W Polsce amerykańską politykę ogląda się głównie przez wybory prezydenckie, które realizowane są co cztery lata. Prezydent to jednak tylko część władzy w Waszyngtonie. Ustawy pisze Kongres, on też uchwala budżet, a Senat zatwierdza nominacje. Co dwa lata, w połowie kadencji prezydenta, Amerykanie mogą zmienić układ sił w Kongresie. Te wybory nazywają się midterms, a po polsku wyborami połówkowymi.
Tegoroczne wybory odbędą się 3 listopada i zapowiadają się na jedne z najciekawszych od lat. Przed nimi Republikanie kontrolują Biały Dom i obie izby Kongresu. Po nich ta przewaga może zniknąć.
Jak działają wybory połówkowe w USA
Kongres ma dwie izby, a każda jest wybierana inaczej. Wszystkie 435 mandatów w Izbie Reprezentantów są do obsadzenia co dwa lata. Każdy kongresmen reprezentuje jeden okręg o mniej więcej równej liczbie mieszkańców i wygrywa ten, kto zdobędzie najwięcej głosów. Izba jest więc dość dobrym odbiciem nastrojów w całym kraju.
Senat działa inaczej. Każdy stan, bez względu na liczbę ludności, ma dwóch senatorów wybieranych na sześć lat. Co dwa lata wybiera się mniej więcej jedną trzecią izby. Ojcowie założyciele zrobili to celowo. Senat miał być bezpiecznikiem, którego jedna fala emocji nie przejmie w całości. Żeby zmienić jego skład od podstaw, trzeba wygrać trzy wybory z rzędu.
W tym roku wybieranych jest 33 senatorów w zwykłym trybie i dwóch w wyborach uzupełniających. Te dodatkowe dotyczą Ohio i Florydy, czyli mandatów, które zwolnili wiceprezydent J.D. Vance i sekretarz stanu Marco Rubio. Do tego wybierany jest gubernator w 36 stanach i odbywa się wiele referendów stanowych. Nowy Kongres zbierze się 3 stycznia 2027 roku. Przy dzisiejszym układzie Republikanie mają w Senacie przewagę 53 do 47. Żeby przejąć izbę, Demokraci muszą zyskać netto cztery mandaty. Przy remisie 50 do 50 decyduje głos wiceprezydenta Vance’a, więc samo wyrównanie nie wystarczy.
Pomaga też znajomość jednego terminu, czyli generic ballot. To sondaż ogólnokrajowy, w którym nie pyta się o konkretnych kandydatów. Ankietowani mówią tylko, którą partię wolą w swoim okręgu. Takie badanie dobrze pokazuje ogólny klimat, ale nie przekłada się wprost na mandaty, bo decydują one w konkretnych okręgach i stanach.
Historia nie sprzyja partii prezydenta
Wybory połówkowe od dawna są dla partii rządzącej czymś w rodzaju klątwy. Od II wojny światowej ugrupowanie prezydenta traciło średnio około 26 mandatów w Izbie i około czterech w Senacie. Gallup zauważył, iż gdy poparcie dla prezydenta spada poniżej 50 proc., straty w Izbie rosną średnio do 37 mandatów.
Mechanizm jest prosty. Wyborcy zadowoleni z władzy często zostają w domu, a niezadowoleni idą głosować. Wybory połówkowe stają się wtedy referendum nad prezydentem. Donald Trump dobrze to rozumie. Na wrześniowej konwencji Republikanów w Dallas otwarcie narzekał na tę prawidłowość.
„Zmienimy to. Nie ma ku temu żadnego powodu” – mówił prezydent, cytowany przez Associated Press.
Co mówią sondaże na tydzień przed wyborami
Liczby wyglądają dla Republikanów źle. Średnia CNN Poll of Polls daje Trumpowi 33 proc. poparcia wśród dorosłych Amerykanów. W sondażu Reuters/Ipsos sprzed dwóch tygodni pracę prezydenta dobrze oceniało 31 proc. badanych, co jest najgorszym wynikiem z obu jego kadencji. W generic ballot ten sam sondaż dawał Demokratom przewagę 47 do 35. Najnowsze badania CBS/YouGov, NYT/Siena, ABC/Washington Post i Fox News pokazują przewagę Demokratów od 7 do 11 punktów procentowych.
Główny temat kampanii to koszty życia. Wojna z Iranem trwa od 28 lutego i mocno podniosła ceny paliw. Inflacja wciąż jest wyraźnie powyżej celu Fed, a oprocentowanie 30-letnich kredytów hipotecznych znów przekroczyło 7 proc. Według Reuters/Ipsos aż 68 proc. Amerykanów źle ocenia to, jak Trump prowadzi gospodarkę.
Głosowanie już trwa. Według NBC News przed 3 listopada głos oddało już około 10 mln wyborców. W Georgii, Maine i Iowa frekwencja jest znacznie wyższa niż dwa lata temu.
Izba Reprezentantów – pytanie nie „czy”, ale „jak wysoko”
W Izbie Demokratom wystarczy zyskać netto trzy mandaty. Republikanie próbowali się zabezpieczyć zmianą granic okręgów w trakcie dekady. Teksas, Missouri i Karolina Północna narysowały nowe mapy korzystniejsze dla GOP. Kalifornia odpowiedziała referendum w sprawie Propozycji 50, przyjętym stosunkiem 65 do 35 proc., które daje Demokratom pięć dodatkowych bezpiecznych okręgów. Według analityków z Harvardu oba ruchy w dużej mierze się znoszą. Bilans to zysk około dwóch mandatów dla Republikanów, czyli za mało, by zatrzymać falę.
Sabato’s Crystal Ball, jeden z najbardziej szanowanych serwisów prognoz, ocenia 223 okręgi jako co najmniej skłaniające się ku Demokratom, 200 jako skłaniające się ku Republikanom i 12 jako niepewne. Analitycy nie ukrywają, w jakim kierunku to zmierza.
„W tym momencie nie tylko byłoby szokiem, gdyby Republikanie utrzymali Izbę, ale zaskoczeniem byłoby również, gdyby Demokraci nie przekroczyli minimalnych większości z ostatnich trzech kadencji Kongresu.”
Dla porównania, w 2018 roku, przy podobnym nastroju wobec pierwszej kadencji Trumpa, Demokraci zdobyli 235 mandatów. Decision Desk HQ daje im w tej chwili 79 proc. szans na Izbę.
Senat – mapa, która miała być nie do wygrania
Senat to dużo ciekawsza historia. Na początku roku przejęcie go przez Demokratów wydawało się prawie niemożliwe. Musieli obronić własne zagrożone mandaty w Georgii, Michigan, New Hampshire i Minnesocie. Do tego musieli odebrać Republikanom Karolinę Północną, Maine i Ohio, a potem wygrać jeszcze w co najmniej jednym stanie uznawanym za bezpieczny dla GOP. Trump wygrywał wiele z tych stanów w 2024 roku przewagą dwucyfrową.
Teraz ten scenariusz zaczyna wyglądać realnie. Według rankingu CNN mandaty najbardziej zagrożone zmianą to:
- Karolina Północna: prowadzi były gubernator Roy Cooper, a republikańskie grupy wyraźnie ograniczyły tam wydatki.
- Ohio: Sherrod Brown wyprzedza senatora Jona Husteda średnio 49 do 44 proc.
- Alaska: w sondażu NYT/Siena Mary Peltola ma 7 punktów przewagi nad Danem Sullivanem.
- Maine: Susan Collins toczy jedną z najtrudniejszych kampanii w karierze z Troyem Jacksonem.
Nowością tego cyklu są stany, o które Republikanie jeszcze niedawno w ogóle się nie martwili. W Kansas, gdzie Demokraci nie wygrali wyborów do Senatu od 94 lat, pastor Adam Hamilton idzie łeb w łeb z senatorem Rogerem Marshallem. W Iowa Josh Turek i Ashley Hinson mają praktycznie remis. Największe emocje budzi jednak Teksas.
Demokraci bronią się dobrze. W Georgii Jon Ossoff ma około 8 punktów przewagi nad Mike’iem Collinsem, a według niektórych sondaży choćby dwucyfrową. Ich najsłabsze miejsce to Michigan, gdzie progresywny Abdul El-Sayed walczy z Mikiem Rogersem bez wyraźnego lidera. CNN zwraca uwagę, iż porażka w Michigan zmusiłaby Demokratów do zdobycia aż pięciu republikańskich mandatów, w większości w stanach, które Trump wyraźnie wygrał.
Modele różnią się, ale idą w tę samą stronę. Model FLIPR Nate’a Silvera daje Demokratom około 75 proc. szans na Senat. Decision Desk HQ jest ostrożniejszy i podaje 56 proc. Sabato’s Crystal Ball widzi 49 mandatów co najmniej skłaniających się ku Demokratom, 46 ku Republikanom i pięć niepewnych, wszystkie w tej chwili republikańskie.
Teksas jako test siły Trumpa
Ostatni raz Demokrata wygrał w Teksasie wybory na szczeblu stanowym w 1994 roku. W 2024 roku Trump wygrał tam przewagą prawie 14 punktów. Mimo to 37-letni stanowy kongresmen James Talarico prowadzi w średniej CNN z prokuratorem generalnym Kenem Paxtonem 49 do 47 proc. Żaden z uwzględnionych sondaży nie pokazał przewagi Paxtona.
Ten wyścig ma znaczenie wykraczające poza jeden mandat. W prawyborach Trump poparł Paxtona przeciwko urzędującemu senatorowi Johnowi Cornynowi, choć powszechnie uważano, iż Cornyn miałby łatwiejszą drogę do zwycięstwa. Paxton ma za sobą wiele afer, w tym impeachment w 2023 roku zakończony uniewinnieniem przez stanowy Senat. Republikanie i powiązane z nimi grupy, w dużej mierze związane z Elonem Muskiem, wydali na ten wyścig ponad 380 mln dolarów.
Kiedy sondaże zaczęły się psuć, Trump zawczasu wskazał winnych. W poście na Truth Social, opisanym przez Texas Tribune, napisał:
„Jeśli Ken Paxton przegra, to z powodu SŁABYCH i NIESKUTECZNYCH politycznych pionków, takich jak John Cornyn i Karl Rove, którzy nieskutecznie sprzeciwiali mi się przez całą moją karierę polityczną.”
To nietypowe zachowanie jak na polityka, który od dekady wyznacza kurs swojej partii. Przegrana jego kandydata w republikańskim bastionie byłaby pierwszym twardym dowodem, iż poparcie Trumpa przestało gwarantować zwycięstwo, a w niektórych miejscach wręcz szkodzi. Widać to już w kampanii. John Sununu w New Hampshire podkreśla w spocie, iż „nigdy choćby nie spotkał” prezydenta. Susan Collins przyznaje, iż Trump nie przyjedzie jej wspierać do Maine. Dan Sullivan na Alasce mówi, iż wojna z Iranem „musi się gwałtownie skończyć”.
Kulawa kaczka – co Trump straci, a co zachowa
Jeśli Republikanie stracą choćby jedną izbę, Trump wejdzie w fazę, którą Amerykanie nazywają lame duck, czyli kulawej kaczki. Warto jednak dokładnie rozdzielić, co to oznacza.
Każda ustawa wymaga zgody obu izb. Utrata samej Izby Reprezentantów oznacza więc koniec przepychania ustaw na partyjnych głosach. Projekty ustaw podatkowych muszą powstawać w Izbie, a ustawy budżetowe i finansujące rząd w praktyce też tam się zaczynają. Demokraci przejmą przewodnictwo w komisjach, a z nim prawo do wzywania świadków, żądania dokumentów i prowadzenia śledztw. Tylko Izba może też wszcząć impeachment.
Utrata Senatu boli jeszcze bardziej. To Senat zatwierdza sędziów federalnych, w tym sędziów Sądu Najwyższego, ministrów, ambasadorów i szefów agencji. Ratyfikuje traktaty większością dwóch trzecich głosów. Gdyby zwolniło się miejsce w Sądzie Najwyższym, Trump nie mógłby obsadzić go bez zgody Demokratów.
Prezydent zachowuje jednak sporo władzy. Zostaje mu weto, rozporządzenia wykonawcze, dowództwo nad armią i duża swoboda w polityce zagranicznej i handlowej. Kulawa kaczka przez cały czas może dużo zrobić, ale coraz więcej spraw musi negocjować. W praktyce więcej energii administracji pójdzie na obronę przed śledztwami i spory budżetowe, a mniej zostanie na inicjatywy za granicą, w tym na negocjacje w sprawie Ukrainy i Rosji, które interesują nas w Polsce.
Jest też kontekst kampanii z 2028 roku. Trump nie może kandydować po raz trzeci, a za najpoważniejszych kandydatów do schedy uważa się J.D. Vance’a i Marco Rubio. Wyraźna porażka postawi obu przed wyborem: zostać przy prezydencie czy zacząć ostrożnie się od niego dystansować. Prawybory zaczną się już za rok, więc walka o przywództwo w Partii Republikańskiej może wybuchnąć bardzo szybko.
Obietnica 5000 dolarów i problem wiarygodności
Trump próbuje odwrócić trend. Najgłośniejszym pomysłem jest „Trump Dividend”, czyli 5000 dolarów dla wszystkich dorosłego Amerykanina, jeżeli Republikanie utrzymają obie izby. Associated Press szacuje koszt na ponad bilion dolarów. Taka wypłata wymagałaby zgody Kongresu i jeszcze bardziej powiększyłaby deficyt w kraju, którego dług przekroczył właśnie 40 bln dolarów.
Wątpliwości mieli choćby niektórzy w obozie prezydenta. Niecałą godzinę po wystąpieniu Vance sugerował, iż pieniądze nie trafiłyby do najbogatszych. Marc Goldwein z Committee for a Responsible Federal Budget skomentował to krótko:
„Nie mamy nadwyżek do rozdania.”
Sondaże pokazują, iż obietnica kilka zmieniła.
Wall Street patrzy na układ sił, nie na partie
Dla rynków najważniejsze pytanie brzmi, czy Waszyngton będzie podzielony. Inwestorzy zwykle dobrze znoszą sytuację, w której jedna partia ma Biały Dom, a druga przynajmniej jedną izbę. Ryzyko gwałtownych zmian w prawie wtedy spada. Bloomberg zauważa jednak, iż część Wall Street obawia się spadków, jeżeli Demokraci przejmą obie izby. Kontrola nad komisjami dałaby im narzędzia do przesłuchań i regulacji, także w sprawie sztucznej inteligencji, która napędza obecną hossę.
Historia jest dla inwestorów raczej pocieszająca. Według Wells Fargo S&P 500 rósł w ciągu 12 miesięcy po każdych wyborach połówkowych od II wojny światowej. YCharts podaje, iż od 1990 roku średni wzrost w tym okresie wynosił 16,9 proc. Przy czytaniu historycznych zależności wokół wyborów, które opisywaliśmy też przy okazji wpływu wyborów prezydenckich na S&P 500, trzeba jednak pamiętać o tle. Indeks zyskał od początku roku około 13 proc. i bije rekordy powyżej 7800 punktów. Rentowność 10-letnich obligacji skarbowych przekroczyła 5,2 proc., najwięcej od 2002 roku. We wrześniu Fed pod wodzą Kevina Warsha podniósł stopy po raz pierwszy od 2023 roku.
Dlatego wynik wyborów to tylko jeden z czynników. Rynek obligacji i dolar, którego zachowanie najlepiej śledzić przez indeks DXY, mogą zareagować głównie na to, co nowy układ sił oznacza dla polityki fiskalnej. Podzielony Kongres to mniejsze szanse na kosztowne pakiety w stylu „Trump Dividend”, ale też ryzyko ostrych sporów o finansowanie rządu i limit zadłużenia. Do tego dochodzą ropa i sytuacja wokół Iranu i cieśniny Ormuz, które dziś wpływają na nastroje bardziej niż którykolwiek wyścig do Senatu.
Na co patrzeć w noc wyborczą
Pełne wyniki mogą nie być znane od razu. Kalifornia liczy głosy korespondencyjne tygodniami, a na Alasce obowiązuje głosowanie preferencyjne. Pierwsze sygnały przyjdą jednak ze Wschodniego Wybrzeża. jeżeli Roy Cooper wcześnie wygra w Karolinie Północnej, a Demokraci odbiorą republikańskie okręgi w Pensylwanii i Wirginii, fala jest prawdopodobnie realna. Prawdziwym miernikiem jej siły będą Ohio, Iowa i Kansas. Teksas pokaże, ile jeszcze wart jest Donald Trump w swojej partii.
Sondaże mogą się mylić, a w 2016 i 2020 roku nie doszacowały Republikanów. Gdyby jednak trafiły choćby w przybliżeniu, 3 listopada skończy się okres pełnej kontroli Republikanów nad Waszyngtonem. Ostatnie dwa lata kadencji Trumpa wyglądałyby wtedy zupełnie inaczej niż pierwsze dwa.

6 godzin temu





