W październiku ubiegłego roku wyborcza.pl zaprezentowała wywiad z „influencerem finansowym”, którego głęboka myśl sprowadzała się do konkluzji „W Warszawie 8 tys. zł to minimum egzystencjalne”. Inny mówił „Na 3-osobową rodzinę potrzeba 14k”, po czym wymieniał 4,5 tys. zł na wynajem mieszkania i 2,5 tys. zł raty leasingowej.
Jeśli wiecie co nieco o obliczeniach statystyczno-ekonomicznych minimum egzystencji oznacza granicę biologicznego przetrwania, czyli zaspokojenie potrzeb cielesnych: dach nad głową, jedzenie. Kiedy jednak wejdziemy w szczegóły, widzimy następujące pozycje:
- 3 tys. zł najem mieszkania lub spłata kredytu („tanie mieszkanie”),
- 2-2,5 tys. zł życie,
- 1,5 tys. zł dzieci, paliwo, zdrowie.
No cóż, przy podejściu, iż najem lub spłata mieszkania to pozycje obowiązkowe w domowym budżecie, nie mam więcej pytań. Pozostałe punkty mega uproszczonego budżetu przyjmuję (aczkolwiek ponownie – nie ma przymusu posiadania samochodu, ani korzystania z odpłatnej opieki lekarskiej).
Kiedy ma się taką typową ścieżkę wydatkową korposzczura (tzn. kredyt, samochód, pakiety medyczne), trudno myśleć o rzuceniu pracy. O to, rzecz prosta, chodzi korpodzierżcom. Zaspokojenie podstawowych potrzeb ma być tak drogie, aby zmusić do ciężkiej pracy dla korpopana. A gdyby pomyśleć inaczej?
Krok pierwszy – opuszczamy Warszawę i to raczej nie dla Zakopanego, Sopotu, Krakowa czy Wrocławia. Wybieramy np. Łuków, Radomsko, czyli miasta wystarczająco duże, aby posiadały infrastrukturę (szkoły średnie, szpital, zakłady pracy), a jednocześnie tak kompaktowe, żeby czuć się prawie jak na wsi. W takich miejscach 3-pokojowe, wcale „niebiedne” mieszkanie kupimy za 250-300 tys. zł. Patrząc na 35-latków ze stolicy, pozbędziemy się w ten sposób kredytu. Zostaną nam stałe opłaty. Tym prostym sposobem zejdziemy z wydatkami do 5 tys. zł (mieszkanie trzeba utrzymać) na rodzinę 2+2.
I wtedy powoli możemy zacząć myśleć o rzuceniu etatu i utrzymywaniu się…. no właśnie z czego?
Pomysł 1. Świadczenia społeczne + drobne prace dorywcze. Zacznijmy od świadczeń: 1900 zł (świadczenia rodzinne + 800+), dodatek mieszkaniowy, energetyczny 600 zł, i już mamy połowę potrzebnej sumy. Musimy zarobić dorywczo 2500 zł, co oznacza przepracowanie przez oboje rodziców po 40 godzin miesięcznie (ok. 10 godzin tygodniowo) za wynagrodzeniem minimalnym.
Pomysł 2. Świadczenia społeczne + praca sezonowa. jeżeli nie etat, to praca sezonowa: zbieranie owoców/warzyw, gastronomia, a choćby odśnieżanie. I tutaj ponownie, przy założeniu świadczeń, musimy zarobić dorywczo 30.000 zł. A to wymaga zarobienia 7500 zł x 4 miesiące.
Pomysł 3. Freelance. Drobne umowy zlecenia na zadania z naszego zawodu lub hobby. 1600 zł (800+ na dwójkę) wzbogacamy o 3400 zł czyli każda z dwóch osób musi dorobić 1700 zł. W moim przypadku – dwa, trzy dni pracy/m-c. choćby przy minimalnej stawce godzinowej równoważnik ok. pół etatu.
Pomysł 4. Gruba kombinacja. Coś a’ la żona działacza PiS: zatrudniamy się, popracujemy chwilę, idziemy na L4, wracamy, znowu zaczynamy chorować, zwalniają nas, dostajemy zasiłek dla bezrobotnych, i tak w koło. Naprawdę chorzy może dostaną choćby rentę. jeżeli nie, chodzimy po MOPSach, organizacjach charytatywnych, wypraszamy sobie jedzenie. Szczerze? Jestem leniem, ale wolałbym wybrać freelance. Niemniej jednak są ludzie, którym takie życie odpowiada.
Pomysł 5. Rentierstwo. Żeby zarobić rentierstwem 2500 zł (bo 2500 zł dostaniemy ze świadczeń, o których opowiada pomysł 1), potrzebujemy ok. 750 tys. zł oszczędności (przy zachowaniu zasady 4%). o ile umiemy zarobić więcej – jeszcze lepiej.









