Jak kiedyś testowano silniki Zetora? Zaglądamy do tajnego laboratorium w Brnie

7 godzin temu

Legenda silników Zetora nie wzięła się znikąd. Nie powstała w katalogach reklamowych ani na targowych stoiskach. Rodziła się w huku, zapachu rozgrzanego oleju i w półmroku hal testowych w Brnie. Postanowiliśmy zajrzeć do dawnego laboratorium czeskiej fabryki, gdzie przez lata sprawdzano serca ciągników, które do dziś pracują w polskich gospodarstwach.

Bo zanim Zetor wyjechał na pole, zanim przyjął na siebie kurz żniw i błoto jesiennej orki – musiał przejść przez ręce ludzi, którzy nie bali się patrzeć maszynie prosto w oczy.

Skromny warsztat na uboczu, ale wielkie sprawy

Na pierwszy rzut oka – zwykły warsztat. Betonowa podłoga, stalowe stoły, stanowiska z hamowniami silnikowymi. Żadnych efektownych ekspozycji. A jednak to właśnie przez to miejsce przeszły największe innowacje czeskiego producenta.

Stanowisko hamowni silników w fabryce Zetora w Brnie, fot. Adam Ładowski

Testowano tu nie tylko kompletne silniki. Sprawdzano nowe głowice, zmienione tłoki, inne profile krzywek wałka rozrządu, nowe pompy wtryskowe. Każda zmiana – choćby najmniejsza – musiała udowodnić swoją wartość. Bo wymyślenie podzespołu to dopiero początek jego życia.

Inżynier mógł zaprojektować element na deskach kreślarskich, później na komputerze. Ale dopiero tutaj zaczynała się prawdziwa próba. Trzeba było część wykonać, zamontować w prototypie i… testować do upadłego.

Dosłownie.

Tu testowane silniki nie miały łatwego życia. Niejednokrotnie raz zapalone chodziły pod maksymalnym obciążeniem, aż do końca. I tu zaczynała się dopiero adekwatna praca – analiza tego, co się zepsuło, fot. Adam Ładowski

Testowanie aż do zniszczenia

Silniki pracowały godzinami na różnych obciążeniach. Pełna moc. Częściowe obciążenie. Nagłe zmiany obrotów. Praca w warunkach przeciążenia. Czasem celowo doprowadzano je do granicy wytrzymałości. Aż coś puściło.

Pęknięty pierścień. Zatarte łożysko. Wypalony zawór. Odkształcony tłok. I wtedy zaczynała się najważniejsza część pracy – analiza. Dlaczego? W którym momencie? Co zawiodło: materiał, konstrukcja, smarowanie, chłodzenie?

Obroty do odcięcia, rozbiegane silniki, brak oleju czy chłodzenia… Tu takie rzeczy były wywoływane i dokładnie badane, fot. Adam Ładowski

Element rozbierano, mierzono, oglądano pod lupą. Czasem dorabiano drobny detal – podkładkę o innym wymiarze, zmieniony kanał olejowy, wzmocnioną śrubę. Składano wszystko od nowa i znów podłączano do hamowni.

I tak dzień po dniu. Tydzień po tygodniu. Miesiąc po miesiącu. Do wersji produkcyjnej trafiało tylko to, co przetrwało najcięższe próby.

Dziś laboratoria wyglądają inaczej. Więcej komputerów, czujników, symulacji. Zwykle biel ścian i sterylność. Mniej bezpośredniego „czucia” maszyny. Technika poszła naprzód – i bardzo dobrze. Ale wraz z nią odeszła pewna epoka, a tej szkoda, fot. Adam Ładowski

Ludzie – ukryty element każdej maszyny

Użytkując ciągnik, rzadko zastanawiamy się, jak wiele zawdzięcza on ludziom, których nigdy nie poznamy. Patrzymy na maskę, na deskę rozdzielczą, na parametry mocy. Oczekujemy, iż maszyna odpali zimą i nie zawiedzie w żniwa.

Nie widzimy jednak czynnika ukrytego w zakamarkach fabryki – mechaników z warsztatu testowego.

To byli fachowcy najwyższej rangi. Ludzie, którzy w testowanej technice widzieli to, co my – użytkownicy – zobaczymy dopiero za kilka czy kilkanaście lat. Oni potrafili przewidzieć, iż ten drobny detal dziś „jeszcze wytrzyma”, ale za dekadę w ciężkiej pracy może stać się słabym punktem.

Tamte warsztaty, z ich surowym klimatem i zapachem oleju napędowego i smarów, należą już do przeszłości. Tu stanowisko badania 4-cylindrowych silników, fot. Adam Ładowski

Ich doświadczenie było bezcenne. Skręcali i rozkręcali silniki setki razy. Modyfikowali elementy, dorabiali drobiazgi, które dziś uznajemy za oczywiste. Czasem to była zmiana kształtu kanału chłodzącego. Czasem inny materiał uszczelek. Niewielkie rzeczy, które decydowały o tym, czy silnik stanie się legendą, czy tylko kolejną konstrukcją w historii.

Komórka do zadań specjalnych

Od dziesiątków lat w każdej fabryce istnieje taka komórka do zadań specjalnych – dział testowania prototypów. To tam teoria spotyka się z praktyką. Tam komputerowe wyliczenia zderzają się z rzeczywistością metalu, temperatury i tarcia.

W Brnie nie było miejsca na kompromisy. jeżeli coś miało trafić do seryjnego Zetora, musiało najpierw przeżyć w laboratorium. Dlatego silniki tej marki zyskały opinię trwałych, prostych i odpornych na błędy użytkownika.

Hamownia prototypów. Dosłownie tu czuć czeską mocą, fot. Adam Ładowski

To nie był przypadek. To była konsekwencja setek godzin pracy ludzi, którzy nie bali się brudu pod paznokciami i huku silnika pracującego na najwyższych obrotach.

Czas, który minął

Dziś laboratoria wyglądają inaczej. Więcej komputerów, czujników, symulacji. Zwykle biel ścian i sterylność. Mniej bezpośredniego „czucia” maszyny. Technika poszła naprzód – i bardzo dobrze. Ale wraz z nią odeszła pewna epoka, a tej szkoda.

Tamte warsztaty, z ich surowym klimatem i zapachem oleju napędowego i smarów, należą już do przeszłości. Odeszli też ludzie, którzy w nich pracowali. Ich codzienna, żmudna praca – wśród drgań, temperatury i ogłuszającego hałasu – stworzyła niejedną legendę, z którą dziś mamy do czynienia na polu.

Gdy więc następnym razem usłyszymy równą pracę starego Zetora, warto pomyśleć nie tylko o czeskiej myśli technicznej. Warto wspomnieć tych, którzy godzinami patrzyli na wskazówki zegarów hamowni, czekając aż coś pęknie – po to, by w naszym gospodarstwie nic nie musiało.

Idź do oryginalnego materiału