Czarnych dni w historii ludzkości było wiele, ale kredytobiorcy, którzy dali się nabrać na najbardziej „korzystny” kredyt denominowany do franka szwajcarskiego, z pewnością za najbardziej czarny dzień uznają 15 stycznia 2015 roku. W tym dniu Szwajcarski Bank Narodowy zrezygnował z utrzymywania minimalnego kursu wymiany franka do euro na poziomie 1,20 i kurs franka w Polsce poszybował z 3,5 zł do 5 zł. Ta niewielka jednostkowa różnica, w końcu to raptem 1,5 zł, w dramatyczny sposób przełożyła się na wysokość rat kredytu, co doprowadziło do wielu bankructw i jeszcze większych nieszczęść.
10 lat temu choćby najwięksi optymiści nie przypuszczali, iż pod „czarnym czwartku” nastąpi wielki cud, jaki dotąd się w bankowości i wymiarze sprawiedliwości nie zdarzył. Nie tylko polskie sądy, ale TSUE wydały całą serię orzeczeń stwierdzających, iż popularne kredyty frankowe zawierały tak zwane klauzule abuzywne, czyli po porostu niedozwolone zapisy łamiące prawo konsumenckie. Do cudu nigdy by nie doszło, gdyby sędziowie nie występowali we własnej sprawie! Nie istniał w Polsce sąd, w którym przynajmniej jeden sędzia nie posiadł kredytu frankowego albo takim kredytem był obciążony ktoś z rodziny sędziego. Biorąc pod uwagę tę okoliczność cud przestaje być cudem i zamienia się w interes własny składów orzekających. Niezależnie od tego masowe uznawanie kredytów denominowanych za nieważne, to dziejowa sprawiedliwość i poważna kara dla banków, które zamieniły się w kasyna, ale nic dwa razy się nie zdarza.
Całą tę historię, opisaną w dużym skrócie, zna zdecydowana większość Polaków, choćby jeżeli mieli szczęście i nie wpadli we frankową pułapkę. Z pewnością są w tym gronie politycy wszystkich opcji, bo był to swego czasu temat numer jeden w debacie publicznej. Jak to zatem możliwe, iż po takich doświadczeniach rząd Donalda Tuska forsuje ustawę „frankową”, w ramach SAFE, w której zapisany jest dług Polski o wysokości 43 miliardów euro, a będziemy go spłacać przez 40 lat. Teoretycznie nie jest to kredyt denominowany, jednak raty będą spłacane w euro, co z kolei oznacza, iż polskie rządy przez 40 lat będą musiały po kursie dnia zakupić odpowiednią ilość europejskiej waluty i przelać na brukselskie konta. Nie ma takiej możliwości, aby w tak długim okresie nie doszło do wielu wahań kursu euro, jak również nie da się wykluczyć „czarnych czwartków”.
Tymczasem rządzący i całe grono ekspertów zatrudnionych lub powiązanych z rządem, kolejny raz zapewniają Polaków, iż to interes życia. Generalny argument, jakim się posługują, to najtańszy kredyt dostępny na rynku! Dokładnie w taki sposób był reklamowany kredyt frankowy i wówczas „eksperci” również zapewniali, iż kredytobiorcy lepszego rozwiązania nie znajdą. Różnica polega na tym, iż bankierzy wciskali kredyty frankowe znacznie subtelniej, a Unia Europejska, czyli de facto Niemcy, robią to wręcz topornie, wysyłając ambasadora Niemiec Miguela Bergera do polskiego Sejmu, aby przypilnował ustawy dającej Niemcom miliardowe zamówienia na sprzęt wojskowy. Program SAFE jest krytykowany przez wszystkie prawicowe partie opozycyjne, ale tylko Krzysztof Bosak z Konfederacji zwrócił uwagę, iż nikt nie mówi o ryzyku związanym z kursem euro i to nie jest jedyne zagrożenie.
Umowa kredytowa jest tak skonstruowana, iż Unia Europejska w każdej chwili będzie mogła wstrzymać wypłatę środków na dowolną inwestycję, łącznie z tymi, które już zostały rozpoczęte. Unia Europejska w programie SAFE zastosowała dokładnie ten sam mechanizm, jaki stosowała w KPO i jest nim polityczna ocena praworządności w każdym kraju członkowskim, no prawie w każdym, bo nigdy dotąd się nie zdarzyło, aby Niemcom nie wypłacono środków z tego powodu. Jak świat światem, polityk i bankier nigdy i nikomu nie dał niczego za darmo ani też nie zaoferował na uczciwych warunkach. SAFE to polityczna oferta bankierów i tym razem nie ma co liczyć na cud, bo kredyt wciśnięto tylko wybranym naiwnym albo usłużnym, dlatego żaden sąd tego przekrętu nie unieważni.
Nie wierzymy nikomu, nie wierzymy w nic! Patrzymy na fakty i wyciągamy wnioski!

8 godzin temu



