Ostatnie miesiące w branży IT przypominają zimny prysznic. Przejęcie VMware przez Broadcom i wynikające z tego radykalne zmiany w licencjonowaniu to nie tylko korekta cenników. To trzęsienie ziemi, które obnażyło systemowy błąd w strategiach wielu przedsiębiorstw. Przez lata menedżerowie płacili swoisty „podatek od świętego spokoju”, wybierając monolityczne rozwiązania od jednego dostawcy. Dziś okazuje się, iż ten spokój był iluzoryczny, a wygoda stała się pułapką.
Jeszcze do niedawna strategia „one-stop-shop” – czyli oparcie kluczowej infrastruktury o jednego, dominującego dostawcę – wydawała się racjonalna. Ułatwiała zarządzanie, integrowanie usług i negocjacje. Jednak obecna sytuacja na rynku wirtualizacji pokazuje, jak cienka jest granica między stabilnym partnerstwem a niebezpiecznym uzależnieniem, znanym w branży jako Vendor Lock-in. Gdy fundament technologiczny firmy, traktowany dotąd jak pewnik, nagle staje się źródłem niepewności budżetowej i operacyjnej, zarządy muszą zadać sobie trudne pytanie: czy stać nas na ryzyko braku alternatywy?
Katalizator zmian – gdy „standard” staje się ciężarem
Dominacja rynkowa ma swoją cenę, którą ostatecznie płaci klient. Zmiany wprowadzone po akwizycji VMware, w tym przejście na model subskrypcyjny i pakietyzacja produktów, wstrząsnęły europejskim rynkiem. Jak zauważają organizacje branżowe, w tym CISPE, nowe warunki uderzają rykoszetem w niemal każdą organizację korzystającą z chmury.
Dla dyrektorów finansowych (CFO) i szefów IT (CIO) problemem nie jest tylko sama podwyżka kosztów, choć ta bywa drastyczna. Znacznie groźniejsza jest utrata elastyczności. Nowe modele licencjonowania często wymuszają zakup rozbudowanych pakietów oprogramowania, z których firma realnie nie korzysta, ale za które musi płacić, by utrzymać działanie systemów krytycznych. To zaprzeczenie idei optymalizacji kosztów i zwinności, o którą walczą nowoczesne przedsiębiorstwa.
W momencie, gdy rynek wchodzi w fazę spowolnienia gospodarczego i szukania oszczędności, nagły i niekontrolowalny wzrost kosztów utrzymania infrastruktury („Run the Business”) staje się nieakceptowalny. Pokazuje to dobitnie, iż poleganie na zamkniętym ekosystemie jednego giganta to strategia, która działa tylko w czasach pokoju. W czasach rynkowych turbulencji staje się ona kulą u nogi.
Ucieczka do przodu – Open Source jako nowa definicja stabilności
Oprogramowanie Open Source przestaje być postrzegane jako „tańsza alternatywa dla entuzjastów”, a awansuje do rangi strategicznego „Planu A” dla największych graczy. Następuje redefinicja tego, co w biznesie oznacza bezpieczeństwo.
Bezpieczeństwo to dziś niezależność. Firmy zwracają się ku rozwiązaniom opartym na otwartym kodzie (takim jak KVM, Linux czy platformy konteneryzacji), ponieważ oferują one coś, czego rynek komercyjny właśnie odmówił: przewidywalność. W modelu Open Source nie ma ryzyka, iż dostawca z dnia na dzień „wyłączy” licencję, drastycznie zmieni mapę drogową produktu (roadmapę) lub wymusi niechcianą aktualizację.
Tu do gry wchodzi pojęcie suwerenności cyfrowej. W kontekście rosnących wymagań regulacyjnych – takich jak unijna dyrektywa NIS2 czy rozporządzenie DORA dla sektora finansowego – posiadanie pełnej kontroli nad stosem technologicznym jest kluczowe. Otwarty kod zapewnia transparentność. Firma wie, co dzieje się z jej danymi, gdzie są przetwarzane i jak zabezpieczone. W świecie „czarnych skrzynek” dostarczanych przez globalne korporacje, taka audytowalność staje się luksusem, na który mogą pozwolić sobie tylko ci, którzy postawili na otwarte standardy.
To także kwestia czystej ekonomii skali. Open Source pozwala płacić za realne wykorzystanie i wsparcie techniczne, a nie za sztuczne bariery licencyjne. Umożliwia skalowanie infrastruktury w tempie dyktowanym przez rozwój biznesu, a nie przez kwartalne wyniki sprzedażowe dostawcy oprogramowania.
Architektura przyszłości nie lubi sztywnych ram
Decyzja o odejściu od monolitycznych rozwiązań ma jeszcze jeden, najważniejszy wymiar: innowacyjność. Żyjemy w epoce, w której chmura hybrydowa i multicloud stają się standardem. Według danych Bitkom, już 29% firm korzysta z chmury hybrydowej, a 41% łączy usługi od wielu dostawców. W takim środowisku interoperacyjność – czyli zdolność systemów do współpracy – jest walutą. Otwarte ekosystemy są z natury nastawione na integrację. Zamknięte platformy proprietary z natury dążą do izolacji i budowania murów.
Co więcej, stoimy u progu rewolucji AI. Inwestycje w sztuczną inteligencję, które według prognoz wystrzelą w górę w okolicach 2026 roku, wymagają potężnej mocy obliczeniowej. Modelowanie kosztów AI jest trudne, a dodawanie do tego drogich, skomplikowanych licencji naliczanych „od rdzenia procesora” może zabić rentowność (ROI) projektów innowacyjnych już na starcie.
Infrastruktura pod AI, Edge Computing czy nowoczesne aplikacje cloud-native rozwija się najszybciej w społecznościach otwartych. Czekanie, aż komercyjny dostawca zaimplementuje te nowości w swoim płatnym pakiecie, to strata cennego czasu (Time-to-Market). Migracja na otwarte platformy to zatem nie tylko ucieczka przed kosztami, ale przede wszystkim budowanie autostrady dla przyszłych innowacji.
Odporność przez dywersyfikację
Wstrząs wywołany zmianami w VMware powinien być dla menedżerów sygnałem ostrzegawczym. Przyszłość IT należy do systemów modułowych, suwerennych i elastycznych. Czasy, w których jeden dostawca gwarantował spokój ducha w zamian za totalną kontrolę nad infrastrukturą klienta, definitywnie się kończą.
Dziś, w dobie niepewności geopolitycznej i rynkowej, dywersyfikacja technologii to nowa forma polisy ubezpieczeniowej. Menedżerowie i zarządy nie powinni już zadawać pytania: „Czy stać nas na trud migracji na nowe rozwiązania?”. adekwatne pytanie brzmi: „Czy stać nas na ryzyko pozostania w obecnym modelu?”. Odpowiedź, patrząc na ostatnie wydarzenia rynkowe, wydaje się oczywista.

2 godzin temu











