Nie wymieniajcie silnika

1 dzień temu

Sebastian Stodolak, wiceprezes Warsaw Enterprise Institute, wystąpił z prelekcją „Poland in G20 – economic development success story” podczas Polsko-Gruzińskiego Forum Gospodarczo-Inwestycyjnego, które odbyło się 30 czerwca 2026 r. w Tbilisi. W swoim wystąpieniu przedstawił najważniejsze czynniki polskiego sukcesu gospodarczego ostatnich dekad, dzieląc się doświadczeniami, które mogą stanowić inspirację dla dynamicznie rozwijającej się gospodarki Gruzji.

Polska właśnie weszła do klubu bilionerów. To najgorszy możliwy moment, żeby uwierzyć, iż nasz model rozwoju się wyczerpał – mówi Sebastian Stodolak.

Bilion dolarów. W 2025 roku, po raz pierwszy w historii, nominalne PKB Polski przekroczyło tę granicę i według kwietniowego wydania „World Economic Outlook” MFW wyniosło 1,036 biliona dolarów. Liczba, która świetnie wygląda na wykresie i jeszcze lepiej w tytule prasowym. Powiem szczerze: mnie samego niespecjalnie porusza. Bilion to mnóstwo zer, a liczba zer nie jest strategią rozwoju. Uczciwość każe zresztą dodać, iż ten wynik nie wprowadza nas jeszcze do pierwszej dwudziestki gospodarek świata. Szwajcaria, z PKB rzędu 1,044 biliona, wciąż minimalnie nas wyprzedza, choć według projekcji przeskoczymy ją około 2028 roku. Do G20 też nas nikt nie zapisał, na szczyty jeździmy jako gość.

Chcę zacząć od stwierdzenia niemodnego. Nie będę przekonywał, iż Polska dobiegła do mety. Będę twierdził coś, z czym nie zgadza się dziś niemal cała klasa polityczna: iż model, który nas dowiózł tam, gdzie w tej chwili jesteśmy, wcale się nie wyczerpał. Że nie trzeba go wymieniać, a wystarczy doszlifować i wyregulować.

Prawdziwy sukces Polski nie kryje się w rozmiarze gospodarki, ale w tempie, w jakim do tego rozmiaru doszliśmy. Porównajmy nasz z innymi cudami gospodarczymi: koreańskim i chińskim. Wg danych Banku Światowego z roku 2024 Korea ma około 55 tysięcy dolarów PKB na głowę według parytetu siły nabywczej, Chiny około 24 tysięcy, a Polska nieco ponad 45 tysięcy. Poziomy PKB same w sobie mówią niewiele, dopóki nie spojrzymy na zegar. Koreański model eksportowego uprzemysłowienia startuje w 1962 roku, wraz z pierwszym planem pięcioletnim. Chińskie reformy Deng Xiaopinga zaczynają się w grudniu 1978. Polska rusza pierwszego stycznia 1989 roku, wraz z ustawą Wilczka. Oznacza to, iż Korea na swój wynik pracowała 64 lata. Chiny 48 i wciąż są daleko za nami. My na swoje 45 tysięcy potrzebowaliśmy niespełna czterech dekad.

Nie trzeba być ekonomistą, żeby ten sukces poczuć. Wystarczy w niego zagrać. Polska jest dziś jedną z gamingowych potęg Europy: blisko pięciuset aktywnych producentów i wydawców gier, ponad piętnaście tysięcy zatrudnionych, więcej niż w Niemczech, i eksport pochłaniający 97 procent produkcji branży. Wiedźmin, gra powstała w warszawskim studiu, stała się światową marką, a obok CD Projektu działają u nas Techland, 11 bit studios, People Can Fly i dziesiątki mniejszych zespołów. Nikt, kto kupuje ich gry, nie pyta, czy powstały w kraju z czterdziesto, czy z dwustuletnią tradycją kapitalizmu. Pyta, czy są dobre. A nasze są dobre.

A mimo w polskich debatach gospodarczych usłyszycie ten sam werdykt, ze wszystkich stron sceny politycznej. Obecny model wzrostu się wyczerpał. Dość bycia europejską montownią, czas na własne technologie, własne fabryki, własny kapitał. Lech Kaczyński pytał w 2010 roku, czy będziemy europejską montownią, czy jednym z europejskich graczy. Mateusz Morawiecki w 2016 roku ogłaszał konieczność wyrwania Polski z pięciu pułapek rozwoju i budowę nowego modelu gospodarczego. Adrian Zandberg przekonuje, iż nie możemy dłużej ciągnąć się jak wagonik za niemiecką lokomotywą, bo ta lokomotywa właśnie staje. Prawica nazywa to suwerennością gospodarczą, lewica godnością pracy i uwolnieniem od taniej roboty. Narzędzia proponują różne, ale wniosek mają wspólny: wyrzucić stary silnik i zbudować nowy.

Otóż uważam, iż się mylą. Wyobraźcie sobie, iż macie szybki samochód, biało-czerwony, który zawiózł was dalej i szybciej, niż ktokolwiek obstawiał. Owszem, coś w nim stuka. Hamulce mogłyby lepiej trzymać, skrzynia chodzić płynniej. Więc wjeżdżacie do warsztatu i robicie porządny tuning. A czego nie robicie? Nie wyrywacie w połowie wyścigu sprawnego silnika, żeby wstawić nieprzetestowany. Cała sztuka polega na odróżnieniu fundamentów sukcesu od jego ograniczeń. Fundamenty działają: otwartość na handel, inwestycje i technologie, obecność we wspólnym rynku, konkurencja, prywatna przedsiębiorczość, stopniowo poprawiające się instytucje. Słabe punkty są prawdziwe, ale to tylko punkty, nie cały silnik: przewidywalność prawa, sądownictwo, podatki, energetyka, demografia. Podobnie czyta naszą historię Marcin Piątkowski, ekonomista Banku Światowego i autor „Europe’s Growth Champion”, który reform bynajmniej nie odradza, ale opowieści o błędnym modelu nie kupuje. Polska gospodarka, mówił, płynie w tak silnym nurcie, iż trzeba by się naprawdę napracować, żeby to zepsuć.

Zacznijmy od największego mitu, iż jesteśmy montownią, a przemysł wypatroszył nam Balcerowicz. Produkcja sprzedana przemysłu jest dziś na najwyższym poziomie w historii, a przemysł wraz z budownictwem wytwarza ponad jedną czwartą naszego PKB. Owszem, udział przemysłu w gospodarce spadł od lat dziewięćdziesiątych, ale dokładnie tak dzieje się wszędzie tam, gdzie kraj się bogaci i rośnie sektor usług. Mniejszy kawałek znacznie większego tortu to nie schyłek, a po prostu dojrzałość.

Zresztą sam podział na montownię i szlachetne centrum wiedzy coraz gorzej opisuje rzeczywistość. Na koniec pierwszego kwartału 2025 roku działało w Polsce ponad dwa tysiące centrów usług biznesowych, zatrudniających prawie pół miliona ludzi i eksportujących usługi oparte na wiedzy warte przeszło czterdzieści miliardów dolarów rocznie. Informatyka, analityka, finanse, cyberbezpieczeństwo, badania i rozwój, elementy satelitów. jeżeli to montownia, to bardzo osobliwa, bo pełna inżynierów, programistów i analityków ryzyka. Staliśmy się też, prawie tego nie zauważając, krajem imigracji. W ZUS zarejestrowanych jest około 1,2 miliona cudzoziemców, a obok Ukraińców i Białorusinów coraz liczniej pracują u nas Gruzini, Hindusi, Filipińczycy i, co jest może najlepszym barometrem zmiany, zachodni specjaliści i menedżerowie. Jeszcze pokolenie temu kolejka ustawiała się w drugą stronę.

Co za tym wszystkim stało? Paradoksalnie, ponadpartyjna zgoda co do kierunku. Rządy się zmieniały, polityki budżetowe i społeczne bywały skrajnie różne, ale kręgosłup pozostawał nienaruszony: handel, prywatna przedsiębiorczość, napływ kapitału, integracja z Unią. Skumulowana wartość bezpośrednich inwestycji zagranicznych sięgnęła u nas 1,36 bln złotych, czyli około 335 mld dolarów, a co wymowne, bardzo duża część corocznego napływu to zyski, które inwestorzy już wypracowali w Polsce i postanowili tu zostawić. Kapitał zagraniczny nie przywiózł zresztą tylko pieniędzy. Przywiózł efekty rozlewania się wiedzy, technologii i standardów, które ekonomiści nazywają spillover. Lokalne firmy podpatrują metody zagranicznych konkurentów i przejmują wyszkolonych przez nich ludzi. Dostawcy podnoszą standardy, żeby obsłużyć dużego inwestora. Inżynier, który nauczył się procesu w niemieckiej fabryce, po kilku latach zakłada własną firmę. Pomnóżcie takie pojedyncze przypadki przez pokolenie, a dostaniecie transformację.

Volkswagen w Poznaniu zaczynał w 1993 roku od skręcania aut z gotowych zestawów części. Montownia po prostu. Dziś zatrudnia dziewięć i pół tysiąca osób, produkuje rekordowe 275 tysięcy samochodów rocznie, z czego 96 procent jedzie na eksport do 55 krajów. Tyle, iż dzisiaj aż 58 procent komponentów pochodzi już z Polski. Montaż był pierwszym szczeblem drabiny, a nie wyrokiem dożywocia. Z kolei pod Wrocławiem LG zbudowało największą w Europie fabrykę baterii, wokół której wyrósł cały ekosystem koreańskich i polskich poddostawców. Tak to właśnie działa.

Ale dzisiaj już mamy własne globalne marki, od InPostu przez LPP po Asseco, i mamy Polaków budujących światowe firmy: ElevenLabs wyceniony na jedenaście miliardów dolarów, czy ICEYE na ponad dziesięć miliardów euro. Pytanie brzmi jednak, dlaczego te dwie ostatnie formalnie powstały za granicą, w Londynie czy Helsinkach? Bo nasze prawo, podatki i urzędnicza mitręga wciąż zbyt często wypychają najambitniejszych. Problemem nie jest brak przedsiębiorczości. Problemem jest państwo, które nie zawsze potrafi zejść z drogi.

I tu dochodzimy do miejsc, w których nasze narodowe auto rzeczywiście wymaga warsztatu – do kryzysu demograficznego. Współczynnik dzietności spadł do 1 dziecka na kobietę w wieku rozrodczym, czyli ledwie ponad połowy poziomu zastępowalności pokoleń. W 2024 r. urodziło się około 252 tysięcy dzieci, najmniej w całej powojennej historii, zmarło około 409 tysięcy osób, ubyło nas więc przeszło 150 tysięcy w jeden rok. Projekcje GUS mówią o 28,4 miliona mieszkańców w 2060 roku. Coraz mniej pracujących będzie musiało finansować emerytury, zdrowie i opiekę coraz liczniejszych seniorów.

Druga sprawa: proste rezerwy się kończą. Z jednej strony wydajność pracy wciąż rośnie przyzwoicie, w 2025 roku o 4,1 procent na godzinę pracy, co dało nam trzeci wynik w Unii, ale z drugiej godzinowe koszty pracy urosły w tym samym czasie o 8,8 procent, ponad dwukrotnie szybciej niż unijna średnia. Wzrost płac jest celem rozwoju, nie chorobą, ale gdy przez lata koszty rosną szybciej niż wydajność, firmy tracą konkurencyjność, chyba iż uciekną w bardziej zaawansowane produkty i automatyzację. Wyciskanie pomarańczy, czyli rozwój tanią pracą i importowaną technologią, dobiega końca.

I trzecia bolączka, dla wolnorynkowca najboleśniejsza: kapitał. Polacy oszczędzają wyjątkowo mało, stopa oszczędności gospodarstw domowych wyniosła w połowie 2025 roku 9,7 procent wobec około 15 procent średnio w Unii. Mało oszczędności to mało inwestycji: 16,9 procent PKB wobec 21,2 procent unijnej średniej, co plasuje nas w samym ogonie Wspólnoty, podczas gdy Czesi np. inwestują około 26 procent. Co znamienne, publiczne inwestycje mamy powyżej średniej. Prywatne firmy i rodziny nie wierzą, iż za rok reguły będą te same, więc wstrzymują się z długofalowym planowaniem. I trudno się dziwić. W samym 2023 roku wyprodukowaliśmy 34 405 stron aktów prawnych najwyższego rzędu, a choć liczba stron ostatnio spadła, to w 2025 roku na każdy uchylony przepis dotyczący biznesu przypadało około 25 nowych albo zmienionych. Mniej papieru, a ta sama niepewność.

Tu domyka się cała opowieść – skoro własnego kapitału mamy zbyt mało, to oznacza to, iż kapitał zagraniczny nigdy nie był luksusem, a zwykłą koniecznością. A tuning musi przede wszystkim odblokować prywatne inwestycje i dać ludziom powody do oszczędzania. Na czym więc ten tuning polega? Na tym, żeby wreszcie dobrze robić tych kilka rzeczy, które robimy źle. Przewidywalne prawo i szybkie, odpolitycznione sądy, zwłaszcza gospodarcze. Radykalnie prostsze podatki, a potem święty spokój. Deregulacja jako stały mechanizm przeglądu prawa, a nie akcja raz na kadencję. Polityka demograficzna, która jest czymś więcej niż przelewem, rozsądna polityka imigracyjna. Czego nie potrzebujemy, to wielkiego planu przemysłowego, w którym urzędnik wskazuje zwycięskie branże i rozdziela dotacje.

Polska nie potrzebuje nowego silnika. Potrzebuje zadbać o ten, który w jedno pokolenie dowiózł ją z gospodarczej ruiny do klubu bilionerów. Stabilne prawo, sprawne sądy, prostsze podatki, tańsza energia, otwartość na ludzi i kapitał, dobre szkoły i państwo, które robi rzeczy podstawowe, zamiast układać każdą gałąź gospodarki pod urzędniczą linijkę. Zróbmy to dobrze, a nie tylko dogonimy światową czołówkę. Niektórych jej członków zostawimy z tyłu.

Idź do oryginalnego materiału