Skrajny frugalista próbuje zmienić współczesne stereotypy udanego życia.

oszczednymilioner.pl 1 tydzień temu

Wyobraźmy sobie scenariusz typowego życia biuralisty. Praca 9-17 (albo 7-15), dzieci, rodzina, kredyt, wolny weekend, wakacje raz w roku, mieszkanie w wielkim mieście. Taki styl życia kosztuje. Może z kredytem, jak wspomnieli tiktokerzy 12k/3-os. rodzinę (hipoteka na 3-pokojowe mieszkanie w Warszawie minimum 4k). Generalnie na oszczędności nie ma miejsca, albo wynoszą one ledwie kilka procent (średnia USA – ok. 3%, podczas gdy w Chinach 30%). Słaba perspektywa.

Na blogu przekonuję, iż można inaczej. Ba, taki model „korpo+kredyt+wielkie miasto” wcale nie jest jedynym. Ani choćby adekwatnym. Na drugim biegunie – życie skrajnego frugalisty, bezlitośnie ścinającego wszystkie niekonieczne wydatki. Nie dla oszczędności, ale dla wolności. Właśnie dlatego przeanalizowałem dwie książki – jedną klasyczną (Walden), drugą współczesną (Offline) pod kątem poziomu wydatków.

Życie na poziomie Offline. Opiera się na niewielkim gospodarstwie położonym na irlandzkiej prowincji. Całość jedzenia jest: produkowana, zbierana, zabijana. Dokupuje się wyłącznie najpotrzebniejsze rzeczy – na poziomie ok. 300 zł/2 osoby. Do tego dochodzą wydatki na drobne rozrywki (drugie tyle), na piwo w pubie, wycieczkę, zakupy wędkarskie. Autor kupuje też ubrania (50 zł/m-c) oraz utrzymuje dom (woda ze źródła, brak prądu, gazu, telefonu, w polskich warunkach płaciłby tylko drobny podatek, oraz za śmieci – 100 zł), grzejąc go znalezionym w lesie drewnem i torfem. Nie ma samochodu, podróżuje stopem, żyje z dziewczyną za równowartość ok. 750 zł/m-c, utrzymując się z okazjonalnego pisania (za poprzednią książkę kupił swoje miejsce).

Oczywiście, cała książka opowiada o życiu „jak kiedyś”, które pomijając perypetie sercowe, wydaje się proste, szczęśliwe, odarte z całej niepotrzebnej otoczki współczesności. Pokazuje – da się tak żyć, z jednym zastrzeżeniem – dzieci. I tu robi się problem, zarówno w Irlandii, jak i w Polsce. Autor „Offline” świadomie pozostaje bezdzietny, z tego powodu traci wielką miłość, ale zdania nie zmienia. A dzieci właśnie zmieniają wszystko. Nikt dzisiaj nie pozwoli żyć z dziećmi w takich warunkach. Musi być prąd, komputer (e-dziennik), miejsce do nauki, bieżąca woda. Na obiad nie można podawać zabitego przez auto jelenia. I automatycznie sprawy komplikują się. Wydatki rosną 4-krotnie (jedno dziecko – 3k), częściowo rekompensowane przez świadczenia. Ten sam problem dotyka i polskich naśladowców Thoreau – np. Marcina z Kalpapady – on też żyje na odludziu, ale bez dzieci. Gdy one się pojawią, wkroczy państwo ze swoją wizją idealnego świata.

Trzeba jednak pamiętać, iż wiele się zmieniło, a Polska to nie Irlandia. Różnice dotyczą zwłaszcza opału. U nas nie można tak sobie pójść do lasu, wyciąć torfu, ani zbierać drzew. choćby za gałęziówkę trzeba (choćby symbolicznie) zapłacić. Nie wszyscy żyją na terenie z bliskimi obszarami wycinki. „Moja” wieś posiada zaletę w postaci wysokich klas ziemi, ale wadę – wycięto prawie wszystkie lasy. Do tego w pobliżu jest park krajobrazowy. Po drewno musiałbym jechać ok. 35 km, choćby jego koszt (gałęziówka 50 zł/m3) nie kasuje dojazdu (potrzebne auto półciężarowe -wynajem 300 zł/dniówka, mieści ok. 10 m3 ułożonego drewna, więc z paliwem do piły i auta – 10m3 wyjdzie mi za ok. 90 zł/m3). Niektórzy vlogerzy pokazywali produkcję – kilkaset kg ze 100 m2 (a choćby 3 tony przy szklarni) , więc nie bylibyśmy skazani na fasolę i ziemniaki. Do tego kilka kur i koza, wtedy 1000m2 wystarczy na rodzinę 2+1.

Życie na poziomie Walden. Jeszcze bardziej spartańsko żył Thoreau. Sam postawił swój dom, kupując drewno i różne materiały z odzysku. Przeliczając na dzisiejsze wydatki 20k. Wodę miał na miejscu (staw Walden), drewno zbierał w lesie, podatki płacił pewnie symboliczne. Żył bez prądu, gazu i telefonu. Znowu wg dzisiejszego przelicznika – 50 zł.

Jedzenie? Jego wyliczenia mówią o spożyciu 12 buszli fasoli i 18 buszli ziemniaków. Ogólnie, przeliczając miary ok. 320 kg fasoli i 480 kg ziemniaków. Większość produkował, ale choćby kupując – 330 zł miesięcznie. Do tego trochę zboża i groszku oraz to co da się znaleźć/upolować/złowić.

Thoreau nie podróżował, sporo czytał (książki miał z poprzednich lat), sądzę, iż w 380 zł miesięcznie można się zmieścić choćby kupując różne inne przedmioty, albo zamieniając jedzenie na opał.

Teraz najważniejsze pytanie – czy taki skrajny frugalizm może zmienić świat? W mojej opinii – jak najbardziej, chociaż w niewielkiej skali. Powiedziałbym – świat wokół nas. Idee „życia w lesie” albo „bez technologii” rezonują dość silnie. Idzie z nimi w parze rozwarstwienie cen. W wyludniających się wsiach, widziałem oferty domów (wymagających sporo pracy) z kawałkiem ziemi za 90k. Dosłownie 1/4 kawalerki w sporym mieście. Tak da się przeżyć za grosze. Nie miejmy jednak wątpliwości, życie w drewnianym domu, gdzieś na dalekiej prowincji nie jest dla wszystkich, a zakres wpływu każdego, kto wybierze tę drogę ograniczony. Niewielu skrajnych frugalistów przedrze się do ogólnej świadomości, a jeszcze mniej do mainstreamu. I tutaj nic nie zmienia się od 200 lat. Thoreau uważany był za nieszkodliwego wariata, gdy żył sobie w lesie, w czasach powszechnej pogoni za pieniądzem. Podobnie Boyle – obserwowano go w lewicowym Guardianie, ale choćby tam „jak zamorskie zwierze”, raczej z ciekawością niż chęcią powtórzenia drogi.

Idź do oryginalnego materiału