To, co wydarzyło się w Wenezueli, nie jest historią o polityce. To jest historia o pieniądzach. Bardzo dużych pieniądzach.
W jednej operacji Stany Zjednoczone wyciągnęły Nicolása Maduro i jednocześnie otworzyły największy od lat potencjalny reset na rynku ropy, surowców i spółek energetycznych. Jedni właśnie dostali bilet do miliardowych kontraktów, inni mogą stracić przewagę, na której jechali przez lata.
I to jest najważniejsze pytanie tego materiału: kto realnie zarobi na upadku Maduro, a może dostać po kieszeni?
Bo Wenezuela to nie tylko polityczny trup reżimu. To kraj z największymi rezerwami ropy na świecie, kompletnie zrujnowanym sektorem wydobycia i gigantycznym rachunkiem do zapłacenia za lata wywłaszczeń. jeżeli kraj zacznie wracać do gry, to kapitał, kontrakty i marże przesuwają się globalnie.
USA przejęły kontrolę nad Wenezuelą. Kto naprawdę na tym zyska, a kto straci?
Inwestuj z XTB! Podczas rejestracji podaj kod DNARYNKOW i odbierz darmowy kurs inwestowania dla początkujących
Załóż konto na: https://link-pso.xtb.com/pso/aKgIe
Kraj wepchnięty w przepaść
Zanim jednak przejdziemy do spółek i ropy, trzeba uczciwie powiedzieć sobie na starcie, iż Wenezuela nie wpadła w kłopoty przypadkiem. Wenezuela została w te kłopoty wepchnięta siłą właśnie przez Maduro i jego model rządzenia, który premiował kontrolę, lojalność i propagandę, a karał produktywność, prywatną inicjatywę i inwestycje. jeżeli ktoś chce zrozumieć, dlaczego USA w końcu uznały, iż kończą tę grę, to musi zrozumieć skalę destrukcji.
Maduro odziedziczył po Chavezowskiej rewolucji państwo, w którym władza już wcześniej była zabetonowana, ale za jego rządów to zabetonowanie zamieniło się w coś bardziej brutalnego i bardziej chaotycznego. W praktyce oznaczało to trzy rzeczy.
Pierwsze: gospodarka przestała być gospodarką, a stała się systemem dystrybucji przysług. Kto był blisko władzy, ten miał dostęp do importu, kontraktów i ochrony. Kto był poza układem, ten dostawał inflację, puste półki i coraz mniej możliwości godnego życia.
To nie są puste hasła. Inflacja w Wenezueli jeszcze w 2023 roku przekraczała 400%, a ostatni odczyt w 2025 roku to około 170%.

Wenezuelski boliwar stał się tak bezwartościowy, iż ludzie wykorzystywali go na przykład do szycia torebek i ozdób, jako zamiennik dla innych materiałów.

Drugie: instytucje stały się dekoracją. Gdy prawo jest zmienne i zależne od politycznej potrzeby, kapitał robi jedyną rozsądną rzecz. Ucieka. Nie dlatego, iż jest zły, tylko dlatego, iż potrafi liczyć. Kapitał może pracować w biednym kraju, może pracować w kraju z nierównościami, może choćby pracować w kraju po kryzysie. Ale nie potrafi pracować w kraju, gdzie jutro możesz zostać wywłaszczony, bo ktoś w pałacu prezydenckim uznał, iż tak mu pasuje, a Wenezuela ma długą historię przejmowania cudzych aktywów: zakładów, sklepów, zapasów i fabryk. Przykład to przejęta w 2018 roku fabryka należąca do Amerykańskiej firmy Kellogg, która produkowała płatki śniadaniowe. Fabryka została przekazana pracownikom i rzekomo kontynuowano produkcję. Prawdziwe marzenie każdego antykapitalisty, ale jak widać Ci źli wyzyskiwacze jednak coś robią w tych firmach, bo w USA mamy dobrobyt, a w Wenezueli ludzie z głodu jedzą karmę dla psów.

Trzecie: ropa, czyli jedyne realne aktywo Wenezueli, zaczęła się degradować. To jest paradoks, bo ropa nie znika, ale znika zdolność do jej wydobycia, transportu i sprzedaży. Sektor naftowy wymaga kompetencji, inwestycji, serwisu, logistyki i relacji z partnerami. Kiedy państwo jest sterowane jak mafia, infrastruktura się sypie, a zagraniczni partnerzy uciekają.
Maduro nie był tylko kontrowersyjnym liderem. To był lider, który w praktyce uczynił z państwa narzędzie represji i utrzymywania władzy za wszelką cenę, a koszty tej polityki płacili zwykli ludzie. I to jest ważne także z perspektywy inwestora, bo rynki nie lubią moralizowania, ale lubią stabilność. A reżim oparty o przemoc i strachu generuje permanentną niepewność, która dusi inwestycje i zabija biznes. Tymczasem bez biznesu nie ma dobrobytu.
A to jak bardzo Maduro zdusił własny przemysł naftowy i do jakiej ruiny go doprowadził najlepiej widać na tym wykresie. Jeszcze w roku 2014 w Wenezueli funkcjonowało około 70 platform wiertniczych. W 2018 było to już tylko około 30, a w 2020 roku została jedynie jedna. I dziś po pięciu latach od pandemii są potężne dwie działające platformy wiertnicze. W świecie przyśpieszającego rozwoju technologicznego, to brzmi jak ponury żart.

Dlaczego USA reagują dopiero teraz
Skoro jednak to wszystko trwało latami, to dlaczego USA nie zrobiły czegoś wcześniej? Dlaczego dopiero teraz i dlaczego w tak brutalnie bezpośredni sposób?
Relacje USA z Wenezuelą od dawna były wrogie. Z perspektywy USA Wenezuela była jednocześnie problemem bezpieczeństwa w regionie, problemem wpływów geopolitycznych i problemem surowcowym. Kraj z takimi zasobami ropy, sterowany przez reżim otwarcie wrogi wobec Waszyngtonu, to jest poważny punkt zapalny. Jest blisko USA, ma zasoby i sprzyja wrogim mocarstwom. Kiepska mieszanka. Kiepska dla USA, ale jak widać dla samego reżimu również.
Przez lata ten konflikt USA z Wenezuelą miał bardzo przyziemne źródło: reżim Maduro nie był tylko niewygodny politycznie, on konsekwentnie robił rzeczy, które w oczach Zachodu dyskwalifikowały państwo jako normalnego partnera. Poza licznymi wywłaszczeniami zachodnich firm, czego przykład już podawałem, działy się tam również inne „ciekawe” rzeczy. W 2017 roku, gdy kraj eksplodował protestami, ONZ opisywała przypadki śmiertelnej przemocy wobec demonstrantów i udział uzbrojonych bojówek prorządowych, a prokuratura badała dziesiątki zgonów w kontekście demonstracji.
W tym samym czasie Maduro przepchnął wybory do tak zwanego Zgromadzenia Konstytucyjnego, które miało ominąć demokratyczne instytucje i de facto przejąć władzę nad państwem, co było jednym z największych kroków w stronę jawnej autokracji. Potem przyszły wybory prezydenckie 20 maja 2018, które część państw i instytucji uznała za niewiarygodne i nieuczciwe, bo opozycja była wypychana poza nawias, a reguły gry ustawiane pod reżim. W 2019 roku ONZ znowu raportowała dziesiątki ofiar w kontekście protestów, w tym większość przypisywaną siłom bezpieczeństwa i prorządowym grupom, a równolegle rosły zarzuty o zabójstwa pozasądowe i terror policyjny w biedniejszych dzielnicach, gdzie ludzie przestali bać się mówić, iż mają dość. Do tego dochodził stały element tej historii: arbitralne zatrzymania i więźniowie polityczni, liczeni przez organizacje monitorujące represje w setkach, a czasami więcej, zależnie od okresu zaostrzenia kursu. choćby gdy reżim publicznie mówił o “wyborach” i “dialogu”, praktyka wyglądała inaczej, na przykład w styczniu 2024 sąd utrzymał zakaz kandydowania dla jednej z kluczowych postaci opozycji, co było czytelnym sygnałem, iż władza zamierza kontrolować listę rywali, a nie z nimi konkurować.
Całość spinały też sprawy o cięższym kalibrze: międzynarodowe mechanizmy prawne badały zarzuty dotyczące zbrodni przeciwko ludzkości, a USA od 2020 roku miały również akt oskarżenia przeciwko Maduro i ludziom z jego otoczenia, w którym stawiano zarzuty związane z narkobiznesem i terroryzmem, co reżim oczywiście odrzucał. I dlatego ta relacja przez lata wyglądała tak, jak wyglądała: Maduro co jakiś czas szedł na ustępstwo, co było bardziej przynętą i próbą gry na czas. Jednocześnie trzymał w ręku aparat represji, dusił instytucje i traktował państwo jak narzędzie przetrwania reżimu, nie jak projekt do naprawy.
Eskalacja w 2025 i „naftowa przynęta”
W 2025 roku napięcie weszło na wyższy poziom, bo po jednej stronie była administracja Trumpa, która nie ma cierpliwości, a po drugiej był Maduro, który wiedział, iż jego pozycja jest słaba i iż zaczyna mu się palić pod nogami.
Głównym zarzewiem konfliktu pozostawał brak uznania przez USA wyników wyborów prezydenckich w Wenezueli (z lipca 2024 roku), w których Maduro ogłosił swoje zwycięstwo.
Kolejnym powodem był sojusz Wenezueli z Rosją. W 2025 roku USA radykalnie zaostrzyły kurs wobec państw pomagających Rosji w finansowaniu wojny na Ukrainie. Ponieważ Wenezuela korzystała z rosyjskiej infrastruktury oraz „floty cieni” do sprzedaży własnej ropy, stała się celem sankcji USA.
W sytuacji rosnących napięć dyktator Maduro znów zrobił to samo co zawsze. Zadeklarował gotowość do ustępstw, ale nie dlatego, iż nagle uwierzył w dialog i współpracę, tylko dlatego, iż chciał kupić sobie czas.
Najważniejsza była „naftowa oferta” Maduro. Dyktator zaoferował USA preferencyjny dostępu do wenezuelskich złóż ropy naftowej. Tylko historia pokazuje, iż Wenezueli w tych kwestiach nie można ufać. Pewnie za kilka lat, gdyby urząd prezydenta USA objął ktoś inny (bardziej miękki) to pewnie znowu zaczęłyby się wywłaszczenia i ograniczenia, a amerykańskie firmy znów by na tym straciły pieniądze.
Dlatego Trump najpewniej uznał, iż to jest klasyczna zagrywka, która ma rozbroić presję i utrzymać reżim przy życiu. W tym momencie prezydent USA postanowił zakończyć tę grę w kotka i myszkę. Wysłał po Maduro wojsko USA.
Operacja schwytania Maduro była ważnym sygnałem. Sygnałem nie tylko dla Caracas, ale do całego regionu, iż USA nie interesuje przedstawienie, tylko rezultaty.
I dla wszystkich ludzi, którzy są zaniepokojeni praworządnością na arenie międzynarodowej i ubolewają nad losem pokrzywdzonego Maduro, to powiem tylko, iż w weekend po upadku Maduro społeczność Wenezuelczyków mieszkająca w USA, którzy musieli uciec przed reżimem z Wenezueli, wyszła na ulicę, żeby… świętować. Ludzie chwalili ruch Trumpa mimo tego, iż wcześniej doświadczyli represji antyimigracyjnych ze strony jego administracji. To jest skala nienawiści jaką cieszy się Maduro.

Zanim przejdziemy dalej warto zrobić jeszcze szybkie porównanie, które aż samo się narzuca. Rosja od niemal czterech lat prowadzi wojnę z Ukrainą, mieli zasoby, mieli armię, a utknęli w konflikcie, który demaskuje ich ograniczenia organizacyjne, logistyczne i technologiczne. USA wchodzą w Wenezuelę i wykonują operację, która pokazuje przewagę w planowaniu, precyzji, technologii i sile.
Kto przejmuje ster i jak działa „smycz”
Maduro został wyciągnięty z kraju, ale państwo nie znika. Ktoś musi przejąć ster. W pierwszych godzinach po operacji dzieją się dwie rzeczy naraz. Z jednej strony pojawia się próżnia, z drugiej strony stary aparat władzy próbuje utrzymać kontrolę, żeby nie doszło do całkowitej degradacji władzy. W przypadku Wenezueli widać było szybki ruch instytucyjny: po schwytaniu Maduro rolę tymczasowego lidera przejęła Delcy Rodríguez, dotychczasowa wiceprezydent i jedna z najbardziej wpływowych osób w reżimie Maduro.
To istotny punkt, bo wielu widzów może naiwnie założyć: “Maduro zniknął, więc teraz będzie demokracja i Zachód”. Tak to nie działa. Delcy Rodríguez nie jest symbolem liberalnego resetu. To jest osoba, która była częścią systemu, który doprowadził kraj do katastrofy. Tyle iż polityka to nie casting do reklamy, tylko walka o kontrolę. To, co powinno interesować inwestora, to mechanizm “smyczy” na której Wenezuela teraz będzie prowadzona. Jak USA mogą zapewnić sobie posłuszeństwo nowej władzy, choćby jeżeli ta nowa władza ma ciągle geny starego reżimu?
Najprostsza odpowiedź brzmi: warunkowanie wszystkiego. Sankcje, dostęp do systemu finansowego, możliwość eksportu, możliwość importu technologii, możliwość podpisywania kontraktów z amerykańskimi firmami. W praktyce Wenezuela nie jest w stanie odbudować sektora naftowego bez kapitału i know-how zagranicy. A ten kapitał i to know-how są w dużej mierze w świecie zachodnim. To daje USA przewagę, której Maduro nigdy nie miał do zaproponowania.

Drugi element to twardy sygnał bezpieczeństwa. Po takiej operacji wszyscy w Caracas rozumieją, iż “parasol ochronny”, na którym siedział Maduro, przestał działać. jeżeli USA były w stanie dorwać prezydenta, to tym bardziej są w stanie dorwać ludzi wokół niego. To brutalne, ale skuteczne narzędzie kontroli. Zresztą sam Trump powiedział, iż „Jeśli nie będą się dobrze sprawować, to przeprowadzimy drugi atak”.
I trzeci element, najbardziej rynkowy: odbudowa sektora naftowego. jeżeli nowa władza chce przetrwać, musi dowieźć coś namacalnego: stabilizację, pieniądze, dostęp do towarów, spadek presji inflacyjnej. Najszybsza droga do tego prowadzi przez ropę, a ropa prowadzi przez umowy z USA.
Rynek ropy reaguje spokojnie, bo Wenezuela jest dziś marginalna
To jest idealny most do kolejnej części materiału. Bo na rynku surowców pierwsza reakcja na takie wydarzenie była… zaskakująco spokojna.
Wenezuela przez zaniedbanie swojego sektora wydobywa tak mało ropy, iż pomimo ogromnych złóż, ma dziś marginalny wpływ na globalną podaż. Jeszcze 20 lat temu Wenezuela wydobywała ponad 3 miliony baryłek ropy dziennie, a dziś mniej niż jeden milion.

Rynek ropy już przed tym wydarzeniem był słaby, bo inwestorzy widzieli globalną nadpodaż. Rynek ropy wszedł w 2026 rok z ogromną nadwyżką surowca. Szacuje się, iż globalna nadpodaż wynosi w tej chwili od 0,5 do choćby 4,2 mln baryłek dziennie, a cały 2025 rok, to był festiwal obniżania cen docelowych dla ropy przez analityków.

Pamiętajcie jednak, iż w krótkim terminie zachowanie ceny nigdy nie musi być racjonalne. Podobnie jak z ropą ostatnio. Jednak w średnim i długim terminie wydarzenia w Wenezueli, to dla ropy bardzo silny sygnał słabości. jeżeli USA faktycznie będą miały decydujący wpływ na politykę Wenezueli (a będą), to z perspektywy inwestora oznacza to jeden wielki projekt: odbudowę naftowej maszyny, która przez lata była zaniedbywana. Warto tutaj znów przytoczyć słowa Trumpa, który po schwytaniu Maduro powiedział „Nasze ogromne amerykańskie firmy naftowe — największe na świecie — wejdą tam, wydadzą miliardy dolarów, naprawią bardzo uszkodzoną infrastrukturę i zaczną zarabiać pieniądze dla naszego kraju”
To nie jest projekt na miesiąc, ani na kwartał. To są lata kapitałochłonnych inwestycji. Remont infrastruktury, serwis odwiertów, stabilizacja logistyki, dostęp do części, technologii, chemii, usług wiertniczych. Wenezuela ma ropę, ale nie ma sprawnego “silnika”, który tę ropę dostarcza na rynek.
Jednak pomimo tego, iż odbudowa potrwa latami i pochłonie miliardy dolarów, to kierunek jest jasny: produkcja wenezuelska ma rosnąć w kolejnych latach, co długoterminowo zwiększa globalną podaż i będzie ciążyć cenom ropy. W Wenezueli naprawdę jest co wydobywać!
Kraj ma podobno największe na świecie rezerwy ropy naftowej, większe choćby od Arabii Saudyjskiej, co widać na przedstawionym wykresie, gdzie rezerwy są pokazane na osi poziomej. Natomiast na osi pionowej przedstawione jest tempo wydobycia tej ropy. USA są mistrzami w wydobyciu, ale mają już relatywnie małe zasoby, natomiast Wenezuela ma ogromne zasoby, których nie potrafi wydobyć. Ahh… jak to się pięknie uzupełnia.

W krótkim terminie rynek i tak jest zdołowany, a ryzyko politycznego zamieszania może choćby chwilowo ograniczyć podaż. Jednak w długim terminie podaż będzie rosła, a cena ropy to odczuje.
Drugi rząd konsekwencji: presja na Rosję i wojna w Ukrainie
I tu dochodzimy do konsekwencji drugiego rzędu, która jest politycznie ciekawa, ale inwestycyjnie też ma sens.
Rosja finansuje swoje państwo w dużej mierze z eksportu surowców. W 2021 roku ponad 28% budżetu federacji Rosji pochodziło ze sprzedaży ropy.

Jeżeli w długim terminie ceny ropy są pod presją, to przychody budżetowe eksportera są pod presją.
Jeżeli przychody są pod presją, rośnie napięcie fiskalne.
Jeżeli rośnie napięcie fiskalne, rosną koszty polityczne kontynuowania długiej wojny na Ukrainie. Myślę, iż dla wielu z Was w tym momencie jasne stają się dodatkowe motywacje Trumpa, czemu akurat teraz zaatakował Wenezuelę i schwytał Maduro. Niższa cena ropy, to większa presja na Rosję, żeby zakończyć konflikt na Ukrainie.
To nie znaczy, iż tańsza ropa sama zakończy konflikt. To znaczy, iż tańsza ropa może zwiększyć skłonność do szukania wyjścia, bo ogranicza margines błędu dla Putina. Efekt? Szansa na zakończenie wojny na Ukrainie w tym roku właśnie wzrosła.
Beneficjenci i przegrani: spółki, marże i rachunek zysków
Rynek ropy nie jest tylko rynkiem paliwa. To rynek politycznej presji. Okej, przejdźmy do tego, jakie spółki mogą zrobić biznes, a które mogą dostać po kieszeni po uprowadzeniu Maduro.
Koszyk pierwszy: Amerykańscy giganci naftowi, czyli powrót wielkich graczy i rozliczenie historycznych wywłaszczeń
ConocoPhillips (COP) i ExxonMobil (XOM) mają z Wenezuelą ten sam rodzaj historii, państwo przejęło im aktywa w czasie nacjonalizacji projektów naftowych w 2007 roku, a potem przez lata te spółki walczyły o odszkodowania w sądach. W praktyce to znaczy, iż ich “potencjalny zysk” z nowego układu w Caracas nie musi polegać na tym, iż od jutra wiercą więcej, tylko na tym, iż wreszcie da się domknąć stare roszczenia i odzyskać utracone pieniądze.
W przypadku ConocoPhillips chodzi o projekty Petrozuata, Hamaca i Corocoro przejęte przez Wenezuelę. Spór skończył się dużym odszkodowaniem. 8 marca 2019 trybunał zasądził ponad 8,7 mld USD odszkodowania plus odsetki, co daje około 10 mld USD. Taka kwota nie trafia do kieszeni z dnia na dzień, ale dla giełdy liczy się mechanizm, o ile nowa władza będzie chciała odblokować inwestycje i relacje z USA, to ma motywację, żeby iść na ugody i rozliczyć się z poszkodowanymi, albo oddawać wartość w formie koncesji i udziałów w nowych projektach naftowych.
Dla porównania zysk operacyjny ConocoPhillips z ostatniego roku to niecałe 12 mld USD, więc gra jest warta świeczki.

Akcje spółki zareagowały wzrostem o choćby 7% w trakcie jednej sesji i osiągnęły najwyższy poziom od kwietnie 2025 roku.

W przypadku ExxonMobil, 27 czerwca 2007 Wenezuela przejęła aktywa związane z projektami Cerro Negro i La Ceiba. Potem sprawa przeszła przez odpowiednie sądy i 9 października 2014 zapadł wyrok na około 1,6 mld USD odszkodowania. Akcje zyskały ponad 2% i wspięły się na nowe szczyty.

Chevron (CVX) to nieco inna bajka, bo on nie gra o stare roszczenia. On cały czas działa w Wenezueli i ma działające projekty razem z państwową spółką z Wenezueli PDVSA. Dlatego dla Chevrona ważniejsze jest, czy dostanie lepsze warunki, żeby zwiększyć skalę.
Najważniejsze fakty są trzy.
Pierwszy: Chevron działa przez spółki joint venture z PDVSA. To są wspólne projekty wydobywcze, gdzie PDVSA jest stroną Wenezuelską, a Chevron wnosi technologię, kapitał i operacyjne prowadzenie części prac.
Drugi: wszystko zależy od zgody USA, który pozwolił Chevronowi wznowić ograniczone wydobycie i eksport ropy z Wenezueli mimo sankcji. Bez tej licencji firma nie mogłaby normalnie rozliczać się z PDVSA ani sprzedawać tej ropy w sposób zgodny z prawem USA.
Trzeci: wenezuelska spółka PDVSA jest winna Chevronowi duże pieniądze. Mowa o zaległościach rzędu około 3 mld USD. Znormalizowanie sytuacji w Wenezueli i stosunków z USA może ułatwić odzyskanie tych zaległości.
Jeśli USA będą miały większy wpływ na Wenezuelę, to rośnie szansa na stabilniejsze zasady, mniej przerw w wydobyciu i większą przewidywalność licencji, a wtedy Chevron może stopniowo podnosić wydobycie w istniejących projektach i szybciej odzyskiwać należności. Akcje Chevron Zyskały około 6%.

Czas na drugi koszyk spółek: usługi naftowe, czyli kto zarabia na tym, iż trzeba odbudować infrastrukturę naftową.
Jeśli ktoś wierzy, iż Wenezuela zwiększy produkcję w średnim terminie, to musi wierzyć w jedno: ktoś będzie musiał wykonać ogrom pracy serwisowej i infrastrukturalnej. I tu wchodzą spółki usługowe, przede wszystkim SLB (SLB) i Halliburton (HAL).
Spółki naftowe mogą chcieć wydobywać ropę, ale nie robią wszystkiego same. Potrzebują usług, sprzętu, technologii, kadr i procesu. Odbudowa naftowego sektora kraju po latach zaniedbań to jest raj dla usługodawców. SLB i Halliburton zareagowały wzrostami w okolicy 8%.

Jest tego więcej. Teraz koszyk trzeci: infrastruktura gazowa i przesył, czyli The Williams Companies (WMB) to kolejny przykład firmy, której skonfiskowano aktywa i która przez lata walczyła o ich odzyskanie. To kolejny wariant tej samej inwestycyjnej gry: roszczenia, arbitraż, rozliczenie, potencjalne nowe warunki działania.
Koszyk czwarty: rafinerie.
Wenezuela produkuje ciężką, zasiarczoną ropę. Część rafinerii w USA jest skonfigurowana właśnie pod taki surowiec. jeżeli takie baryłki wracają na rynek, rafinerie mają więcej opcji, mogą optymalizować miks surowcowy, mogą kupować taniej, mogą poprawiać marże przerobu.
Tutaj mamy taką spółkę, jak Valero (VLO) jako przykład beneficjenta. W świecie rafinerii przewagę ma ten, kto potrafi przerabiać trudniejszy surowiec, bo trudniejszy surowiec bywa tańszy, a tańszy surowiec przy dobrym przerobie daje lepszą marżę.

To dalej nie wszystko. Na horyzoncie mamy też powrót marek i “odmrożenie” całej gospodarki.
Ten segment łatwo przegapić, ale pokazuje, iż zmiana reżimu to nie tylko ropa. Pamiętacie przykład z początku materiału o tym, iż reżim Maduro znacjonalizował aktywa producenta płatów śniadaniowych. Takich firm jest więcej.
Mamy spółki takie jak Clorox (CLX), Kimberly Clark (KMB) i O-I Glass (OI). W tle jest historia nacjonalizacji, kontroli cen, blokad walutowych i sytuacji, w której firmy zagraniczne traciły aktywa albo nie mogły normalnie funkcjonować.
Jeżeli Wenezuela faktycznie skręci w stronę przyjazną USA, to nie oznacza, iż nagle stanie się bogatym rynkiem konsumenckim. To oznacza coś skromniejszego, ale inwestycyjnie istotnego: iż firmy dostaną możliwość powrotu na ten rynek na bardziej przewidywalnych zasadach. A przewidywalność to jest towar deficytowy w takich krajach jak Wenezuela.
Oprócz tego tutaj też w grę wchodzą odszkodowania za wywłaszczenie i przejęte aktywa.
Tak naprawdę historia wywłaszczenia plus odszkodowanie pojawia się jeszcze w wielu branżach. Reżim Maduro lubił zrzucać winę za swoje ułomności na innych, a kiedy firmy chciały podnosić ceny, albo wycofywać się z kraju, to Maduro przejmował ich fabryki, sklepy i zakłady, a potem doprowadzał je do ruiny, bo nie miał pojęcia jak nimi zarządzać. Wśród takich firm znajdziemy: Gold Reserve (GDRZF), które zajmuje się wydobyciem złota i miedzi, a akcje wystrzeliły aż o 93% w reakcji na doniesienia o porwaniu Maduro.

Znajdziemy też Kellanova, czyli wcześniejszy Kellog, to jest właśnie wspomniany producent płatków śniadaniowych. Oprócz tego jest też Archer-Daniels-Midland globalny lider przetwórstwa żywności, z podobną historią jak reszta firm.
W całej paczce trafiły się choćby linie lotnicze, które akurat straciły głównie w wyniku kontroli walutowych. American Airlines (AAL) ucierpiały na skutek kontroli walutowych. Sprzedawały bilety w bolivarach, ale rząd odmówił ich konwersji na dolary. W 2016 roku American Airlines odpisały ponad 500 mln USD przychodów, które utknęły w kraju i straciły wartość w wyniku hiperinflacji. To kropla w morzu roszczeń wcześniej wspomnianych firm, ale pokazuje, iż w zasadzie w każdym sektorze amerykańskiej gospodarki znajdzie się ktoś, kto dostał finansowo po głowie od Maduro
Każdy kij ma jednak dwa końce. Spójrzmy na to kto może stracić na uprowadzeniu Maduro. Kanada przez lata była jednym z największych beneficjentów tego, iż wenezuelska ropa była wypchnięta poza rynek. Dlaczego? Bo Kanada eksportuje ciężką, zasiarczoną ropę bardzo podobną do wenezuelskiej, a amerykańskie rafinerie, zwłaszcza w regionie Zatoki Meksykańskiej i na Środkowym Zachodzie, lubią właśnie taki surowiec.
Kiedy Wenezueli nie było, Kanada wypełniała lukę. Im bardziej brakuje ciężkiej ropy, tym mniej rafinerie mają alternatyw, a im mniej alternatyw mają rafinerie, tym lepszą pozycję negocjacyjną ma Kanada.
Jeśli Wenezuela wraca, to pozycja negocjacyjna Kanady się pogarsza. I wtedy robi się brzydko, bo kanadyjscy producenci, mogą być zmuszeni do oferowania większych rabatów, żeby utrzymać swój wolumen sprzedaży w USA. A rabaty w ciężkiej ropie to nie jest kosmetyka, tylko silny cios w marże.
Największe ryzyko dotyczy gigantów sektora „piasków bitumicznych” (oil sands), których model biznesowy opiera się na eksporcie ciężkiej ropy typu WCS.
Pierwszy z nich to Suncor Energy (SU): Jeden z największych producentów, dla którego wenezuelskie baryłki stanowią bezpośredni substytut. Powrót Wenezueli może zniwelować tzw. „premię za rzadkość” (scarcity premium), która do tej pory wspierała ceny produktów Suncor. W reakcji akcje spadały choćby o 6%, chociaż ostatecznie rynek wyciągnął to na minus 2%.

Kolejna firma, to Cenovus Energy (CVE) i tutaj mamy bardzo podobną historię. Spadek ceny ropy WCS, to uderzenie w wyniki finansowe firmy. Cena akcji zanurkowała o 5% w trakcie jednej sesji.

Bardzo podobna historia dotyczy też pozostałych firm naftowych z Kanady, jak Canadian Natural Resources Limited, Imperial Oil, czy MEG Energy. w uproszczeniu Wenezuela może okazać się zabójcą marż dla kanadyjskich spółek naftowych, bo:
– jest blisko geograficznie.
– wydobywa ten sam typ ropy.
– łączy się to z obecnym stanem globalnej nadpodaży.
Problemy nie kończą się jednak na poszczególnych firmach. Sektor naftowy jest kluczowym płatnikiem podatków w Kanadzie. W 2022 roku sektor naftowy i gazowy odpowiadał w Kanadzie za 3,2% PKB.
W niektórych prowincjach budżety publiczne są bezpośrednio uzależnione od ceny baryłki ropy WCS. W efekcie pogorszenie marż spółek naftowych bezpośrednio przełoży się na niższą jakość usług publicznych w Kanadzie i mniejsze możliwości inwestycyjne sektora publicznego.
Upadek Maduro nie jest końcem historii Wenezueli. To dopiero początek. Z perspektywy rynku to nie jest opowieść o demokracji, tylko o przepływie kapitału, odbudowie podaży i przesunięciu marż. Rynek to już zaczyna rozumieć. Nie emocjonalnie, tylko poprzez ruchy na konkretnych akcjach.
Geopolityka ma sens dla inwestora tylko wtedy, gdy potrafisz przełożyć ją na bilanse, marże i ceny surowców. Cała reszta to szum.
Inwestuj z XTB! Podczas rejestracji podaj kod DNARYNKOW i odbierz darmowy kurs inwestowania dla początkujących
Załóż konto na: https://link-pso.xtb.com/pso/aKgIe
Do zarobienia!
Piotr Cymcyk

12 godzin temu