Nie w Brukseli, ale w New Delhi bije dziś handlowe serce jednej z największych globalnych rozgrywek. Umowa handlowa UE–Indie, nad którą negocjatorzy pracowali niemal dwie dekady, wreszcie nabiera realnych kształtów. Skala porozumienia robi wrażenie: ponad 2 miliardy konsumentów i niemal 25% światowego PKB. Pytanie brzmi jednak nie „czy”, ale kto na tym zyska najwięcej – i czy Polska znajdzie się w gronie beneficjentów.
UE i Indie przyspieszają z „matką wszystkich umów”. Co to naprawdę oznacza dla Polski? Fot. https://x.com/vonderleyenDlaczego UE tak bardzo spieszy się z Indiami?
Po fiasku rozmów w 2013 roku Bruksela zmieniła strategię. Tym razem postawiono na podział umowy na trzy filary, z których najważniejszy – handlowy (FTA) – może wejść w życie szybciej, bez ratyfikacji przez wszystkie parlamenty narodowe. Wystarczy zgoda Rady UE i Parlamentu Europejskiego.
Ten manewr proceduralny ma jeden cel: uniknąć politycznego paraliżu, jaki pogrążył wcześniejsze negocjacje. Krytycy wskazują jednak, iż takie „przyspieszenie” ogranicza realny wpływ państw członkowskich, w tym Polski, na ostateczny kształt zapisów.
Polska–Indie: deficyt dziś, szansa jutro
Na papierze punkt wyjścia nie jest korzystny. Polska od lat notuje deficyt w handlu z Indiami – jeszcze w listopadzie 2025 r. eksport wyniósł 118 mln USD, podczas gdy import sięgnął 214 mln USD. Umowa FTA ma jednak ambicję ten trend odwrócić.
Klucz tkwi nie w masowej wymianie towarów, ale w wyspecjalizowanych sektorach, gdzie polskie firmy mają przewagę technologiczną, a Indie – ogromny popyt.
Maszyny: cła do kosza, popyt w górę
Największym wygranym może okazać się polski sektor maszynowy, który już dziś stanowi fundament eksportu do Indii. Zniesienie ceł w wysokości 7,5–15% otwiera drogę do dynamicznego wzrostu sprzedaży – szacowanego choćby na 35–40%.
Szczególnie istotne są:
- maszyny górnicze,
- urządzenia dla przemysłu ciężkiego,
- technologie dla modernizowanego sektora wydobywczego Indii.
To obszar, w którym polscy producenci należą do światowej czołówki, a indyjski rynek dopiero nadrabia zapóźnienia infrastrukturalne.
Kosmetyki: Indie jako nowa Azja dla polskich marek
Drugim cichym beneficjentem porozumienia może być polska branża kosmetyczna. Indie to rynek z gwałtownie rosnącą klasą średnią, coraz bardziej wrażliwą na jakość, bezpieczeństwo i markę.
Dzięki umowie:
- znikną 20-procentowe cła,
- wprowadzone zostanie wzajemne uznawanie badań bezpieczeństwa.
To radykalnie obniża barierę wejścia i daje polskim markom realną szansę na konkurowanie nie tylko ceną, ale i jakością.
A gdzie są zagrożenia?
Entuzjazm studzą dwa elementy. Po pierwsze, asymetria skali – Indie są partnerem nieporównywalnie większym, zdolnym gwałtownie wykorzystać liberalizację handlu. Po drugie, brak twardych gwarancji, iż interesy mniejszych państw UE nie zostaną podporządkowane potrzebom największych eksporterów z Zachodu.
Dla Polski najważniejsze będzie:
- dopilnowanie zasad dostępu do rynku,
- ochrona wrażliwych sektorów,
- aktywna polityka promocji eksportu, bo sama umowa nie sprzedaje towarów.
Bilans otwarty, ale gra warta ryzyka
Umowa UE–Indie nie jest ani zbawieniem, ani zagrożeniem samym w sobie. To narzędzie, z którego można skorzystać albo które można przespać. jeżeli Polska ograniczy się do biernego uczestnictwa w unijnym rynku, zyskają inni. jeżeli jednak wykorzysta swoje nisze technologiczne i produktowe, Indie mogą stać się jednym z najważniejszych kierunków eksportowych tej dekady.
Jedno jest pewne: w tej „matce wszystkich umów” nie będzie miejsca dla spóźnialskich.

12 godzin temu

![Ceny zbóż stoją, nawozy mocno w górę. A co ze świniami i bydłem? [Raport rynkowy 23.01.2026]](https://static.tygodnik-rolniczy.pl/images/2026/01/23/h_404062_1280.webp)













