański rynek rośnie, ale złoty się umacnia względem dolara i część zysku jest „zjedzona” przez kurs. Zresztą taką sytuację mamy w tym roku. S&P 500 dał zarobić jakieś 16% w 2025 roku, ale kiedy przeliczymy na stopę zwrotu w PLN-ach, to okazuje się, iż Polski inwestor zarobił tylko około 2% na S&P 500 (bańka XD).

Jeśli kupicie sobie niezabezpieczony walutowo ETF na S&P 500 w Euro, to nie znaczy nagle, iż wasz wynik jest wypadkową S&P500 i zachowania Euro. Cały czas macie ekspozycje na S&P 500 i dolary, a euro to tylko techniczny pośrednik w transakcji pomiędzy PLN-ami, a USD. Wy kupujecie fundusz za euro, ale fundusz kupuje akcje w dolarach i od tych akcji zależy jego wynik.
Czy z tym ryzykiem trzeba walczyć? Niekoniecznie. Waluta to część globalnego inwestowania. jeżeli inwestujesz w świat, to ekspozycja walutowa jest naturalna. Czasem pomaga, czasem przeszkadza. W długim terminie to zwykle kolejna zmienna, która się waha. Natomiast trzeba ją rozumieć, żeby nie podejmować decyzji na podstawie złej diagnozy.
Tu pojawia się temat ETFów zabezpieczonych walutowo, czyli hedged. Zabezpieczenie walutowe polega na tym, iż fundusz próbuje ograniczać wpływ wahań kursu na wynik. Brzmi jak idealne rozwiązanie, ale w rzeczywistości takie nie jest, bo fundusze zabezpieczone walutowo są najczęściej znacznie droższe. Jednocześnie waluty nie mają jednoznacznych trendów w jednym kierunku, więc w długim terminie ich wahania tracą na znaczeniu. Dlatego hedged ma sens w konkretnych sytuacjach, na przykład, gdy ktoś ma krótki horyzont i nie chce ryzykować, iż kurs waluty zdominuje wynik. Dla wielu inwestorów długoterminowych lepsza jest świadomość ryzyka niż płacenie za jego „wygładzenie”.
Inwestowanie nie ma być modne
Kolejny problem, jaki widzę jest bardziej ogólny. Gonienie za modą i inwestowanie w tematyczne ETF po nagłówkach. Nagle pojawia się gorący temat. Najpierw o tym mówią media branżowe, potem o tym mówią dziwni influencerzy, a na końcu o tym mówi twój znajomy, który zwykle inwestuje w lokaty, ale teraz „wreszcie zrozumiał przyszłość”. To może być cokolwiek. Każdy temat inwestycyjny ma potencjał do wejścia w fazę memową.
Problem jest taki, iż moda na tematy w inwestowaniu zwykle przychodzi już po wzrostach. jeżeli dany temat rośnie, ceny akcji idą w górę, to zainteresowanie rośnie, a skoro zainteresowanie rośnie, to rośnie popyt na produkty, które dają ekspozycję na ten temat.
Wtedy inwestor kupuje coś, co wygląda jak „przyszłość”, ale w cenie jest już bardzo dużo tej przyszłości. Takie tematyczne ETF są bardziej podatne na „przewartościowanie”, bo mają mniej spółek, a dominującymi pozycjami są często relatywnie małe podmioty, które spekulacyjny kapitał mógł wynieść na chore poziomy wycen. Nie chodzi o to, iż masz nie inwestować w tematyczne ETF. Masz. Masz nie inwestować w tematyczne ETF, które są po prostu w danym momencie modne i nic za tym poza modą nie stoi.
Tematyczne ETFy mają tez często o wiele wyższe koszty zarządzania. W szerokich ETF na duże indeksy koszty są minimalne. W tematycznych często są wyższe, bo produkt jest bardziej niszowy, ma mniejszą skalę, a marketing też musi się z czegoś opłacić. Koszty same w sobie nie są tragedią, jeżeli dostajesz w zamian coś wartościowego, ale często dostajesz w zamian tylko ładną narrację i wąski koszyk.
Wąski koszyk oznacza koncentrację, a koncentracja oznacza, iż jeden błąd w danym sektorze, jedna regulacja, jedna zmiana technologiczna, potrafi uderzyć mocniej niż w szeroki rynek. Szeroki rynek ma tę przewagę, iż jest jak wielka rzeka. Jedna gałąź nie zmienia kierunku całej wody. Tematyczny ETF bywa jak mały strumień. Jak ktoś postawi tamę, to nagle robi się sucho.
Jeszcze raz podkreślam. To nie znaczy, iż tematyczne ETFy są złe same w sobie. Po prostu wymagają większej świadomości inwestora. Problem jest wtedy, gdy sam inwestycyjny modny temat zastępuje myślenie. Gdy ktoś mówi: „inwestuję pasywnie!”, a potem okazuje się, iż to ETF na jedną branżę, kupiony w momencie największej euforii.
Nie baw się w market timing
To prowadzi nas do kolejnego błędu, czyli próby market timingu, co w przypadku szerokich ETF jest niesamowicie głupie.
To taki król wszystkich wymówek inwestowania: „wejdę, jak będzie taniej”. Brzmi rozsądnie, bo kto nie chciałby kupować taniej? Problem w tym, iż rynek nie rozdaje okazji na żądanie. Rynek nie wie, iż Ty czekasz. Rynek nie ma kalendarza pod tytułem „piątek, przychodzi Janek, dajmy mu dołek”.
W pasywnym inwestowaniu pokusa takiego timingu jest szczególnie podstępna, bo indeksy wydają się bardziej „przewidywalne”. Ktoś patrzy na wykres i mówi: przecież to falami chodzi, poczekam na korektę. Potem mija pół roku, rynek rośnie, korekty są płytkie, a Ty dalej czekasz. W końcu korekta przychodzi. Może choćby wtedy kupisz, ale ostatecznie okazuje się, iż i tak kupiłeś 10% drożej niż gdybyś zrobił to od razu.
Największym kosztem market timingu jest utracony czas, który spędzasz poza rynkiem. W inwestowaniu działa prosty mechanizm: im dłużej pieniądz pracuje, tym większa szansa, iż zagra na twoją korzyść. Oczywiście, nie masz nigdzie na nic żadnej gwarancji, ale statystycznie czas jest twoim przyjacielem. Czekanie na idealny dołek to często zamiana strategii długoterminowej w strategię „coś mi się wydaje”. A „coś mi się wydaje” to ogólnie słaby fundament do decyzji.
Statystyki tylko to potwierdzają. Okazuje się, iż inwestowanie na samych szczytach indeksu przynosiło lepsze wyniki niż inwestowanie w dowolnie inny wybrany dzień, kiedy akurat S&P 500 nie osiągał nowych rekordów. To o tyle budujące, iż nigdy nie wiesz, kiedy akurat jest rynkowy dołek, ale zawsze potrafisz znaleźć na wykresie nowy szczyt.

Nie ma w tym nic zaskakującego, pomimo iż wydaje się to nieintuicyjne. Rozwinięte indeksy większość swojego czasu spędzają w okolicy 5% od ATH, a jeżeli tak, to czekanie w ich wypadku na solidne korekty…. trochę mija się z celem.
Gdy czekasz na dołek, stajesz się zakładnikiem własnej prognozy. jeżeli rynek rośnie, czujesz frustrację i zaczynasz szukać potwierdzenia, iż spadek jednak przyjdzie. jeżeli rynek spada, boisz się kupić, bo przecież „może spaść jeszcze bardziej”. I tak w obu scenariuszach nie robisz tego, co powinieneś w pasywnym podejściu, czyli regularnie inwestować zgodnie z planem.
Na kolejnym wykresie widzicie wzrost wartości zainwestowanych 10 tysięcy dolarów w S&P 500 pomiędzy 2003 i 2022 rokiem. jeżeli w trakcie tych 20 lat ominęlibyście na rynku 10 najlepszych sesji, to wasz ostateczny wynik pogorszyłby się o 54%.

Jasne, gdybyście pominęli 10 najgorszych, to wasz wynik były dużo lepszy, ale problem polega na tym, iż niezależnie od tego, jak bardzo się oszukujesz, to nie wiesz czy jutro będzie jeden z 10 najlepszych czy 1 z 10 najgorszych. Wniosek? Lepiej po prostu BYĆ na rynku.
Jeśli ktoś naprawdę chce analizować rynek i bawić się w przewidywanie, to lepiej robić to tam, gdzie da się mieć jakąkolwiek przewagę. Na indeksie przewaga jest trudna, bo indeks to agregat setek spółek i milionów decyzji. Tam próbujesz zgadnąć nastroje całego świata. jeżeli już masz potrzebę analizowania, to stock picking, czyli wybór konkretnych spółek, przynajmniej daje ci możliwość oparcia się na biznesie, wynikach, konkurencji i przewagach. To wciąż jest trudne, ale przynajmniej wiesz, co analizujesz. W market timingu często analizujesz własne emocje, tylko jeszcze o tym nie wiesz.
W typowym pasywnym indeksowym inwestowaniu naprawdę działa nudna prawda: regularne i konsekwentne kupowanie bez względu na wszystko zwykle wygrywa z próbą bycia sprytniejszym od rynku. Totalnie bez sensu.
Podobnie jak zbyt robienie z inwestowania pasywnego emocjonalnego sportu ekstremalnego. Ktoś mówi: inwestuję pasywnie. Kupuję ETFy, trzymam długo, nie przejmuję się szumem, a potem sprawdza portfel codziennie. Czasem kilka razy dziennie. Jakby to był wynik meczu, tylko iż ten mecz trwa czterdzieści lat, a nie 90 minut.
Spadki są normalne
Zbyt częste zaglądanie na konto robi dwie rzeczy. Po pierwsze, podbija emocje. choćby jeżeli nic nie robisz, to widzisz spadek i w mózgu pojawia się alarm. To jest biologiczne. Nasz mózg nie lubi strat. Po drugie, częste sprawdzanie zwiększa ryzyko działania. jeżeli widzisz spadek codziennie, to w pewnym momencie pojawia się chęć, żeby „coś zrobić”. A na giełdzie „coś zrobić” bardzo często oznacza zrobić coś złego. Sprzedać w dołku, przestawić strategię, uciec do gotówki, poczekać na lepszy moment, czyli wrócić do market timingu, tylko pod nową nazwą.
Warto zrozumieć, iż korekty są normalne. ETF na szeroki rynek potrafi spadać. Potrafi spadać mocno. I to nie jest błąd systemu. To jest cena za to, iż w długim terminie rynek ma szansę rosnąć. jeżeli ktoś chce mieć wzrost bez spadków, to szuka jednorożca. A jednorożce na giełdzie zwykle kończą się tym, iż ktoś sprzedaje ci „produkt” z prowizją, której wolałbyś nie znać.
Jak sobie z tym poradzić w praktyce? Najprostsza metoda to ustalić rytm podglądania wyników. Na przykład raz w miesiącu albo raz na kwartał. Nie częściej i nie po to, żeby oceniać, czy rynek „zachowuje się zgodnie z założeniami”, tylko po to, żeby sprawdzić, czy trzymasz się planu. jeżeli się ugniesz i sprawdzasz notowania częściej, to popełniasz błąd. Pasywny inwestor nie kontroluje rynku. Pasywny inwestor kontroluje jedynie własne zachowanie. Więc na tym się skup. Nie na analizowaniu rynku, bo nie takie jest zadanie pasywnego inwestora, tylko na kontrolowaniu swoich odruchów. jeżeli nie potrafisz zaoponować nad impulsywnym zaglądaniem w aplikację, to jak chcesz zapanować nad impulsywnym kliknięciem sprzedaj?
Powiem to dosadnie: ETF ma być nudny jak instrukcja obsługi pralki. jeżeli twoje ETFy sprawiają, iż masz emocje jak na rollercoasterze, to problemem nie są ETFy. Problemem jest to, iż patrzysz na pralkę co pięć minut i zastanawiasz się, czy bęben kręci się wystarczająco szybko.
Inwestuj w ETF-y bez prowizji z OANDA TMS!
Załóż konto i korzystaj z 10 darmowych transakcji miesięcznie – aż do 100 000 euro obrotu. Idealna okazja, by budować portfel bez zbędnych kosztów!
Więcej informacji i rejestracja: https://go.tms.pl/DNARynkowETF
Do zarobienia!
Piotr Cymcyk

6 godzin temu







