Unia rzuciła rolników na pożarcie? Cała prawda o umowie z Mercosur i brazylijskim mięsie

4 godzin temu

Wbrew krążącej dezinformacji i rolniczej panice, porozumienie z państwami Mercosur nie oznacza kapitulacji Europy, ponieważ twarde unijne sita jakościowe oraz tarcza Wspólnej Polityki Rolnej przez cały czas blokują niekontrolowany import mięsa.

Ursula von der Layen: Opracowanie graficzne FocusEurope.pl [fot: [EC – Audiovisual Service] & Sergey Kotenev Unsplash]

W europejskich wsiach i rolniczych miasteczkach narasta niepokój, który powoli przeradza się w gniew wobec całej Unii Europejskiej. Temat umowy handlowej z krajami Mercosur powraca ze zdwojoną siłą, niosąc ze sobą falę obaw, a nierzadko i dezinformacji. Wśród producentów rolnych krąży narracja o rzekomym „otwarciu granic”, przez które do Europy wleje się niekontrolowana rzeka taniej wołowiny i drobiu z Ameryki Południowej. Słychać głosy, iż unijne mechanizmy zabezpieczające to jedynie arbitralne, martwe przepisy, a Wspólna Polityka Rolna (WPR) przestała chronić swoich własnych obywateli.

Zderzenie tych lęków z twardymi danymi rynkowymi i praktyką instytucji w Brukseli pokazuje jednak zupełnie inny obraz. Unijny system ma swoje wady, ale nie ma mowy o demontażu ochrony europejskiego rolnictwa.

Mit „otwartych granic”

Najbardziej nośnym zarzutem wobec porozumienia z państwami Ameryki Południowej jest przekonanie, iż oznacza ono całkowitą likwidację barier i bezwarunkową kapitulację europejskich norm sanitarnych. To fundamentalne nieporozumienie, które skutecznie podsyca nieuzasadnioną panikę wśród europejskich rolników. Jerzy Plewa, były dyrektor generalny KE odpowiadający za rolnictwo i znawca unijnych rynków, zaznacza, iż opowieści o bezbronnej Europie to czysta fikcja. Jak zauważa ekspert, określenie „otwarcie granic” jest w przypadku umowy UE–Mercosur niezwykle nieprecyzyjne. Umowa ta nie znosi bowiem ani kontroli granicznych, ani tym bardziej europejskich norm bezpieczeństwa żywności. Jej mechanizm polega na wzajemnym obniżeniu ceł dla ściśle określonych ilości produktów, co w języku handlowym nazywa się kontrolowaną liberalizacją, a nie wolną amerykanką.

— W przypadku umowy z Mercosurem nie ma mowy o niekontrolowanym otwarciu granic. To kontrolowana liberalizacja handlu, czyli obniżenie stawek celnych, a w przypadku produktów wrażliwych zastosowanie mają kontyngenty. — wyjaśnia ekspert, dodając diagnozę samej politycznej debaty wokół umowy handlowej. — Oczywiście w tej sprawie jest bardzo dużo emocji, polityki i populizmu. Rolnicy nie są dobrze poinformowani, a przekaz opiera się głównie na straszeniu, a nie na wyjaśnianiu mechanizmów.

W praktyce oznacza to, iż Bruksela nie znosi kontroli granicznych, a jedynie ułatwia handel określoną, limitowaną pulą towarów. Każdy produkt przekraczający unijną granicę musi spełniać identyczne, rygorystyczne normy jakościowe, niezależnie od tego, czy pochodzi z Ukrainy, Brazylii czy jakiegokolwiek innego państwa trzeciego.

Brazylijski test szczelności, czyli jak działają unijne sita

Wielu rolników zadaje logiczne pytanie: jak fizycznie skontrolować każdą partię wjeżdżającej żywności? Unijne mechanizmy to nie manualne przeglądanie każdej palety, co sparaliżowałoby globalny handel, ale inteligentne, potrójne sito. System ten opiera się na ocenie ryzyka, historii naruszeń i celowanym pobieraniu próbek. Pierwszym poziomem ochrony jest w ogóle dopuszczenie danego państwa i zakładu do eksportu. Drugie sito działa na samej granicy, gdzie obok weryfikacji dokumentów przeprowadza się kontrole fizyczne i laboratoryjne na wytypowanych partiach. Trzecim etapem są kontrole na rynku wewnętrznym oraz system szybkiego ostrzegania RASFF, który pozwala natychmiast zatrzymać dystrybucję w całej wspólnocie.

Skuteczność tego ukierunkowanego nadzoru potwierdzają twarde statystyki. Dane Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) za 2024 rok pokazują, iż podczas gdy w standardowych, krajowych programach kontroli pestycydów wskaźnik niezgodności wynosił 1,8 proc., tak w ramach specjalnie wzmocnionych, celowanych kontroli importowych na granicach wyłapano aż 3,6 proc. wadliwych partii. Oznacza to, iż unijne radary są skierowane dokładnie tam, gdzie ryzyko nadużyć jest największe, blokując niebezpieczne towary przed wejściem na rynek.

Najbardziej spektakularnym dowodem na to, iż unijne zasady nie uginają się przed wielkim biznesem, jest sytuacja z początku września tego roku, która wstrząsnęła globalnym rynkiem rolnym. Tego dnia Unia Europejska faktycznie zawiesiła nowe dostawy kluczowych produktów zwierzęcych z Brazylii, w tym wołowiny, drobiu oraz miodu. Decyzja ta nie była wynikiem nagłej klauzuli chroniącej ceny, ale twardym egzekwowaniem unijnego rozporządzenia w sprawie weterynaryjnych produktów leczniczych. Bruksela uznała, iż Brazylia nie przedstawiła wystarczających gwarancji systemowych potwierdzających, iż tamtejsi hodowcy nie używają antybiotyków jako stymulatorów wzrostu oraz nie stosują leków zarezerwowanych wyłącznie do leczenia ludzi.

— Wymogi sanitarne stoją ponad preferencjami handlowymi. Państwa, które nie spełniły unijnych wymagań zostały po prostu usunięte z listy uprawnionych do eksportu — przypomina były wiceminister rolnictwa.

Jak podkreśla Jerzy Plewa, ta przełomowa decyzja udowadnia, iż preferencje handlowe absolutnie nie dają automatycznego prawa dostępu do rynku UE. Zastosowano prewencyjny środek ochrony konsumentów. W unijnym modelu to na państwie eksportującym spoczywa ciężar udowodnienia, iż spełnia rygorystyczne normy. Dopóki Brazylia nie przejdzie pozytywnie audytów w poszczególnych sektorach, dostęp do unijnego rynku pozostaje dla niej zamknięty. Wymogi sanitarne i zdrowotne stoją bezwzględnie ponad wszelkimi preferencjami handlowymi, a system udowodnił, iż potrafi odciąć od rynku potężnego gracza, który w samym tylko 2025 roku dostarczył do Europy ponad 100 tysięcy ton wołowiny.

Kontyngenty, klauzule ochronne i niewykorzystane szanse

Liczby związane z umową Mercosur bywają demonizowane, a wielkości kontyngentów relatywnie niskie w porównaniu z produkcją UE. Zgoda na 99 tysięcy ton wołowiny czy 180 tysięcy ton drobiu z obniżonym lub zerowym cłem odpowiada za zaledwie 1,3 do 1,5 proc. unijnej produkcji w tych sektorach, chociaż w odniesieniu do unijnego handlu jest znacząca. Co niezwykle istotne, sam kontyngent nie stanowi automatycznego wolumenu importu. jeżeli kraj jest objęty zakazem sanitarnym, jak w tej chwili Brazylia, jego eksporterzy nie mogą z tych preferencyjnych limitów skorzystać.

— W przypadku importu z Brazylii czy państw Mercosuru najważniejsze dla Polski są kontyngenty. Są one bardzo precyzyjnie kontrolowane, wydawane są na nie licencje, więc nie ma możliwości ich przekroczenia. Co więcej, w końcowej fazie negocjacji umowy w 2025 rouk wprowadzono specjalne klauzule ochronne. jeżeli np. import wzrośnie o 5 proc. albo ceny importowe na rynku unijnym lub choćby w poszczególnych państwach czy regionach UE znacząco spadną, Unia ma możliwość wycofania preferencji handlowych — tłumaczy Jerzy Plewa.

Nie oznacza to jednak, iż obawy rolników są całkowicie bezpodstawne. Błędem jest twierdzenie, iż sprowadzana żywność jest trująca lub z definicji niebezpieczna. Prawdziwym problemem jest asymetria kosztów produkcji. Jak zauważa Jerzy Plewa, trzeba wyraźnie odróżnić bezpieczeństwo samego produktu od równości warunków konkurencji na rynku. Importowana wołowina czy drób mogą spełniać wyśrubowane normy dotyczące pozostałości pestycydów na etapie wjazdu do Europy, ale jednocześnie powstają w krajach, gdzie hodowców nie obciążają tak wysokie koszty regulacyjne związane z rygorystycznym dobrostanem zwierząt czy polityką klimatyczną. Dla Polski, która odpowiada za 21,9 proc. unijnej produkcji drobiu i blisko 10 proc. produkcji wołowiny, oznacza to ogromne ryzyko cenowe. Presja konkurencyjna jest faktem, a tańszy surowiec trafiający do gastronomii i przetwórstwa realnie uderza w rentowność rodzimych gospodarstw.

Jednakże ekspert zwraca też uwagę na swoistą gospodarczą krótkowzroczność, która każe widzieć w handlu wyłącznie straty. Zamiast ulegać rynkowej mitologii, warto przypomnieć sobie histerię przed wejściem w życie umowy CETA z Kanadą. Zamiast fali taniego rzepaku, która miała zniszczyć polskie uprawy, odnotowaliśmy skokowy, niemal 40-procentowy wzrost naszego eksportu żywności za ocean.

— W Polsce główna mitologia polega na tym, iż patrzy się wyłącznie na zagrożenia, a nie na szanse. Najlepszym przykładem jest umowa z Japonią – bardzo specyficznym i mocno chronionym rynkiem. Po jej zawarciu eksport rolno-spożywczy z Unii Europejskiej, w tym z Polski, po prostu eksplodował — argumentuje ekspert.

Wspólna Polityka Rolna: Amortyzator dla rolnictwa

Rozważania o zagrożeniach handlowych ze strony Ameryki Południowej naturalnie kierują wzrok rolników na Wspólną Politykę Rolną. Choć szczegółowa analiza tych mechanizmów to temat na osobną debatę, warto wyraźnie sprostować dezinformację kreującą WPR jako zbiór martwych, bezużytecznych rozporządzeń i dyrektyw, które w momencie krachu zostawiają gospodarzy na pastwę losu. Podstawowym stabilizatorem całego systemu pozostają płatności bezpośrednie. Tylko w 2023 roku unijni rolnicy otrzymali z tego tytułu ponad 38 miliardów euro, co w wielu państwach, w tym w Polsce, stanowi kilkadziesiąt procent realnego dochodu rolniczego. To finansowa poduszka, która w pierwszej kolejności ratuje gospodarstwa przed bankructwem w obliczu nagłych spadków cen skupu.

O skuteczności interwencji świadczą też najnowsze działania, jak choćby zatwierdzony w lipcu 2026 roku pakiet 540 milionów euro, będący odpowiedzią na drastyczny wzrost cen nawozów i energii. Z tej puli do polskich gospodarstw trafiło ponad 66 milionów euro. Instytucje unijne dostrzegają przy tym, iż obecna rezerwa kryzysowa wynosząca 450 milionów euro rocznie jest niewspółmierna do potrzeb przy wstrząsach ekonomicznych dotykających rolnictwo unijne. Stąd w planach na nowy budżet znalazła się propozycja podwojenia tego funduszu do poziomu 6,3 miliarda euro na siedmiolatkę pod szyldem „Unity Safety Net”.

Najlepszym podsumowaniem rzeczywistego stanu unijnej ochrony są słowa Jerzego Plewy, który w swojej opinii niezwykle trafnie punktuje zarówno siłę, jak i słabości systemu, stanowiąc swoiste kompendium wiedzy dla zdezorientowanego sektora rolnego.

— WPR realnie chroni europejskich rolników, ale pełni raczej funkcję »amortyzatora« niż pełnego ubezpieczenia od globalnych kryzysów. Pomoc dla producentów owoców i warzyw po rosyjskim embargu (z Polską jako największym beneficjentem) dowodzi, iż UE potrafi gwałtownie ograniczyć nadpodaż i skierować znaczące środki do najbardziej dotkniętego sektora. Jednocześnie przykład ten pokazuje ryzyko przyznania nadmiernej rekompensaty oraz utrwalania problemów strukturalnych. — zaznacza Plewa.

Ekspert wskazuje jednocześnie na konieczność ewolucji tych instrumentów i potrzebę mądrego zarządzania nowym, znacznie większym budżetem kryzysowym. Jak stanowczo zastrzega, powiększenie funduszy musi iść w parze ze zmianą procedur.

— Zapowiedź zwiększenia rezerwy do 6,3 mld euro w siedmioletnim okresie jest adekwatną odpowiedzią na rosnącą częstotliwość zakłóceń rynkowych. Powinna jednak zostać uzupełniona o mierzalne progi uruchamiania pomocy, szybsze dane o dochodach gospodarstw oraz mechanizmy zapobiegające podwójnemu finansowaniu. Mechanizmy WPR nie są martwe. Są jednak reaktywne, częściowo uznaniowe i przez cały czas ograniczone finansowo. Ich skuteczność zależy nie tylko od wielkości rezerwy, ale także od szybkości decyzji i zdolności skierowania pomocy tam, gdzie wystąpiła rzeczywista, udokumentowana utrata dochodu. — podsumowuje ekspert.

Retoryka mówiąca o rzuceniu rolników na pożarcie, o szeroko otwartych granicach i bezużytecznych kontrolach sanitarnych, to ostatecznie polityczna fikcja żerująca na ludzkim strachu. Zrozumienie, jak w rzeczywistości działają unijne sita zatrzymujące importowane produkty niespełniające wymagań UE oraz na czym polega rola unijnych rezerw finansowych, to pierwszy, niezbędny krok. Pozwala on na zrozumienie działania mechanizmów ochrony europejskich konsumentów i w pewnym stopniu producentów rolnych i przede wszystkim powinien chronić przed dezinformacją, która jest bardzo powszechna w europejskiej debacie publicznej.

Zofia Grosse FocusEurope.pl

Idź do oryginalnego materiału