Po co hektary, jeżeli nie wychowasz następcy? Rolnik mówi, gdzie ojcowie popełniają błąd

2 godzin temu

Robert Szymczak, właściciel firmy Nasiona Szymczak, prowadzi gospodarstwo nasienne w Wielkopolsce. W rozmowie nagranej dla Kanału Rolniczego PL mówi o sukcesji nie tylko przez pryzmat ziemi i maszyn. Synowi, który ma w przyszłości przejąć gospodarstwo, powtarza, żeby dobrze się zastanowił, czy naprawdę chce wejść w rolnictwo. Bo areał można powiększyć, sprzęt można wymienić, ale następcy nie da się wychować jedną decyzją.

Syn ma przejąć gospodarstwo. Ojciec mówi: dobrze się zastanów

Robert Szymczak prowadzi gospodarstwo wspólnie z żoną Agnieszką i synami. Sam mówi, iż zarządza nim już z myślą o przyszłości i przygotowuje je pod kątem sukcesji. W jego planach gospodarstwo ma przejąć Nikodem, choć od razu zaznacza, iż życie może jeszcze różnie się ułożyć.

– Nikodemowi, który ma przejąć gospodarstwo, mówię niejednokrotnie: ty się dobrze zastanów, czy ty na pewno w to chcesz iść – mówi Robert Szymczak.

Nie mówi tego z pozycji ojca, który chce syna od rolnictwa odciągnąć. Raczej pokazuje mu, co stoi za gospodarstwem widzianym z zewnątrz.

– Niby fajnie wszystko uszykowane, ale to jest naprawdę ciężki kawałek chleba. Dużo trzeba wiedzieć, dużo ogarniać, z dużą ilością różnych przepisów trzeba się zmierzyć. Do tego mamy fabrykę pod gołym niebem – dodaje.

Szymczak sam mówi, iż od początku wiedział, co chce robić. Chciał gospodarstwa. Synom daje jednak szerszą perspektywę. Nie tylko ziemia, nie tylko sprzęt, nie tylko gotowy dorobek. Także decyzje, odpowiedzialność i ryzyko, które w rolnictwie wracają każdego sezonu.

„Gospodarstwo nie jest najcenniejsze”

W rozmowie o przyszłości Szymczak bardzo gwałtownie przechodzi od gospodarstwa do rodziny.

– Pamiętajcie, gospodarstwo nie jest najcenniejsze, co posiadamy. Najcenniejsze są nasze rodziny, a zwłaszcza nasi następcy – mówi.

Nie umniejsza przy tym ziemi ani pracy w gospodarstwie. Sam prowadzi produkcję nasienną, rozwija gospodarstwo i przygotowuje je na kolejne lata. Chce jednak, żeby rozmowa o sukcesji nie kończyła się na przekazaniu majątku.

– Wychowanie dobrego następcy jest tak samo trudną rzeczą jak uprawa naszego pola, a choćby ważniejsze. Bo pole, choćby jak rok zbombimy, to na przyszły rok poprawimy. A dziecko, żeby zobaczyć efekt, trzeba wychowywać 20 lat – tłumaczy.

Pole można poprawić w kolejnym sezonie. Z dzieckiem nie działa to tak szybko. Tu nie wystarczy jedna rozmowa, jedna decyzja ani jeden podpis.

Dajmy dzieciom popełniać błędy

Szymczak wraca też do własnych pomyłek. Mówi, iż każdy rolnik po drodze coś źle zrobił, czegoś nie dopilnował albo przepuścił jakąś okazję.

– Dajmy sobie prawo do błędów, a jak damy sobie prawo do błędów, to damy prawo do błędów dzieciom. Pamiętajcie, my tworząc to gospodarstwo, popełniliśmy wiele błędów, przepuściliśmy wiele fantastycznych okazji – mówi.

I zaraz dodaje:

– Dajmy naszym dzieciom popełniać błędy i nie róbmy z tego tragedii.

Nie chodzi o udawanie, iż nic się nie stało. Chodzi o to, żeby młody człowiek mógł się uczyć wtedy, gdy ojciec jeszcze jest obok.

Szymczak podaje prosty przykład z pola. Syn może źle wykonać uprawę, pojechać nie tak, jak trzeba, nie rozciągnąć słomy. Ojciec może zrobić awanturę. Może też podejść i wytłumaczyć, co poszło źle.

– Podejdź: synu, źle uprawiłeś, chodź, wytłumaczę ci dlaczego. Jakbyś uprawiał delikatnie po skosie, to tę słomę byś rozciągnął. A ty talerzówką leciałeś wprost – mówi.

Takiej nauki nie da się zastąpić samym poleceniem. Błąd jest na polu, więc tam też trzeba go omówić.

Lepiej błąd za 20 tysięcy niż za 200 tysięcy

Najmocniej Szymczak tłumaczy to wtedy, gdy przechodzi do pieniędzy. W gospodarstwie błąd prawie zawsze kosztuje. Pytanie, kiedy zostanie popełniony.

– Dzieci muszą popełniać błędy. Muszą popełniać błędy, a im wcześniej zaczną popełniać, tym lepiej – mówi.

I dodaje:

– Lepiej niech popełni błąd teraz pod okiem ojca za 20 tysięcy, niż później, jak będzie dorosły, za 200 tysięcy.

Nie mówi tego po to, żeby zachęcać do lekkomyślności. Mówi o uczeniu odpowiedzialności wtedy, gdy pozostało czas, żeby błąd omówić, poprawić i wyciągnąć z niego wnioski.

Szymczak zwraca się też do młodych, żeby nie zakładali złej woli rodziców.

– Wasi rodzice chcą dla was dobrze. Tylko oni też przeszli przez swoje czasy, przez swoje przekonania. Dla nich też świat był w pewnych aspektach zamknięty. Ktoś im podcinał skrzydła. I oni nie chcą, żebyście popełniali błędy – mówi.

Po chwili wraca jednak do rodziców.

– Teraz mówię do rodziców: dzieci muszą popełniać błędy.

Syn z własnym zdaniem to nie problem

W gospodarstwie rodzinnym spór ojca z synem łatwo potraktować jak kłopot. Szymczak widzi w nim coś innego.

– Uważam, iż to jest największa zaleta, iż ojciec ze synem się ściera – mówi.

Według niego syn, który ma swoje zdanie, nie musi być gorszym następcą.

– Dużo ojców narzeka: a, bo syn ma swoje zdanie. Ojcowie, mówię wam: to są najlepsi synowie. Bo oni mają pasję, nadzieję, chcą coś zrobić – mówi.

Szymczak od razu zastrzega, iż nie każde przytakiwanie oznacza obojętność. Ale sam spór traktuje jako sygnał, iż młody człowiek myśli o gospodarstwie po swojemu.

– Jak jest starcie, to znaczy, iż on ma swój plan, swój mózg, myśli – dodaje.

W sukcesji nie chodzi więc tylko o to, żeby młody był obecny w gospodarstwie. Chodzi też o to, czy ma miejsce na własne decyzje.

„Może robić wszystko. Dokładnie tak, jak ojciec chce”

Szymczak przywołuje sytuację, którą zna z rozmów z rolnikami.

– Ojciec mówi: ja synowi przekazałem gospodarstwo i może robić, co chce, jak chce – opowiada.

A potem dodaje, jak czasem wygląda to w praktyce.

– A ja do tego syna przy ojcu mówię: tak, ty możesz w gospodarstwie robić wszystko, jak chcesz, kiedy chcesz, pod jednym warunkiem. Dokładnie tak, jak ojciec chce – mówi Szymczak.

Na papierze gospodarstwo może być przekazane. W codziennej pracy decyzje przez cały czas mogą jednak należeć do starszego pokolenia. Wtedy młody człowiek formalnie jest następcą, ale w praktyce dalej wykonuje cudzy plan.

Po co hektary, jeżeli nie ma komu ich przekazać?

Szymczak wraca do hektarów pod koniec rozmowy. Nie mówi, iż areał nie ma znaczenia. Sam prowadzi gospodarstwo rozwijane przez lata. Pyta jednak, co daje powiększanie gospodarstwa, jeżeli po drodze zaniedba się następcę.

– Bardzo się skupiamy, żeby mieć więcej hektarów, lepsze pola, lepsze opryski. No ale co ci to da, o ile tak mocno skupisz się nad polem, nad glebami, iż zaniedbasz wychowanie następcy albo następczyni? – mówi.

I dopowiada:

– Co z tego, iż dzięki temu osiągnąłeś większy areał, ale nie masz komu tego przekazać? Albo dla tej osoby będzie się to źle kojarzyło.

Porównuje to z tym, jak rolnik potrafi zabiegać o ziemię albo rozwiązywać problem w polu.

– Idziesz kupować hektary albo dzierżawę, to dziesięć razy do gościa pójdziesz. A koło ziemi albo maszyna, jak pole nie chce rodzić, to co chwilę dochodzisz: a może taki oprysk, a może taki nawóz, a może tamta odmiana – mówi.

Przy dziecku też trzeba wracać. Zapytać. Pobawić się, choćby jeżeli młody człowiek najpierw odmawia. Pobyć obok, zamiast od razu odpuścić.

– Może byłoby warto zamiast tych hektarów więcej poświęcić się dziecku – mówi Szymczak.

W jego podejściu sukcesja zaczyna się dużo wcześniej niż przy formalnym przekazaniu gospodarstwa. Zaczyna się od rozmowy, od prawa do błędu, od własnego zdania i od decyzji, które młody człowiek może podejmować jeszcze pod okiem ojca.

Hektary można kupić, wydzierżawić albo stracić. Maszynę można wymienić. Plon można poprawić w kolejnym sezonie. Następcy nie da się wychować jedną decyzją.

Idź do oryginalnego materiału