Pożar obory w Perlejewie. 30 lat hodowli zniszczone w kilkanaście minut

5 godzin temu
Zdjęcie: Pożar obory w Perlejewie. 30 lat hodowli zniszczone w kilkanaście minut


Wystarczyło kilkanaście minut, by ogień odebrał panu Krzysztofowi Moczulskiemu z Perlejewa (woj. podlaskie) dorobek ponad 30 lat pracy. W niedzielę, 22 marca, spłonęła obora, a wraz z nią znaczna część starannie budowanego stada bydła mlecznego. To, czego nie zniszczył pożar, dopełniły obrażenia zwierząt. W tej tragedii pojawiło się jednak coś, co daje nadzieję – natychmiastowa i bezinteresowna pomoc ludzi.

Przy użyciu ciągnika wyważył drzwi i zaczął wypuszczać krowy z płonącego budynku

– Byliśmy wtedy z dziećmi poza domem. Dostałem informację w połowie drogi, iż trzeba wracać, bo obora się zapaliła – relacjonuje Krzysztof Moczulski.

Na miejscu jako pierwszy działał syn gospodarza. Przy użyciu ciągnika wyważył drzwi i zaczął wypuszczać krowy z płonącego budynku. W akcję ratunkową natychmiast włączyli się mieszkańcy – wielu z nich przybiegło prosto z kościoła.

Najważniejsze było jak najszybciej wypuścić bydło, a potem je opanować i ocenić, które sztuki nadają się do leczenia, a które trzeba skierować na ubój – mówi rolnik.

W oborze znajdowało się około 260 sztuk bydła. Choć bezpośrednio w pożarze padło 17 krów, to większość zwierząt doznała obrażeń. Ostatecznie około 70% stada trzeba było skierować do uboju. W gospodarstwie pozostało około 100 sztuk, które wymagają dalszego leczenia i opieki.

To było 30 lat pracy. Zaczynaliśmy od siedmiu krów i stopniowo budowaliśmy stado. W kilkanaście minut wszystko się zmieniło – podkreśla pan Moczulski.

Po opanowaniu pożaru rozpoczęła się walka o utrzymanie przy życiu ocalałych zwierząt. Problemem był brak możliwości doju.

Każdy, kto miał krowy, wydoił je u siebie. Potem ludzie przyjechali do nas z konwiami. Udało się uruchomić prowizoryczny system doju i do późnej nocy wspólnie pracowaliśmy – wspomina rolnik.

Pomoc przyszła z wielu stron – od rodziny, sąsiadów, znajomych oraz osób zupełnie obcych.

Człowiek w takiej sytuacji widzi, iż nie jest sam. To wsparcie – czy to fizyczne, czy duchowe – naprawdę daje siłę, żeby iść dalej – dodaje.

Od pierwszych chwil po tragedii w pomoc zaangażowali się sąsiedzi.

Stała się rzecz straszna, dlatego pomagamy od początku i będziemy pomagać, aż gospodarstwo stanie na nogi – mówi pan Paweł Leszczyński.

Każdy może znaleźć się w takiej sytuacji. Trzeba sobie pomagać – podkreśla pan Rafał Twarowski.

Obecnie w gospodarstwie realizowane są intensywne prace porządkowe i pierwsze działania związane z odbudową.

Sprzątamy, zabezpieczamy to, co zostało i zamawiamy materiały. Trzeba stworzyć warunki dla tych krów, które zostały – mówi gospodarz.

Trwa również ustalanie przyczyn pożaru.

Mimo ogromnych strat pojawiają się też pierwsze sygnały nadziei.

Jedna z uratowanych krów się ocieliła. Mamy cielaczka. To dla nas symbol, iż trzeba iść dalej – zauważa rolnik.

Uruchomiona została także zbiórka na odbudowę gospodarstwa, która spotkała się z dużym odzewem.

– Każda złotówka ma znaczenie. To daje poczucie, iż jest jakaś szansa, żeby się odbudować – podkreśla Moczulski.

Przed gospodarzem długa i trudna droga. Jednak – jak sam mówi – dzięki ludziom, którzy ruszyli z pomocą, wie, iż nie jest w tej walce sam.

LINK DO ZRZUTKI: https://zrzutka.pl/ey4cr7?

Idź do oryginalnego materiału