Po co FIRE lekarzowi, architektowi i innemu dobrze zarabiającemu przedsiębiorcy?

oszczednymilioner.pl 6 dni temu

Takie pytanie postawił Bartek i … sam sobie odpowiedział, ale tylko w aspekcie finansowym – dobrze mieć 25k emerytury, żonę pracującą hobbystycznie. I to tylko połowa prawdy. Ponieważ w rzeczywistości ruch FIRE stanowi część pewnej filozofii, której fundament brzmi tak „Koniec pracy z konieczności i dla pieniędzy”. Możemy sobie dorabiać dla przyjemności (Barista FIRE), ale bezstresowo i niekoniecznie. Zwracam uwagę, iż prekursor – Joe Dominguez, wcale nie zaprzestał jakiejkolwiek aktywności, nie siadł na kanapie, po prostu przestał pracować jako bankier inwestycyjny. Dlatego odpowiedziałem – przedsiębiorcy potrzebne jest FIRE, dokładnie z tych samych powodów, co hydraulikowi i każdemu z nas.

Po pierwsze – żeby odzyskać czas na rzeczy ważne. Zacznijmy od demaskowania istoty wolnego zawodu. Prawnik, lekarz, przedsiębiorca w obiegowej opinii, siedzi sobie w fotelu, przyjmuje klientów od niechcenia, pali cygaro, pije szkocką i ma mnóstwo wolnego czasu, który przeznacza na „podróże małe i duże”. Coś jak kreacja „Prezesa z lasu”. W rzeczywistości, a miałem w rodzinie paru lekarzy, zarabiają grube pieniądze (dzisiaj może faktycznie choćby miliony), ale nie pracują, ale z….ją. Standard 250-300 godzin w miesiącu, co oznacza 10-12 godzin dziennie, choćby w weekend. Owszem, prowadzą dobre, albo bardzo dobre życie, z pensjami 60k netto/rodzinę, ale każda minuta ma dla nich cenę. Opisywałem chyba na blogu rozmowę ze spotkania różnych wolno-zawodowców „my tu wszyscy pracujemy po kilkanaście godzin dziennie”. I zachrzaniają tak od 6 klasy podstawówki. O ile mają szczęście, bo znam takich specjalistów, co pracują po 10 godzin w biurze rachunkowym, biorą do domu i zarabiają 5k (podobnie w kancelariach prawnych na prowincji).

Pomysł, iż kasa może płynąć bez pracy (a przy 60k/rodzinę da się zgromadzić sporą kasę z oszczędności) wydaje się im rewolucyjny. Odzyskają zasób, którego w przeciwieństwie do pieniędzy, brakuje im od 30 lat. Wielu nie potrafi już zwolnić i znam 40-50 letnich znakomitych lekarzy, których odwiedzam na cmentarzu, a tylko jednego żywego ginekologa, mojego rówieśnika z nastoletnią dwójką dzieci, który pracuje 2-3 dni w tygodniu. Co nie znaczy, iż w pozostałe nic nie robi. Jest ojcem, trenerem i kibicem własnego syna-pływaka, dokształca się.

Wróćmy jednak do czasu. Długi urlop przekonał mnie, iż na pewnym etapie, wcale nie trzeba przysłowiowego „Klubu piątej rano”, żeby spokojnie wszystko ogarnąć. To znaczy trzeba – o ile pracujemy etatowo lub prowadzimy firmę do 18-19 codziennie (a mam biuro razem z takimi zawodami i po spotkaniu z klientem o 18, wcale nie zamykam wspólnych drzwi, bo na parkingu stoją jeszcze auta: właściciela szkoły językowej, radcy prawnego, oddłużacza i gościa serwisującego odkurzacze). A namiastkę FIRE mam jak dzisiaj (sobota po tygodniu chorobowego). Podniosło mnie o 3, po 6 godzinach snu. Odpisałem na komentarze, cyzeluję wpis. O 6 będę leżał ponownie w łóżku, wstanę może o 7.30, może po 8. Wypiję kawę z żoną, wezmę prysznic, pójdę spokojnie z psem na spacer i albo pojadę na działkę, albo zatopię się w lekturze. W międzyczasie zadzwonię do siostry, brata, syna, dwóch kumpli, kupię sobie bilety na środę do Warszawy, przez godzinę popracuję. Do tego w rzemieślniczej piekarni (10 minut spaceru) kupię dobry chleb, zjem obiad przygotowany przez żonę, pogadam z najmłodszym, może siądę z nim nad historią.

FIRE jest spełnioną obietnicą, iż sobota zdarza się codziennie. A to znaczy, iż nigdy się nie spieszymy, bo i nie ma po co. Jutro też jest dzień. Dla wolnych zawodów – niewyobrażalne. Oni nie mają czasu dla dzieci („Patointeligencja”), dla żony (stąd tyle rozwodów wśród prawników i lekarzy), dla starzejących się rodziców. Jednocześnie wychowani w innych czasach, chcieliby go mieć.

Po drugie – ponieważ odzyskają wolność. Wolność rozumianą jako – robię to co chcę, a nie to co muszę. Uwalniam się z kieratu. Bo praca po 10 godzin na dobę 6 dni w tygodniu jest kieratem. A znam takich, którzy pracują: szpital, przychodnia, prywatna praktyka, Luxmed – niektórzy przyjmują pacjentów do oporu, co oznacza 1 w nocy, więc ciągle muszą, a jedyne czego nie mogą, to uwolnić się z okowu obowiązku. Muszą być rano na oddziale, bo obchód. Muszą zrobić operację, bo szef naciska. Muszą chociaż na chwilę zejść do przychodni. Muszą pojawić się w gabinecie, przecież pacjenci czekają. Muszą odebrać dzieci z treningu. Muszą zrobić zakupy, bo żona (też zagoniona lekarka) będzie zła. A jeszcze muszą przygotować się na konferencję, bo doktorat. Zamień „pacjentów” na klientów i masz dowolny tzw. wolny zawód. Wolny, bo wolno pracować bez ograniczeń. Nikt o 17 z biura nie wygoni.

I właśnie brakuje im tego „mogę”. Mogę wstać o 10. Mogę nie odebrać telefonu. Mogę pojechać na mecz dziecka. Mogę siąść z nim ZA CHWILĘ i spokojnie porozmawiać. Mogę bez planowania, położyć się z żoną w środku dnia.

FIRE gwarantuje jeszcze inne aspekty wolności. Mogę pojechać na 2 miesięczne wakacje w styczniu. Mogę wyskoczyć do Kazimierza Dolnego akurat w środę, bo ładna pogoda.

Po trzecie – ponieważ prawdziwe życie toczy się poza pracą. Trzeba pewnego doświadczenia, a 45-letni lekarz, architekt, prawnik zwykle je ma, żeby wiedzieć, gdzie jest prawdziwe życie. Dorastanie dzieci, potem wnuków. Odchodzenie poprzednich pokoleń, a dla mnie, już również rówieśników. W tym wszystkim warto uczestniczyć, ale jak to zrobić, skoro 250 godzin jestem przedsiębiorcą? I nagle, o ile dobry los pozwoli nam uniknąć zawału, wielu stanie w świadomości – gdzieś mi te lata uciekły. Często ci pracoholicy dochodzą do konkluzji – zmarnowałem je na rzeczy nieważne. Wiek średni to doskonały moment na obrachunek.

A grupa tych, którzy faktycznie „kochają to co robią, więc nie przepracują ani jednego dnia”? Obserwacja pozwala mi na wnioski, iż jest ich może 20% w populacji. Większość wolałaby siedzieć w słońcu południa z dziećmi niż spędzać czas w biurze czy na sali operacyjnej. Dlaczego? Ponieważ wolny zawód coraz częściej przypomina korpo, a choćby jest wprost wykonywany w korpo. To już nie Doktor Judym z torbą chodzący po biednych domach, ale pracownik sieci medycznej z pomiarem efektywności, KPI, koniecznością „zrobienia wyniku”. Publiczny szpital ma kontrakt i ciśnie na wydajność. We własnej kancelarii, biurze architektonicznym podobnie – albo pracujesz dużo i szybko, albo kilka zarobisz. Tzw. stan przepływu odczuwa się może raz w tygodniu. Mówiąc brutalnie, więcej satysfakcji w życie wielu przedstawicieli wolnych zawodów wniosło kupienie sobie psa niż cała ta poważna praca. A dodatkowo pies nie kumuluje stresu. W końcu Jan Lityński nie zginął przy pracy, tylko właśnie ratując ukochane zwierzę.

Po czwarte – by zrobić coś naprawdę ważnego. Jak napisałem w komentarzu, w FIRE nie chodzi o siedzenie w fotelu. Odzyskując czas, można zrobić coś istotnego. Jak to na emeryturze, tylko wcześniej i z większą energią. Przywoływany n-ty raz Joe Dominguez, Mr Money Mustache stworzyli społeczności ludzi oszczędnych i wielu otworzyli oczy. Ktoś inny napisał książkę, zaczął malować, komponować itd. Nie dla zabicia czasu, ale z głębokiej potrzeby. Ja też mam kilka pomysłów i pewnie uda mi się je zrealizować. Jednym zainspirowałem się do człowieka, który zaprzestał pracy po 30-tce i napisał książkę o życiu bez pieniędzy.

Dla innych ważnym będzie osobiste wsparcie dzieci i wnuków, stworzenie warunków sierotom, praca dla własnego kościoła, każdy ma jakiś pomysł.

Po piąte – ponieważ wcale nie trzeba rezygnować z zawodu, jeżeli się go lubi. Tutaj wracamy do podstaw filozofii FIRE. Nikt nie broni ci leczenia, ale wreszcie możesz robić to bez tabelki w Excelu. Nikt nie wymaga być zamknął kancelarię, ale może wolisz pomagać samotnym matkom a nie zajmować się fuzjami spółek. A architekt? Pewnie ciekawiej projektować eartshipy, zajmować się nowymi technologiami niż klepać po raz setny betonowe domki łanowe. Dlaczego? Ponieważ wreszcie nie trzeba pracować dla pieniędzy, a jedynym kryterium aktywności pozostaje satysfakcja.

Po szóste – dla dobrze planującego lekarza, prawnika, architekta ten scenariusz bogactwa wcale nie pozostaje nierealny. Ktoś ze średnią krajową nie ma statystycznie szans na tak bogate finansowo życie. 30k/m-c z aktywów wymaga:

a) 9 mln przy klasycznym FIRE (4%),

b) 4.5 mln przy wysokiej stopie zysku z inwestycji (8%).

Powiedzmy sobie szczerze, tutaj faktycznie trzeba lekarskiej pensji, albo np. świadomej rezygnacji z rodziny, jeżeli chcemy wypasionej emerytury w okolicach 50-tki. Oszczędzając 15k/m-c zrobimy to w 25 lat aktywności zawodowej. Unikniemy tego, o czym pisał Bartek, czyli „życia za 6k”. Ale o tym jeszcze napiszę.

Idź do oryginalnego materiału