Według danych gromadzonych przez Polską Izbę Gospodarczą Maszyn i Urządzeń Rolniczych, na podstawie CEPiK, kwiecień zamknął się wynikiem 752 sztuk zarejestrowanych nowych ciągników. To oczywiście mniej niż średnia z ostatnich dwunastu miesięcy oraz mniej niż przed rokiem, choć w ujęciu rok do roku okres kwiecień 2025-2026 jest lepszy względem 2024-2025 o ponad 1000 sztuk. Bez zmian również, o ile chodzi o szczyt rankingu – John Deere, Kubota oraz New Holland, a tuż za podium uplasowały się Deutz-Fahr i Claas, ale nie to interesuje mnie najbardziej gdy przeglądam wspomniane dane.
Mija nam kolejny rok, od kiedy chińskie firmy postanowiły wkroczyć na europejskie rynki „na poważnie” i co najmniej trzeci bądź czwarty sezon, kiedy można obserwować prawdziwy wysyp różnorakich marek z Państwa Środka. Część z nich, to dość znane (przynajmniej w Chinach czy ogółem Azji) firmy, jednak wciąż bez silnego zaplecza tu na miejscu, starające się zbudować zalążek struktur przy pomocy dilerów inne zaś, bez lokalnego wsparcia oraz te, które coraz częściej określa się mianem „klonów”, bowiem, są to maszyny, za którymi w sumie to nie do końca wiadomo, kto stoi. I właśnie nad tym tematem chciałbym się dziś pochylić.
Rynkowy udział chińskich ciągników w Polsce
Spoglądając na siostrzaną branżę motoryzacyjną, w pierwszym kwartale 2026 roku, udział chińskich marek samochodów (łącznie) wynosił niecałe 12% (w przypadku elektryków 20%). To wzrost niemal dwukrotny względem poprzedniego roku i nie ma co się dziwić; w końcu niemal z każdej strony jesteśmy osadzeni przez reklamy tychże pojazdów, a już chyba każdy diler marek, nazwijmy je konwencjonalnymi, ma w portfolio swoisty plan B, czyli właśnie jakąś markę z Chin. Całe koncerny, za przykład może tutaj służyć Stellantis, dogadują się z chińskimi firmami i bez mrugnięcia okiem włączają chińskie modele do swoich ofert. A jak to jest w przypadku ciągników?
Rejestracje nowych ciągników w kwietniu w 2025 i 2026, fot. PIGMiURW kwietniu, pierwsza chińska marka pokazuje się nam na pozycji piętnastej – Lovol, z wynikiem 14 sztuk, choć mamy także pozycję „inne” na pozycji dziewiątej z wynikiem 43 traktorów. Dalej znajdziemy także, Hanwo – 8, Aupax – 4, oraz YTO – 1. Natomiast patrząc na okres od stycznia do kwietnia 2026, chińskie podium prezentuje się następująco: Lovol – 65, Aupax – 35, Hanwo – 15, YTO – 5 oraz 192 sztuki ciągników oznaczonych jako inne, z których lwia część to również będą ciągniki chińskie, lub takie które udają, iż nimi nie są, oraz naturalnie trochę maszyn z Indii oraz Turcji.
Rejestracje nowych ciągników w kwietniu w 2025 i 2026, fot. PIGMiURDalekie lokaty nieco zaburzają budowany w mediach wizerunek chińskiej potęgi, która ma zmieść z powierzchni pola wszystkie europejskie marki, ale warto zauważyć, iż obraz jest zaburzony przez efekt rozproszenia. Mnogość chińskich marek, modeli i ciągłe rotowanie zmienianiem nazewnictwa utrudnia obserwację. Zbierzmy zatem wszystko do jednego koszyczka, tak jak gdyby zamiast kilkunastu marek weszła do nas jedna chińska firma. Licząc tylko te ciągniki, które wyjechały z fabryk znanych producentów, chińska super-firma zamknęłaby analizowany okres wynikiem 120 maszyn, co przełożyłoby się na 12 lokatę, tuż za Solisem. Ale o ile dodamy do tego maszyny inne, mamy już 312 sztuk. I tak, część, tak jak wspomniałem, to maszyny z Indii czy Turcji, które nie załapały się jeszcze na swoje kategorie. Niemniej wynik w okolicy 250-300 sztuk dawałby szanse owej hipotetycznej chińskiej firmie na trzecie miejsce w rankingu!
Daleko od dominacji?
Takie sumowanie, choć może dawać interesujące wnioski, o tym jak stopniowo rynek zaczyna skręcać w kierunku orientu, nie do końca jest trafne. Wszystkie obecne w kraju marki z Chin są przecież dość niezależnymi podmiotami względem siebie, ponieważ jako przedsiębiorstwa w dużym stopniu są zależne od państwa, a co za tym idzie, w jakimś stopniu także konkurują między sobą o klienta.
Obecnie w dużej mierze o tego samego klienta, który jest gotów zaryzykować i wybrać korzystniejszą cenowo propozycję. Mimo to nie ma to cech walki bratobójczej, bo w dłuższej perspektywie liczy się to, iż wybrany został ciągnik chiński i to tam popłyną pieniądze, czy to wypracowane i odłożone przez rolnika, czy też z różnych programów wsparcia – ale to zagadnienie na inny artykuł.
Ciągnik jinma 254E, fot. mwDrugą kwestię stanowią maszyny sprowadzane przez inicjatorów lokalnych, na zasadzie ściągnięcia kontyngentu 10-15 maszyn i próby upłynnienia ich na rynku bez tworzenia zrębu marki, serwisu itd. Czasem, mowa o maszynach z homologacją, czasem bez, faktem jest, iż takich przedsięwzięć jest coraz więcej. Niemniej poza nasyceniem rynku tańszymi ciągnikami, takie działania nijak mają się do budowania fundamentu pod chińską dominację, a wręcz przeciwnie; brak serwisu, brak części oraz wiedzy mogą odstraszyć potencjalnych klientów, którzy widząc niedolę swojego sąsiada, wciągną wnioski. Ciągnik z Chin to problem. Tańszy w zakupie, ale nasycony kłopotami. Więc pomimo iż zebrane „do kupy” mogłyby realnie zagrozić największym graczom, to w istocie póki co wciąż jeszcze wiele wody w Jangcy musi upłynąć, aby tak się stało.
Ofensywa, która nie może ruszyć
Warto jeszcze wrócić na chwilę do świata motoryzacji, gdzie chińskie firmy realnie odgryzły znaczący kawałek tortu, stawiając nie tylko na lepiej skrojone cenniki i to co klienci otrzymywali za wydane pieniądze, ale przede wszystkim stawiając na zapewnienie obsługi swoich produktów. Wszyscy producenci, których pojazdy widujemy na ulicach często, mają zapewniony serwis u partnerów z Europy, toteż klient może realnie rozważać taki samochód nie martwiąc się o to, kto i czy w ogóle ktoś mu go naprawi. Pozostałe marki? No cóż, choćby chińscy specjaliści otwarcie przyznają, iż ogromna część lokalnych producentów będzie musiała upaść, bo jest ich po prostu zbyt wielu. Podobnie jest z traktorami; tutaj również wiele marek czy raczej fabryk, które przy okazji produkcji stali bądź innych maszyn w jednej z hal klecą sobie ciągniki kupiwszy wszystkie komponenty od sąsiadów zza płotu, bo dlaczego by nie, będą musieli zakończyć tą działalność i zostaną tylko najwięksi.
Poważne firmy, ale kompletna amatorka
Zaś co do samych największych, w końcu te firmy już istnieją i niektóre są obecne u nas. Sprawy nie mają się tak, jak w przypadku samochodów, a pytanie o serwis czy części jest raczej z grupy kłopotliwych, bo o ile marketingowo oczywiście wszystko jest i jest wspaniałe, to w praktyce czy ktoś kiedyś widział chińskie ASO maszyn rolniczych? Może magazyn części zamiennych? Katalogi? Albo chociaż salon z prawdziwego zdarzenia. No właśnie, poza tymi firmami które mają lokalnych partnerów, sprawy mają się kiepsko. Począwszy od tak błahych jak strony internetowe czy katalogi produktu.
Bez względu czy wejdziemy na stronę globalną producenta, czy tą spolszczoną, brakuje tam podstawowych informacji, albo wzajemnie się one wykluczają. W jednym miejscu ciągnik ma skrzynie 12×12, w innym jeszcze 16×8, producent silnika? Tak… Próba odnalezienia specyfikacji układu hydraulicznego graniczy z cudem, wartości miewają pozamieniane jednostki, zaś opisy są lakoniczne i trudno się w tym wszystkim połapać. Do tego dochodzą stare certyfikaty stron www, które powodują, iż czasem choćby nie jesteśmy w stanie wejść na stronę producenta, a gdy już to się uda, mamy wrażenie, iż strona zbyt intensywnie zbiera o nas informacje i nie ma czasu w załadowanie plików czy zdjęć – te swoją drogą, często przedstawiają prototypy, dawne serie albo maszyny niepasujące do wybranego rynku.
Ciągnik Tauros HX, fot. GSNie lepiej jest w samych maszynach, które przywożone są do Polski bez wymiany opisów oraz tabliczek na polskie. Ile to ma koni? A ile potrzeba? Nie raz zetknęliście się pewnie z narzędziami, których moc przekracza wszelkie normy, po czym okazuje się, iż producent podał moc cieplną lub moc źródła zamiast użytecznej. Zapytanie przedstawicieli marki też nie daje pełnej szansy na dobrą odpowiedź, bowiem ci także często nie do końca wiedzą z czym dokładnie mają do czynienia. To wszystko plus duża dawka niepewności – co adekwatnie kupujemy – sprawia, iż klienci wcale nie palą się do przesiadki na chiński ciągnik. Strach jest mniejszy w przypadku małych maszyn, których atutem jest prostota, obecna także u europejskich producentów, natomiast szalę przeważa cena.
W przypadku ciągników o większej mocy, klienci już na etapie poszukiwania danych, czują, iż coś nie do końca jest tak jak powinno. Pewne kwestie są trudne do ustalenia, w innych konfrontacja zdobytych danych z przedstawicielami nie jest 1:1, a na domiar złego, nigdzie nie ma wiarygodnych testów owych maszyn, bo nikomu chyba nie zależy, aby takie testy organizować. Efekt? Sprzedaż rośnie, ale wcale nie tam, gdzie ciągnik rolniczy ma swoje naturalne środowisko bytowania, zaś branża komunalna i hobbystyczny użytkownicy mogą nie być w stanie wchłonąć większej ilości maszyn.
Status Quo
W tym miejscu można by zarzucić wystawienie jednoznacznej laurki dla europejskich producentów, którzy z konfrontacji z chińczykami wychodzą bez najmniejszych starań, deklasując rywali w każdym aspekcie poza ceną oczywiście. Nie do końca, bowiem o owe ceny właśnie chodzi, a raczej kompletny brak tworzenia alternatyw dla produktów hi-tech. I znów można się podeprzeć argumentem z branży motoryzacyjnej, w której od roku czy dwóch widać, iż branża ma swoje refleksje i dostrzegła problem braku pojazdów budżetowych w swoich ofertach, co zręcznie wykorzystały firmy z Chin właśnie.
Podobna sytuacja ma miejsce w przypadku ciągników. Poza kilkoma wyjątkami, kompletny brak modeli prostszych i tańszych sprawił, iż część klientów odwróciła się od lokalnych marek, tworząc lukę dla firm z Chin, którym bardzo pomogło wypadniecie z rynku UE ciągników MTZ.
Zdobywszy punkt zaczepiania, czołowi gracze (z Chin) mają teraz w planach atak na kolejne segmenty, co wymagało opanowania Stage V, ale w tej chwili nie stanowi już zagadnienia, bowiem choćby chińscy producenci silników posiadają w swoim arsenale urządzenia do oczyszczania spalin i co za tym idzie rodzime jednostki Stage V. Owe oddanie pola w segmentach maszyn prostych i małych za chwilę może przynieść pierwsze łamanie lodów dla ciągników stukonnych i większych, bowiem europejski rolnik obłożony daninami, przepisami, zakazami i obwarowaniami ma dość przepłacania za wydajniejsze maszyny, zwłaszcza iż chińskie fabryki coraz lepiej orientują się w tym, co powinien mieć taki ciągnik, a zarówno elektronika jak i hydraulika nie są dla nich problemem.
Brak temu wszystkiemu jeszcze ogłady i pomysłu na to, jak poprowadzić produkt od prezentacji przez marketing po sprzedaż, ale zaczyna się robić nieciekawie, tymczasem europejska konkurencja odpowiada liftingami masek i podnoszeniem cen, licząc chyba na to, iż Chińczycy dalej, jeszcze przez długi czas nie będą potrafili się sprzedawać, więc nie ma sensu kruszyć kopii. Rolnik i tak przyjdzie do nas. Czy przyjdzie?

3 godzin temu












