W zeszłym roku, wymieniliśmy z Bartkiem kilka komentarzy dotyczących sytuacji klasy średniej. Dzisiaj czas na powrót do tamtych rozważań.
Zaczynamy od mitów, kłamstw o świecie, w które wierzy klasa średnia. Są nimi: państwo opiekuńcze, lojalność pracodawców, ciężka praca się opłaca. Przeanalizujmy je po kolei.
Kłamstwo państwa opiekuńczego bazuje na dwóch filarach: składkach (zdrowotnej, emerytalnej, rentowej) – stanowiących ekwiwalent możliwych do uzyskania świadczeń oraz przekonania, iż państwo pomaga swoim obywatelom w trudnych sytuacjach. Nad „pewną i zależną od składek emeryturą” znęcałem się wiele razy. Odsyłam do tych wpisów. Ale na tym się nie kończy. Każdy z nas płaci składkę rentową. Pomimo tego – pomijając przypadki skrajne (brak możliwości chodzenia, albo choćby kuśtykania) – nie masz szans na rentę. Nie dostaniesz jej po nowotworze, z uciętą nogą, amputowaną ręką, bez jednego płuca lub nerki, z ciężką astmą, nadciśnieniem 200/120, dwubiegunową, ze stentami, by-passami itd. W zasadzie nigdy, o ile nie jesteś osobą przykutą do łóżka. A w najlepszym razie dostaniesz po 10 -letniej walce w sądzie, gdy już prawie umrzesz z głodu (w końcu ile osób jest w stanie wyżyć bez pensji przez dekadę). Pieniądze płacone na rentę to dla 99,9% sumy wyrzucone w błoto. Teraz kłamstwo „leczenie za składkę zdrowotną”. Dla pracujących w stanie nienagłym – prawie niemożliwe. O ile nie masz czasu w wysiadywanie w poczekalni, pędzenie we właściwym momencie (1 dzień w roku), żeby zapisać się na zabieg za 8 miesięcy – nie dostaniesz nic, chyba iż karetka przywiezie Cię na SOR. Krótko mówiąc- płacisz lub umierasz. Im więcej pracujesz, tym mniejsze masz szanse na darmową służbę zdrowia, bo ta jest dla bezrobotnych, MOPS-iarzy i emerytów. Płacąc przez wiele lat trzykrotną składkę zdrowotną, trzy swoje choroby przewlekłe leczyłem prywatnie, wydając grubą kasę, bo system proponował mi wizytę za pół roku, a rezonans za kwartał, w sytuacji gdy leżałem złamany atakiem rwy kulszowej. Mogłem iść na L4, wyleżeć, ale nie o to chyba chodzi w leczeniu. I tu dochodzimy do sedna – jedyna składka, z której skorzystasz to chorobowe. Klasa niższa na zwolnieniu maluje mieszkania, dorabia, a klasa średnia pomstuje na wyłudzaczy. Stąd warto zmienić paradygmat i przestać płacić wszystkie. Albo drastycznie je obniżać.
A państwo Ci pomoże? Nie żartuj. Coraz więcej systemów (edukacja, sądownictwo, opieka zdrowotna) leży i dogorywa. Jest na tak niskim poziomie, iż na granicy przydatności. Klasa średnia za każdy z nich płaci, czeka (głównie sądy i leczenie) i nigdy się nie doczeka. Jaki sens ma procesowanie się z nieuczciwym łobuzem, którego wyrzucenie z Twojego mieszkania trwa 5 lat? Owszem państwo weźmie Twoje podatki, a choćby opłatę od pozwu, ale niepłacący lokator przez cały czas może mieszkać, dewastować, a Ty zapewniaj mu za darmo prąd, wodę, odbiór ścieków i śmieci przez 60 miesięcy. Chcesz żeby dziecko nauczyło się języka obcego? To płać za korepetycje. Żeby dostało się na medycynę? Podobnie.
Kłamstwo lojalności pracodawców. Wiele firm (ale i szefów tzw. budżetówki) publicznie deklaruje „pracownicy to nasz najcenniejszy zasób”, „nasza firma jest jak rodzina” albo „oferujemy atrakcyjne wynagrodzenie i przejrzysty system premiowania”, a potem okazuje się, iż całe oddziały przenoszone są do Rumunii albo Azji, a setki pracowników (także w IT) wyrzucane na bruk za wypłatą 6 miesięcznej odprawy. I radź sobie sam. Poza tym, zjawisko mobbingu, nękania, pokazuje, czego nie powiedziano, iż wprawdzie firma jest jak rodzina, ale patologiczna. Do Polski, przedarło się także zjawisko gigantycznych kominów płacowych. I tak CEO może zarabiać 5 mln zł/rok, a trzymać grupę pracowników na pensji minimalnej. Lekarz dostaje 2,5 mln/rok, a w tym samym czasie szpital salowe wypchnął na śmieciówki do prywatnego podmiotu, a kucharki zwolnił, bo „trzeba optymalizować koszty” i taniej wychodzi catering, który widzimy później w internecie. Sam obserwowałem zwolnienie pracownicy z 40-letnim stażem i zaawansowanym nowotworem, zastąpienie pracownika firmą, czy zwolnienie jednej osoby i nieformalne (za pomocą polecenia pracodawcy) rozdzielenie jej zadań na 3 pozostałe, bez żadnej, choćby symbolicznej podwyżki, a po pół roku atakowanie ich, iż nie zrobiły czegoś na czas. W tym samym okresie firma zatrudniła 3 dodatkowych menedżerów, którzy smętnie snują się po korytarzach.
Ten medal ma też drugą stronę, o czym pracodawcy wydają się zapominać. Otóż, tak jak ruch socjalistyczny nie wziął się z próżni, tak „agresywna optymalizacja kosztowa” ma swoją cenę. Jak podała kiedyś firma Conperio, średnia zwolnień lekarskich wynosi w firmach z nią współpracujących prawie 27 dni/rok. Co to oznacza? Prawie 1 miesiąc spędzony „na wolnym”, a o ile powiemy o zwolnieniach krótkich (bez weekendów), spinających święta – choćby półtora miesiąca. Akcja rodzi reakcję. Nielojalny pracodawca ma nielojalnych pracowników i często jeszcze bezsensownie dziwi się, publicznie na nich narzekając. Inni (zwłaszcza w zawodach najgorzej wynagradzanych, albo zatrudnieni na czarno) z dnia na dzień porzucają pracę. A w biurach na porządku dziennym jest drastyczne obijanie się. Pracodawca zwalnia kobiety zaraz po wychowawczym, więc dziewczyny idą na 100% płatne ciążowe od 1-go tygodnia od dwóch kresek na teście. Efekt? Całkowity zanik stosunków, znanych z amerykańskich filmów z lat 50-tych – my Wam dajemy stałą pracę i pensję (co dla pokolenia po Wielkim Kryzysie) miało ogromną wartość, Wy szczycicie się, iż przez 40 lat nie wzięliście ani dnia chorobowego. Sam znałem jeszcze takich pracowników – ostatni odszedł na emeryturę 5 lat temu (a wcześniej system rentowy walczył z nim 6 lat, po wypadku). Następców nie widać – stąd standard 30 dni. I biorąc pod uwagę działania pracodawców, oceniam takie zachowania jako logiczną konsekwencję decyzji firm o zaprzestaniu polityki lojalności. Co więcej, znam przedsiębiorców, którzy na czas luzu posezonowego biorą miesiąc L4, robiąc sobie dodatkowe „wakacje składkowe”.
Kłamstwo opłacalności ciężkiej pracy. Od lat powtarzam na blogu – pracuj mądrze, a nie ciężko. Skoro mogę zarobić sumę x, pracując na swoim 60 godzin miesięcznie, po co mi zatrudnienie na 170? Skoro jako „niepracująca szlachta” kobieta z 4-ką dzieci dostanie 7000 zł z MOPS i emeryturę 1700 zł, po co ma chodzić do pracy za najniższą krajową (3700 zł) i emeryturę 1700 zł? Skoro jak przepychacz kanalizacji mogę zarobić miesięcznie 8000 zł miesięcznie w 7 dni, po co mi chodzić do biura na 15? Skoro kolega z sąsiedniego pokoju leń i obibok (20 dokumentów miesięcznie), zarabia tyle samo co pracowita koleżanka (200 dokumentów), tylko dlatego iż jest kumplem szefa, jaki sens ma ciężka praca? Po co poświęcać na studia podyplomowe 20 k zł i 2 lata, skoro dostanie się za nie „hojne 100 zł podwyżki”? Takie pytania można mnożyć. Generalnie, ciężka praca ma sens, tylko wtedy, gdy gwarantuje wyższe wynagrodzenie – nigdy dla samej idei.
Dodać należy, iż zarówno całkowite lenistwo jak i harówka zużywają nas. Pisałem o tym już kiedyś. O czym codziennie się przekonujemy, opłaca się być 39-letnią emerytką z 15-letnim stażem pracy i 4000 zł świadczenia, a nie pracującym na taśmie do 67 r.ż mężczyzną, któremu system za 20 lat zaproponuje emeryturę minimalną (1700 zł). Lepiej prowadzić „1 ha gospodarstwo” i płacić 250 zł składki KRUS, a dorabiać dorywczo na czarno przez 10 dni w miesiącu niż łupać w przetwórni owoców od rana do wieczora. System da takie same „starcze renty”, a i zarobimy podobnie za połowę mniej starań.
Dlatego biada temu, kto z klasy średniej uwierzył w trzy kłamstwa opisane w dzisiejszym poście. Klasa niższa już to zrozumiała.









