Przez ostatnie lata inwestowanie było zaskakująco proste. Wystarczyło kupić indeks, dorzucić kilka największych spółek technologicznych i cierpliwie siedzieć. Rynek robił resztę. Problem w tym, iż 2026 może być momentem, w którym ten schemat zacznie zawodzić.
Nie dlatego, iż nadchodzi krach. Tylko dlatego, iż kończy się czas jednej, wspólnej narracji dla wszystkich rynków. Banki centralne zaczynają iść w różnych kierunkach. Wzrost przestaje być skoncentrowany w kilku spółkach. A AI przestaje być hasłem, a zaczyna być brutalnym testem realnej użyteczności biznesów.
To będzie rok selekcji. Rok, w którym różnice między wygranymi i przegranymi gwałtownie się pogłębią. Rok, w którym pasywne inwestowanie może dać co najwyżej przeciętne wyniki, za to z pełną huśtawką emocji.
W tym materiale przechodzę przez kilka kluczowych osi, które moim zdaniem zdecydują o tym, kto w 2026 realnie zarobi, a kto tylko „będzie na rynku”. jeżeli chcesz zrozumieć, gdzie przesuwa się przewaga inwestora, to jesteś w dobrym miejscu.
Perspektywy inwestycyjne na 2026! Co zmieni się na rynkach?
Inwestuj z XTB! Podczas rejestracji podaj kod DNARYNKOW i odbierz darmowy kurs inwestowania dla początkujących
Załóż konto na: https://link-pso.xtb.com/pso/aKgIe
Smaczek o „bańce AI”, której nie ma
W dzisiejszym materiale nie planuję przez piętnaście minut po raz kolejny udowadniać Wam, iż na rynku nie ma żadnej bańki AI. Mam dziś ciekawsze tematy, ale skoro nie zamierzam poświęcać na to kwadransa, to rzucę tylko szybkim smaczkiem dla tych, którzy dalej wierzą, iż mamy w tej chwili do czynienia z jakąś bańką. Nie mamy.
Po pierwsze dlatego, iż 14 z 18% wzrostu S&P 500 w 2025 roku wynikało ze wzrostu zysków firm, a jedynie 3% ze wzrostu samych wycen. Tak nie wygląda bańka! W trakcie bańki euforia przyćmiewa rozsądek inwestorów i kupują oni akcje po każdej cenie, bo wierzą, iż rynek nie może spadać.

Bańka na gadaniu i instytucje „spóźnione na rynek”
Tymczasem dziś mamy bańkę, ale raczej na „rynku” gadania o bańce AI. Liczba wzmianek o rzekomej bańce w portalu Bloomberg wzrosła w 2025 roku do rekordowych poziomów, a każdy Outlook dużego banku inwestycyjnego ma w sobie podpunkt w stylu: „Czy w 2026 roku bańka AI pęknie?”. Czujecie ten absurd? Skoro każdy myśli, iż mamy do czynienia z bańką i wszyscy pytają, kiedy ona pęknie, to wytłumaczcie mi: jak ona może się jeszcze utrzymywać?

Instytucje rozmawiają o bańce, bo nie zdążyły się „zapakować” w akcje po kwietniowym odbiciu na rynku i plują sobie w brodę, iż zostały w tyle. To nie jest moja teoria spiskowa tylko wniosek po spojrzeniu na pozycjonowanie się inwestorów instytucjonalnych na rynku. Od 2024 roku praktycznie na niezmienionym poziomie. Daleki od euforycznego.
Wielki rozjazd banków centralnych w 2026
Skoro mamy to za sobą, to czas przejść, do poważnych tematów. W 2026 roku wchodzimy coraz głębiej w rozjazd pomiędzy polityką różnych banków centralnych. W czasach, kiedy inflacja kolektywnie dotknęła niemal cały świat, banki centralne szły ramię w ramię i wspólnie podwyższały lub obniżały stopy. Dziś ten czas przeminął. Wraca indywidualne podejście, a okres pełnej synchronizacji zostawiamy za sobą.
Amerykański Fed wchodzi w 2026 rok z gospodarką, która wciąż trzyma się mocno, choć pojawiły się pewne sygnały słabości, na przykład w danych o liczbie nowych miejsc pracy (NFP).

Inflacja CPI jest już opanowana. Mimo iż wszystko wciąż utrzymuje się powyżej celu, a Donald Trump i jego administracja robią sporo, żeby gospodarkę jeszcze mocniej rozgrzać. W maju nastąpi zmiana prezesa Fedu na kogoś podobno bardziej „gołębiego”, a to też oznacza, iż Fed będzie dalej ciął stopy, tylko w sposób kontrolowany. Raczej jako zarządzanie ryzykiem, a nie agresywny cykl ratunkowy.

W tym samym czasie EBC jest już po zdecydowanie silniejszym cyklu obniżek stóp procentowych i prognozy mówią raczej o utrzymaniu ich na dotychczasowym poziomie.

Jednocześnie najważniejsza gospodarka Strefy Euro, czyli Niemcy, ma w końcu wyjść z recesji i ruszyć do przodu, co trochę zmniejsza potrzebę dalszego stymulowania koniunktury tanim pieniądzem. Na to nakładają się rekordowe od lat wydatki publiczne w Europie na sektor zbrojeniowy, które też pomogą gospodarce „wstać z kolan”.

Efekt? Mamy pierwszą poważną rozbieżność: EBC prawdopodobnie zostawi stopy w spokoju, podczas gdy Fed będzie kontynuował obniżki. Z tego wyłania się prosty obraz dla walut. Dolar powinien dalej się osłabiać względem euro, choć już nie tak dynamicznie jak w 2025 roku. Po pierwsze, ze względu na to, co dzieje się ze stopami. Po drugie, przez narastające obawy o niezależność Fedu po majowej zmianie przewodniczącego.

Japonia w kontrze — BoJ podwyższa i jen może wrócić do gry
Jeszcze ciekawiej robi się, gdy spojrzymy na Japonię. Tam historia jest odwrotna. Przez wiele lat Japonia utrzymywała ultraluźną politykę monetarną, bo kraj był dręczony deflacją, która przekładała się na niechęć Japończyków do wydawania pieniędzy. W konsekwencji firmy zmagały się z niskim popytem i przewlekłymi problemami. Po pandemii, Japonii w końcu udało się wejść na ścieżkę wyższej inflacji, która od trzech lat utrzymuje się w okolicach 3%.

Japoński bank centralny (BoJ) uznał, iż to idealny moment na „normalizację” polityki po latach ujemnych stóp procentowych. Cykl podwyżek rozpoczął się już w 2024 roku i w 2026 ma być kontynuowany. To oznacza, iż trzy najważniejsze gospodarki rozwinięte idą w całkowicie przeciwnych kierunkach: Fed obniża, EBC stoi w miejscu, a BoJ podwyższa.

To może oznaczać, iż japoński jen, po latach słabości, w końcu zacznie się umacniać. Szczególnie względem dolara.

W praktyce oznacza to, iż w 2026 roku gra nie toczy się o sam poziom stóp, ale o różnice między nimi. To one decydują o sile walut, kosztach zabezpieczania pozycji, atrakcyjności obligacji i o tym, gdzie globalny kapitał szuka najlepszego kompromisu między ryzykiem a dochodem. To także powód, dla którego proste hasło „stopy w dół, akcje w górę” może zawieść. Japonia jest tego najlepszym przykładem. Stopy rosną tam od 2024 roku, a indeks Nikkei od tamtego czasu dał inwestorom świetnie zarobić!

Dla inwestora najważniejsza zmiana polega na tym, iż makro staje się coraz bardziej skomplikowane. Trzeba patrzeć nie tylko na decyzje banków centralnych, ale na tempo, komunikację i reakcję rynku. W świecie rozjechanych polityk pieniężnych wygrywają ci, którzy rozumieją mechanikę przepływów, a nie tylko kierunek strzałki na wykresie stóp.
Koniec gospodarki K-shaped w USA jako test 2026
Ważnym punktem na 2026 będzie też test, czy to koniec gospodarki K-shaped w USA Przez ostatnie lata gospodarka USA wyglądała jak klasyczny przykład modelu K-shaped.

Górna część wykresu radziła sobie świetnie, korzystając ze swojej siły cenowej, mocnych bilansów i inwestycji w AI. Tymczasem dolna część gospodarki, czyli głównie mniejsze firmy, funkcjonowała w trybie przetrwania. Najpierw męczyła ją inflacja, potem wysokie koszty kredytu. W 2026 roku ten układ ma dużą szansę się odwrócić, a przynajmniej wyrównać. To znaczy, iż ta „przyziemna” część gospodarki dołączy do wzrostu, który przestanie być generowany wyłącznie przez ogromne inwestycje w centra danych. Skąd ta zmiana?
Dlaczego „dół” może ruszyć: stopy, kredyt, polityka i ulgi
Pierwszy i najważniejszy czynnik to koszt pieniądza. Spadające stopy procentowe w USA nie są tylko abstrakcyjnym prezentem dla giełdy, ale bardzo konkretnym odciążeniem dla firm i gospodarstw domowych, które przez ostatnie lata funkcjonowały na zmiennym oprocentowaniu. Dla mniejszych spółek oznacza to realny wzrost zysków netto, bo koszty obsługi długu przestaną je po prostu pożerać. To jest moment, w którym wiele biznesów zdejmuje pętlę z szyi i wraca z trybu defensywnego do myślenia o rozwoju. Dlaczego dotyczy to głównie mniejszych podmiotów? Bo to one są zwykle mocniej zadłużone i to właśnie na zmiennym procencie.

Drugim elementem jest łagodniejsza polityka bankowa. Po okresie znaczącego zaostrzenia regulacji i dużej ostrożności kredytowej, sektor finansowy zaczyna powoli „odpuszczać”. Większa dostępność finansowania nie działa na giełdę tak gwałtownie jak stymulant, ale w realnej gospodarce zmienia wszystko. Firmy przestają myśleć wyłącznie o cięciu kosztów, a zaczynają planować inwestycje, zatrudnienie i ekspansję. Ten mechanizm ma szansę poprawić sytuację w segmentach, które rynek długo omijał.
Większa dostępność kredytu to pochodna niższych stóp, ale też zmian regulacyjnych, które administracja Trumpa wprowadziła w 2025 roku, a które wchodzą w życie właśnie teraz. Chodzi o niższe wymogi kapitałowe dla banków, co da im większe pole manewru w udzielaniu kredytów i kupowaniu obligacji skarbowych.

Nie bez znaczenia jest też polityka. Rok 2026 to wybory midterms (środka kadencji), więc administracja ma silną motywację, by poprawić nastroje w realnej gospodarce, a nie tylko na Wall Street. Wzrost wycen spółek AI nie rozwiązuje problemów wyborców z mniejszych miast czy regionów przemysłowych. Dlatego coraz bardziej prawdopodobne stają się działania wspierające szeroki rynek pracy i lokalny biznes: od deregulacji, przez ulgi dla banków, aż po bodźce fiskalne.
Część tych zachęt podatkowych została już zresztą uchwalona w ramach ustawy One Big Beautiful Bill Act. Dzięki niej zarówno firmy, jak i konsumenci mogą w 2026 roku odliczać więcej wydatków od podstawy opodatkowania. To bezpośrednio przekłada się na to, iż w kieszeni przeciętnego Amerykanina i na rachunku firmy zostanie po prostu więcej gotówki.
Całość spina wspólny mianownik: czas. jeżeli tańszy pieniądz, większa dostępność kredytu i polityczna stymulacja spotkają się w jednym punkcie, gospodarka „K-shaped” może zacząć się prostować. Nie oznacza to braku ryzyk, ale sugeruje, iż w 2026 roku wzrost w USA może wreszcie stać się bardziej powszechny, a nie skoncentrowany w wąskiej elicie beneficjentów cyklu AI.
Paradoks 2026: wzrost szerszy, ale czas na stockpicking
W tym miejscu dochodzimy do pewnego paradoksu. Z jednej strony prognozuję, iż rok 2026 będzie czasem, w którym wzrost gospodarczy rozlewa się na szeroki rynek, a z drugiej… twierdzę, iż to moment na stockpicking, a nie na pasywne inwestowanie w szerokie indeksy. Czy nie ma tu sprzeczności? Wcale nie. Wręcz przeciwnie! Żeby to lepiej zrozumieć, trzeba zacząć od początku.
W trakcie ostatnich kilku lat dwa najważniejsze czynniki determinowały fakt, iż indeksy biły na głowę większość spółek indywidualnych:
- Po pierwsze: słabość mniejszych firm z tej „konwencjonalnej” gospodarki, która jest bliżej ludzi.
- Po drugie: konstrukcja indeksów, w których największe spółki Big Tech ważą najwięcej.
Efekt był taki, iż większość spółek radziła sobie słabo, a kilka największych znakomicie. W rezultacie cały indeks szybował w górę. To zjawisko było tak silne, iż w 2024 roku odsetek spółek, które radziły sobie lepiej niż indeks, był najniższy od co najmniej 40 lat!

Natomiast już jakiś czas temu weszliśmy w świat, w którym czas „łatwych pieniędzy” na indeksach się skończył. Jasne, dacie radę zarobić tam około 8% rocznie, ale to już nie będzie 30% i nie będziecie mieć dzięki temu najlepszych wyników wśród swoich znajomych.
Przede wszystkim widać to po samych spółkach Big Tech. Ich wyceny są już wysokie i nie ma tu przestrzeni do tak solidarnego rajdu w kosmos, jak w latach 2023 i 2024. Rynek coraz brutalniej weryfikuje tezy inwestycyjne i karze te spółki, które według niego nie dowożą oczekiwań. Widać to doskonale po wykresie korelacji spółek ze „Wspaniałej Siódemki”. Jest ona najniższa od 5 lat. Spółki przestały rosnąć kolektywnie tylko dlatego, iż są technologiczne, a Fed obniża stopy. Teraz ceny akcji stają się coraz bardziej podatne na specyficzne ryzyka i możliwości konkretnego biznesu. Jedna spółka dowozi wyniki i rośnie. Inna nie dowozi i spada.

Jeśli dołożymy do tego fakt, o którym wspomniałem wcześniej, czyli podnoszenie się mniejszych firm w 2026 roku, to mamy wymarzone otoczenie dla inwestorów aktywnych. Dla tych, którzy selekcjonują spółki, pojawi się mnóstwo ciekawych okazji do rozegrania.
Potwierdzają to również prognozy analityków: wzrost zysków „Wspaniałej Siódemki” ma w 2026 i 2027 roku zwalniać, podczas gdy wzrost zysków pozostałych 493 spółek z indeksu S&P 500 ma wyraźnie przyspieszać.

SaaS po przecenie — AI nie zabije sektora, ale zrobi selekcję
Rok 2025 i początek 2026 przyniosły też na rynku sporą przecenę spółek SaaS. Panikę wokół tego sektora da się streścić jednym zdaniem: najpierw były one wyceniane jak wieczne maszyny do drukowania pieniędzy, a potem pojawiła się narracja, iż AI zje je na śniadanie.

Zwolennicy teorii „AI zastąpi SaaS” mają kilka mocnych argumentów.
1. Tradycyjne programy przypominają dziś skomplikowane kokpity pełne przycisków, zakładek i formularzy. Musimy poświęcać czas, by nauczyć się ich obsługi i wiedzieć, gdzie kliknąć, by osiągnąć cel. Wizja „AI zamiast SaaS” zakłada, iż ten model odchodzi do lamusa. Sztuczna inteligencja pozwala nam po prostu powiedzieć, czego potrzebujemy, zamiast zmuszać nas do przeklikiwania się przez dziesięć ekranów. W takim układzie cała oprawa graficzna i menu, które kiedyś budowały wartość programu, stają się zbędne, a samą funkcjonalność aplikacji o wiele łatwiej skopiować.
2. Przestaniemy być przywiązani do konkretnych marek. Obecnie, chcąc napisać ofertę i sprawdzić stany magazynowe, musimy przeskakiwać między dwiema aplikacjami. W przyszłości jeden inteligentny asystent sam „wyciągnie” dane z różnych miejsc i złoży je w całość, w ogóle nie prosząc nas o logowanie się do poszczególnych serwisów. Dla użytkownika to wygoda, ale dla twórców systemu to koszmar. Stają się jedynie niewidocznymi dostawcami danych, tracąc kontrolę nad tym, jak ich produkt jest używany.
3. Utrzymanie klasycznego programu było tanie, więc abonamenty były czystym zyskiem. Jednak każda operacja wykonana przez AI wymaga potężnej mocy obliczeniowej, co kosztuje realne pieniądze przy każdym zapytaniu. choćby jeżeli firmy SaaS wprowadzą własne AI, nie będą już zatrzymywać większości zarobków dla siebie, bo będą musiały oddać lwią część przychodów gigantom dostarczającym infrastrukturę pod AI.
Jednak SaaS nie zniknie w całości, po prostu przejdzie brutalną selekcję. I to jest sedno 2026 roku. Rozstrzygnie się, które spółki mają realny produkt z wysokimi kosztami zmiany, a które sprzedawały tylko wygodny interfejs do funkcji, które można zautomatyzować chatbotem.
W korporacjach liczy się nie tylko automatyzacja, ale też kontrola danych, bezpieczeństwo i zgodność z regulacjami. choćby genialny agent AI musi działać w środowisku, gdzie ktoś odpowiada za uprawnienia i logi.
W praktyce odporne na AI mogą być trzy grupy:
Software „fizyczny”: Produkty połączone z hardware, sensorami, flotą czy logistyką. Tam nie sprzedajesz kliknięć, tylko efekt w realnym świecie. Trudno to zastąpić chatbotem.
Cyberbezpieczeństwo: Im więcej AI, tym większa powierzchnia ataku. Bezpieczeństwo staje się „podatkiem” od funkcjonowania w internecie, a nie opcją.
Systemy rekordowe (Systems of Record): ERP, księgowość, krytyczne systemy bankowe czy medyczne. AI może tam przyspieszać pracę, ale rzadko dostaje pełną autonomię, bo błąd kosztuje za dużo.
Różnica między wygranymi i przegranymi w 2026 roku będzie brutalnie prosta. Wygrani to ci, którzy mają dane, dystrybucję i kontrolę nad obiegiem pracy. Potrafią dodać AI jako realną wartość i nie boją się przebudować modelu cenowego. Przegrani to ci, którzy będą bronić starej marży, ignorując fakt, iż klient oczekuje automatyzacji, a nie kolejnego „ładnego panelu”.
Obecnie rynek bije kolektywnie we wszystkie spółki SaaS. Jednak w mojej opinii jeszcze w tym roku będziemy świadkami momentu, w którym inwestorzy zaczną wyraźnie odróżniać tych, którzy się dostosowali, od tych, których pora po prostu „spuścić w toalecie”.
Herezja na horyzoncie: chiński Big Tech może przebić USA
Idąc dalej po 2026 roku, to jeżeli w 2026 roku miałby wydarzyć się ruch, który na pierwszy rzut oka brzmi jak herezja, to jest nim teza, iż chiński Big Tech może dać lepszy zwrot niż amerykański Big Tech. Nie dlatego, iż amerykańskie spółki nagle przestaną być świetne, ale dlatego, iż w 2026 roku układ różnych czynników znacząco się zmienił.
Pierwszy argument to AI, ale w chińskim wydaniu. Chiny postawiły na technologiczną samowystarczalność w ramach planu pięcioletniego i notują niesamowite tempo adopcji AI w przemyśle. Co więcej, chiński rynek AI Cloud urósł o rekordowe 122% rok do roku w pierwszej połowie 2025 roku. Jest to efekt gwałtownego popytu na moc obliczeniową po technologicznym przełomie, jakim był DeepSeek. Prognozy mówią, iż to właśnie chiński rynek centrów danych będzie rósł najszybciej na świecie aż do 2030 roku. W skrócie: Chiny robią wszystko, by utrzymać tempo narzucone przez USA i mogą nas jeszcze pozytywnie zaskoczyć. To kluczowe, bo rynek nagradza już nie tylko obietnice, ale realną monetyzację.

Drugi kanał to dolar. W 2025 roku słabszy dolar dołożył istotną cegiełkę do wyników rynków poza USA, szczególnie tam, gdzie wcześniej panował skrajny pesymizm. W połączeniu z bardziej gołębim Fedem tworzy to idealne tło dla rynków wschodzących w 2026 roku. jeżeli dolar nie jest przeciwnikiem, tylko „wiatrem w plecy”, to indeksy poza USA zaczynają w końcu oddychać, a jeżeli nie rozumiecie, dlaczego słabość dolara jest tak bardzo na rękę Chińskim spółką, to odsyłam Was do mojego materiału, w którym dokładnie to tłumaczę.
Trzeci argument jest najmniej romantyczny, ale zwykle decydujący: wyceny. Spółki z USA nie są może drastycznie przewartościowane, ale Big Tech nie ma już takiej przestrzeni do wzrostu na samym „puchnięciu” mnożników. Tymczasem chińskie giganty technologiczne, którym wciąż daleko do szczytów z poprzedniej hossy, mają ogromne pole do tzw. re-ratingu. Spójrzcie na prosty przykład: Alibaba, najbardziej znany chiński Big Tech, wciąż jest wyceniana poniżej średniej sprzed pandemii.

Te wszystkie czynniki: wdrożenia AI, słaby dolar, lepsza wycena i niska baza z ubiegłych lat, sprawiają, iż chiński sektor technologiczny ma szansę osiągnąć w 2026 i 2027 roku szybszy wzrost zysków niż „Wspaniała Siódemka” z USA.

Oczywiście, to nie jest teza “kup Chiny i idź spać”. To jest teza warunkowa: jeżeli AI w Chinach dalej przechodzi z narracji do wdrożeń, dolar nie wraca do roli walca, a zyski rosną zgodnie z oczekiwaniami, to w 2026 chiński Big Tech może mieć lepszą asymetrię niż amerykański, czyli lepszy stosunek zysku do ryzyka. USA przez cały czas ma świetne spółki i nie zamierzam się ze swoimi pozycjami rozstawać, ale w 2026 roku to Chiny wyglądają ciekawiej z perspektywy dużych firm technologicznych.
Jeśli spojrzeć na te pięć wątków razem, to 2026 układa się w dość spójną całość. Rozjazd banków centralnych oznacza, iż nie wystarczy wiedzieć, czy stopy spadają. Trzeba rozumieć, gdzie spadają szybciej i jak to wpływa na przepływy kapitału, waluty i wyceny. Koniec gospodarki K-shaped w USA sugeruje, iż wzrost może wreszcie się poszerzyć i przestać być przywilejem wąskiej grupy spółek. To zmienia punkt ciężkości całego rynku.
Zaawansowana hossa mówi jedno. Indeks przestaje być strategią, a zaczyna być punktem odniesienia. Przewaga przenosi się na selekcję, analizę jakości biznesów i rozumienie cyklu. W SaaS-ach ten proces będzie szczególnie brutalny. AI nie zabije całego sektora, ale bezlitośnie oddzieli produkty powierzchowne od tych, które kontrolują dane, workflow i realną wartość dla klienta. Na końcu dochodzi geografia. Przy wysokich wycenach i koncentracji w USA, chiński Big Tech może w 2026 oferować lepszą asymetrię, dzięki AI, słabszemu dolarowi i niższym wycenom.
Inwestuj z XTB! Podczas rejestracji podaj kod DNARYNKOW i odbierz darmowy kurs inwestowania dla początkujących
Załóż konto na: https://link-pso.xtb.com/pso/aKgIe
Do zarobienia!
Piotr Cymcyk

2 godzin temu






